Doll land

Wpisy

  • poniedziałek, 21 listopada 2016
    • Smutek Agaty

      Wszyscy mamy w swoich zbiorach lalki tak ładne, że na ich widok robi się ciepło w sercu i przednówek w portfelu. Kochamy je za nieprzemijającą urodę, za klasę czy awangardę stroju. Ulubienice stoją na naszych półkach latami, zrastając się z wystrojem domu tak bardzo, że nie do pomyślenia jest usunięcie ich z miejsca zasiedzenia.

       

      Kiedy myślę o lalkach, które nigdy nie zawiodły mnie pod względem urody i prezencji, to nie mam wątpliwości, że prym wiodą wśród nich mattelki z moldem „Goddess”. Dzięki Bogu nie dano im twarzy, która wołałyby natarczywie: „Patrz na mnie, jestem olśniewająca”, a oblicze, które robi wrażenie ze względu na swoją łagodność, klasę i harmonijność. Ich melancholijny wzrok sugeruje czystą i niewinną naturę, lecz prawdziwy charakter zdradzają zmysłowe usta. Te lalki stworzono po to, by kusiły do grzechu! Mnie kuszą nieodmiennie od wielu lat.

       

      01

       

      Goddeskę z powyższego zdjęcia już widzieliście – była w paczce z innymi zaplamionymi lalkami, które cierpliwie ratowałam Benzacne. Ona najdłużej opierała się działaniu specyfiku, ale koniec końców uległa, transformując ze smutnego brudasa w pewną swej urody królową. Ze smutkiem stwierdzam, że jedyną suknią, która pasowała do niej kolorystycznie jest retro-beza, w której drobne ciało lalki nabiera niezdrowej ciężkości.

       

      1

       

      1

       

      W co by jej jednak nie ubrać, to Goddeska i tak będzie olśniewać doskonałą twarzą. Nie to, co prawdziwa bohaterka tej notki – czyli lalka Agata.

       

      1

       

      Agata jest smutnym reliktem z czasów, kiedy na sklepowych półkach w Polsce królowały sól i ocet. Choć rości sobie prawo do miana oryginalnej polskiej lalki, to jest zaledwie klonem Fleur i to klonem o bardzo niskiej jakości.


      Nie wyobrażam sobie, że coś tak paskudnego mogło mieć kiedykolwiek wzięcie wśród dzieci. Moje przypuszczenia potwierdzają się, gdy buszuję wśród ogłoszeń na Allegro, lub po Waszych blogach. Szpetna Agata wypływa w tych miejscach nader rzadko.

       

      1

       

      Pod względem estetycznym Agata plasuje się poniżej poziomu rozkładającego się kota. Aby odkryć jej urok trzeba być albo szaleńcem z kilkuletnim stażem, albo zaopatrzyć się w dużą ilość napojów wyskokowych i lać je w gardło, póki cały świat, łącznie z nią, nie zrobi się piękniejszy. Moim zdaniem Agata jest tak brzydka, że przegrałaby bitwę nawet z niesławną Lizą od firmy Marbella.

       

      1

       

      Choć nie zachowały się żadne informacje, w jakich warunkach odbywała się produkcja Agaty, to łatwo wyobrazić sobie, jak mogło to wyglądać: smutny garaż na przedmieściach któregoś z miast, samodzielnie skonstruowane formy odlewnicze, kadzie ze śmierdzącym plastikiem niewiadomego pochodzenia, pijany w sztok artysta malarz, który nigdy w życiu nie miał pędzla w ręku oraz krążący gdzieś w tle autor przedsięwzięcia, który widział już przed sobą góry złota i wietrzył interes życia :P (żaden ze mnie czarownik, ale moja szklana kula mówi mi, że Agata nie zapoczątkowała kariery żadnego Rockefellera)

       

      Współdziałanie powyższych czynników zrodziło zabawkowego potwora Frankensteina, który, tak jak literackie monstrum, zarażony jest śmiertelnym smutkiem, bo każdy, kto go ujrzy, z niesmakiem krzywi twarz. 

       

      Dostać taką lalkę to jak dostać karę, bo ani się nią pochwalić przyjaciołom, ani postawić koło bardziej estetycznych zabawek. Najwłaściwszym miejscem dla Agaty byłoby zapewne muzeum osobliwości, gdzie mogłaby swobodnie straszyć wśród podobnych jej eksponatów.

       

      Agata jest zlepkiem niewspółgrających z sobą i smętnie taniutkich elementów. Jej włosy to nalepiony na czubku głowy, watopodobny kołtun. Kolor ciała walczy drapieżnie z kolorem twarzy, a rączki i nóżki to już prędzej nibyrączki i nibynóżki. Nawet majteczki, będące częścią oryginalnego stroju, uszyto jakoś na wyrost. Nie pomogą płomienne różyczki, jeśli na chudą dupkę wpycha się namiot o rozmiarach "mama size". Jako-tako bronią się właściwie tylko buciki. Tu klonowanie oryginału odbyło się z sukcesem - pantofelki leżą na stopach całkiem ściśle i ani myślą z nich spadać.

       

      1

       

      1

       

      1

       

       1

       

       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      Żal mi Agaty. Dostała ładne imię i nic poza tym. Przez jakiś czas myślałam, że dobrze byłoby przemalować jej twarz i zafundować perukę, ale wnet przyszło otrzeźwienie. Potworków, podobnych do niej jest niewiele. Właściciele tych lalek najprawdopodobniej pozbywali się ich, wyrzucając brzydule na śmietnik. Agaty nie dawały pewności, że po latach ktokolwiek zaliczy je w rzędy lalek kolekcjonerskich, co pozwoli im nabrać wartości w pieniądzu. Pozbywano się ich, bo były koszmarnie nieatrakcyjne, a rynek dawał możliwości znacznie ciekawsze pod względem estetycznym.

       

      Tu apel: jeśli znajdziecie gdzieś takie potworki, to uratujcie je przed zniszczeniem. To prawda, że nie wynagrodzą właściciela widokiem ślicznej buzi, ale jest ich tak strasznie mało, że grzechem byłoby pozwolić którejkolwiek zginąć.



      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Smutek Agaty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 listopada 2016 19:17
  • piątek, 11 listopada 2016
    • Za mundurem panny sznurem, za rycerzem panny jeżem

      01

       

       

      O Boże, jak mi się go chciało! Śliniłam się do niego od momentu, kiedy firma Pangaea pokazała prototyp na targach w Pekinie. Nie przerażało mnie nawet to, że miał dostać twarz średnio lubianego przeze mnie Orlando Blooma, bo nawet Bloom miewa od czasu do czasu zacne role, a występu w filmie „Królestwo niebieskie”, na podstawie którego stworzono tę figurkę, wcale nie musi się wstydzić.


      01

       

       

      Najważniejsze było to, że pan figurek będzie rycerzem w „prawdziwej” zbroi. Bijcie mnie, gryźcie i drapcie, ale będę twardo obstawać przy tym, że nic tak nie dodaje chłopu seksapilu, jak dobrze skrojony strój bojowy. Czym byłby Superman bez swojego kultowego, obcisłego wdzianka lub Batman bez zbroi?* No właśnie! Nikim szczególnym. Panowie w ich typie robią się nieodparcie pociągający dopiero w chwili, gdy wciągają na grzbiet stosowne przebranie i ruszają do walki o słuszną sprawę. Takoż rzecz ma się i z rycerzami. Zakuci w stal herosi stanowią widok nad wyraz ponętny i skłaniający serce do czułych potknięć.


       

      01

       * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       

       

      Balian z Ibelinu jest moją pierwszą figurką, która nie została wyprodukowana przez firmę Hot Toys.  Miałam w związku z tym lekkie obawy, które okazały się zupełnie niesłuszne, bo Pangaea wypuściła produkt równie wypieszczony, co figurkowy gigant, a może nawet i lepszy, bo tańszy (a jak wiadomo Stare Zgredy lubią to, co najlepsze i najdorodniejsze, a jednocześnie najtańsze i w największej obfitości).

       

       

      01

       

       

      Rycerz, jak przystało na ciężkozbrojnego wojownika, przyjechał w pełnym rynsztunku i z mieczem w dłoni, gotowy, by spuścić komuś łomot, lecz jego chęć walki z Saracenami przerodziła się gwałtownie w miłosne gruchanie, bo zamiast brodatych rycerzy Saladyna bitny templariusz natknął się na urodziwą Saracenkę i stało się – Amor po raz kolejny odniósł sukces nad Marsem.


       

      01

      Oto hoża Saracenka. Będę o niej pisać w jednej z kolejnych notek :)


      Pudło, z którego wyłuskałam Baliana, jak to z opakowaniami od figurek bywa, jest wielkie i nieporęczne, co po raz kolejny wymusza na mnie główkowanie, jak upchnąć taki kawał tektury w ograniczonym metrażu, tak, aby nikomu nie wadził. Właściwie to mogłabym się go pozbyć, ale nie zrobię tego ze względu na jego funkcjonalność – dzięki systemowi plastikowych przegródek pudełko mieści w sobie dużą ilość drobnych akcesoriów, które lubią się gubić lub walać po nieodpowiednich miejscach.



      Design pudła jest bardzo prosty, ale za to mylący. Otóż zdjęcie, zdobiące frontową ścianę, przedstawia prototyp figurki, który znacznie różni się od produktu finalnego. Muszę przyznać, że do zakupu skusił mnie właśnie wygląd prototypu, przedstawiającego mężczyznę po trzydziestce, o ostrej i wyrazistej twarzy, pełnej zacięcia i bojowego ducha. Rycerz, skrywający się w czeluściach opakowania, ma natomiast twarz łagodną i melancholijną. Gdyby wygolić mu na czubku głowy tonsurę i przebrać w habit, to byłby z niego sympatyczny braciszek zakonny. 

       

      Oto twarz prototypu:


       

      prototyp

       

      A tu już na powrót "the real deal":


       

      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       


      Podobieństwo do Orlando Blooma, którego tak się bałam, jest, ku mojej radości, dość nikłe. Wiele osób, które oglądały figurkę z bliska, rozpoznało w niej zupełnie innego hollywoodzkiego aktora, a mianowicie Kita Harringtona, gwiazdę serialu „Gra o tron”. Niektórzy wysuwali nawet tezę, że jest to przebrany w rycerski strój Jezus Chrystus. Być może miałoby to pewien sens w świecie Mortimera Madderdina, wykreowanym przez Jacka Piekarę (pamiętacie obrazoburczy cytat z okładki, promujący cykl?)



      01

       

       


      Tak czy siak krzyżowiec dostał twarz dość przyjemną dla oka, w dodatku okoloną „prawdziwymi”, lubiącymi się puszyć włosami. Ponieważ moja cierpliwość do powiewających frywolnie kosmyków jest nadzwyczaj niska, Balian był zmuszony przejść wieczystą stylizację fryzury za pomocą pianki i lakieru do włosów. Gąszcz na głowie został ulizany, przyklepany i związany gustownym rzemykiem. Fryzura poprawiła się na jakieś pół godziny, a później samoistnie powróciła do stanu pierwotnego. Strasznie nieusłuchane te kłaki. Nie mam do nich siły. Jeśli chcą fruwać na wszystkie strony, to ja im wolności ograniczać nie będę.


       

      01

       


      Myślę, że prawdziwy że Balian z Ibelinu, czyli postać historyczna, której oddano hołd filmem „Królestwo niebieskie” i później przekuto na figurkę, nie nosił aż tak długich włosów, no i nie był młodzieniaszkiem o pyszczku zatroskanego yorkshire terriera, ale że do dziś zachowało się niewiele jego podobizn, więc i tak nie da się tego sprawdzić.

       



      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *

       

      01

       

      „*” Dość oczywista odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi: „Byliby bardzo przystojnymi golasami”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Za mundurem panny sznurem, za rycerzem panny jeżem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 11 listopada 2016 19:22
  • niedziela, 30 października 2016
    • Zjadła kawior i popiła szampanem

      Paniusia. Antypatyczna paniusia z fumami w nosie i wiecznie pogardliwym skrzywieniem ust, która potrafi zwarzyć atmosferę w każdym miejscu, w którym usadzi swoją chudą dupkę. Zimna, odpychająca i nadęta. Buka lalkowego świata. Poppy Parker. 

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Uczucia mam w stosunku do niej ambiwalentne. Kiedy ktoś sypie pochwałami, że ładna z niej dziewucha, to przymykam prawe oko i rzeczywiście, wydaje się niebrzydka, ale kiedy zerknę badawczo lewym ślipiem, to wzrok zatrzymuje mi się na zabotoksowanych ustach i pancernym cycu, co wywołuje niekontrolowane drganie powieki. Cóż za tragiczny dualizm postrzegania rzeczywistości! I bądź tu człowieku mądry, skoro nawet nie wiesz co gościsz pod własnym dachem – biuściaste natchnienie poetów czy raczej potwora z bagien.

       


      Potwór z bagien wkroczył swego czasu z hukiem do show biznesu :)

       


      Decydując się na Poppy liczyłam na to, że porazi mnie nadspodziewaną jakością wykonania, zmasakruje urodą i na koniec przywali jeszcze po łbie pudełkiem, bo tak zacny produkt powinien być opakowany co najmniej w pozłacaną tekturę. Nastawiłam się na ósmy cud świata, ale zapał zdążył zwiędnąć zanim zadziałała niebieska tabletka. Nijak nie pojmuje, czemu wszyscy posiadacze tej modliszki tak się nią zachwycają. Z chęcią podniosłabym jej zalety, ale o czym do licha mam pisać, skoro lalka nie wyróżnia się żadnymi ponadprzeciętnymi właściwościami. Ba, nawet nadprzyrodzonymi nie może się pochwalić - nie świeci w nocy, nie zanosi się wieczorami obłąkanym śmiechem i nawet naczyń w zlewie sama nie pozmywa. Ma co prawda szminkę w kolorze majtek, ale to żaden wyczyn, bo ja mam w szufladzie co najmniej dwie pary majtek w kolorze szminki i jakoś nie czuję, żeby był to powód do zadzierania nosa.

       

      6172d9c70ea2963a789ef9930fa4e89c

      Nadprzyrodzone właściwości? Czy ktoś tu wspominał o nadprzyrodzonych właściwościach?

       


      Zarzut numer jeden – Poppy jest wykonana z mizernej jakości plastiku, który robi wrażenie pustego w środku. Może i jestem na tym punkcie przeczulona, ale lubię, jak mi lalka porządnie leży w ręku, a nie tylko dystyngowanie dynda. Gdyby przyszło mi kiedyś bronić się przed nacierającym mordercą, a pod ręką miałabym same lalki, to po Poppy sięgnęłabym w ostateczności. Takim chuchrem niewiele można byłoby zdziałać. Co innego  figurki od Hot Toys! Nimi można bez problemu wybić napastnikowi oko, a już na pewno ukruszyć kilka zębów. Zapewne lepiej dałoby się je też zaczopować w różnych ciasnych miejscach, ale że to temat na rozmowę w trybie sprośnym, więc zezwólcie zboczyć na właściwe tory.

       

      Drugą naganę dostanie Poppy za bardzo wyraźne i niechlujne linie odlewowe na nogach i ramionach. Dla lalki, obnoszącej się z medalem ekskluzywności, wydawanej w limitowanej liczbie egzemplarzy i powodującej samoistne ściśnięcie się portfela po zakupie, jest to niemały wstyd i ujma na honorze.

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Trzecie bolesne westchnienie kieruję ku jej włosom. Tu nie trzeba specjalisty, by stwierdzić, że są wykonane z podłego surowca. Gdzież to podziała się wmawiana przez producenta elitarność tej lalki? Pewnie zwiała w te same rejony, co mój nos, po zetknięciu z serkiem ołomunieckim. Zwłaszcza, że historia serka jako żywo przypomina mi historię Poppy. A było to tak:

       


      W wakacje młodsza siostra buszowała po Czechach. Jak to bywa podczas wyjazdów zagranicznych, nakupiła różnych cudów w charakterze suwenirów dla rodziny, a że przed podróżą łaskawie zaakceptowała moją prośbę o  przywiezienie jakiegoś czeskiego specjału kulinarnego, to w bagażu znalazł się kącik dla kilku butelek wina, piwa oraz sera, uważanego za wielki rarytas, chlubę regionu ołomunieckiego i dobro eksportowe najpierwszego sortu.

       


      Przysmaki to rzeczy, którymi jedni ludzie lubią się dzielić się z innymi ludźmi. Piwem podzieliłam się w domu z rodziną, ale już ser zaniosłam do wspólnej konsumpcji do pracy. Zachęciłam do wspólnego śniadania najbardziej lubiane koleżanki, o wyznaczonej godzinie zebrałyśmy się przy wspólnym stole i dokonałyśmy uroczystego otwarcia zagranicznego smakołyku. Do podziału gomółki już nie doszło, bo rzekomy rarytas wypuścił z siebie tak intensywny odór, że wszystkim nagle odechciało się jeść, pić i nawet oddychać. Serek tchnął aromatem świeżego i ciepłego jeszcze obornika, który uderzał do głowy oraz wyzwalał potok niecenzuralnych wyrazów, oscylujących wokół czternastej litery polskiego alfabetu.

       

      Smakołyk przyszło natychmiast usunąć z pola widzenia (i wąchania). Ser z Ołomuńca owinięty w trzy warstwy plastikowych torebek udał się honorowo w ostatnią podróż na dno śmietnika, gdzie spoczął, niczym król, wśród innych odpadków. Nigdy więcej nie wspomniałam jego nazwy w towarzystwie. Nigdy!


      Z Poppy aż tak źle nie jest, bo nie śmierdzi, ale sami widzicie, że rozczarowanie w obu przypadkach ma podobny kaliber. Miał być hit, a jest kit. Najprawdziwszy z prawdziwych, kiczasty kit.

       

      1

       

      Ach! Byłabym zapomniała. Gdyby ktoś chciał osobiście przekonać się o sile aromatu czeskiego serka, niech śpieszy do Biedronki, gdzie bez problemu dostanie produkt bardzo podobny do tego, który wylądował na moim stole. Woń jest nieco mniej intensywny, ale dam głowę, że nuty bukietu zapachowego są prawie identyczne (może po prostu biedronkowy ser stroi kwintowo?). Na wszelki wypadek uprzedzam, że lepiej nie otwierać tatałajstwa w pomieszczeniach bez okien.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Zjadła kawior i popiła szampanem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2016 14:11
  • środa, 05 października 2016
    • Ja lalkę tobie, ty lalkę mnie

      Ciekawość to wredna małpa. Kiedy zaczyna bzyczeć nad głową jak komar, to nie ma na nią innego sposobu, jak utłuc. Bo kiedy ukąsi, to żadne drapanie nie pomoże – będzie się człowiek gryzł myślą o nowej lalce póki jej porządnie nie zmaca.


      Gdyby nie ciekawość, to nie szalałabym tak z wymianą lalek w zbiorze. Rzecz jasna część dobytku jest nietykalna (mam dość konkretną potrzebę posiadania stałej ilości ładnych przedmiotów o humanoidalnych kształtach), ale większość to plewy na wietrze – gdy zmieniają się lalkowe mody, to bez pardonu wykopuję niekochane laluchony za drzwi.


      Przez ciekawość wiele razy ściągnęłam do domu lalki piękne inaczej, których wcale nie chciałam mieć na własność. To, czego nie znamy, często wydaje się bardziej kuszące, niż w istocie jest. Zachcianki są jak jętki jednodniówki - latają wysoko i zdychają stadami. Moje były właśnie takie - szybko przyszły to i szybko poszły. Tylko jak już poszły, to nie bardzo było wiadomo zrobić z nadmiarowymi lalkami. Znaczy, wiedzieć, to wiedziałam, tylko jakoś nikt nie chciał takiego badziewia odkupić :P


      Kiedy zaczęłam chodzić na lalkowe spotkania, to w kwestii poznawania nowości zrobiło się dużo łatwiej. Ludzie, którzy uczestniczyli w takich fajnych spędach, przynosili ze sobą całe góry lalek, do których ręce same się rwały. Z możliwościami zbadania okazów, które czymś zaciekawiły, bywało różnie. W przypadku lalek z rodziny Barbie, Pullip czy Fashion Royalty mogłam miętosić do woli prawie wszystko co chciałam, ale jeśli chodzi o lalki BJD, to królowało raczej podejście typu "nie dotykaj" lub "dotykaj z wielką ostrożnością, w białych rękawiczkach". Choć w pełni rozumiem obawy właścicieli (bo lalka może się połamać, bo lalka może się pobrudzić, bo lalka była droga), to jednak trudno mi stosować się do takich zaleceń. Bez kontaktu fizycznego nie ma dla mnie zabawy. Pewnie dlatego ręce czasami nie chcą słuchać rozkazów mózgu i rwą się do dotykania tego, czego akurat nie wolno.


      Najczęstszym uczuciem, które pojawiało się po takich spotkaniach, był niedosyt. Niedosyt rozmów z przyjaciółmi, wynikający z rozdwojenia uwagi pomiędzy nich a lalki i niedosyt macania lalek, spowodowany rozmowami z przyjaciółmi. Naturalną koleją rzeczy po powrocie do domu chciało mi się kontynuacji i jednego i drugiego.


      Jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, to sprawa jest prosta. Mam do dyspozycji telefon, maile, komunikator na Facebooku i umiem z nich korzystać. Co do lalek – no cóż, one nie podniosą słuchawki. Zresztą cała ich cenność w tym, że można się nimi bawić.


      Tu wracam do problemu zakreślonego na początku notki – czyli „jeśli chcesz macać do woli, to kup sobie lalę”. Niby prawda, a jednak nieprawda. Bo jeśli nie chcesz napędzać koniunktury przemysłu zabawkarskiego, ale i nie chcesz zrezygnować z bliższego poznania jakiegoś "plastika" czy "żywiczniaka" to wystarczy ruszyć głową, rozejrzeć się wśród znajomych i zaproponować któremuś czasową wymianę.


      Wymiana to genialnie w swej prostocie rozwiązanie, choć związane z ryzykiem. Nie wiem, czy zgodziłabym się pożyczyć swoja lalkę zupełnie nieznanej osobie. Przez nieznanego człowieka rozumiem kogoś, kogo kojarzę, ale z kim nigdy nie miałam bliższych kontaktów, czy to na żywo, czy to w Internecie. Zaufanie to cenna rzecz i trudno jest udzielać go zupełnie obcemu człowiekowi.


      Myślę, że nie miałabym takich obaw w przypadku osób, których nie znam osobiście, ale spotykam się z nimi i rozmawiam w sieci. Miałam okazję przekonać się, że to działa. Czy pamiętacie mój wpis o lalce Dazi May? Przyjechała do mnie gości od Major Mistakes, która nigdy nie widziała mnie na żywo, nie słyszała mojego głosu, ba, nawet nie wie jak smakuje moja strucla makowa, a jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi zaufała mi w kwestii powierzenia rudego skarbu  :)


      Do dziś pamiętam jak bałam się, kiedy nadobna własność Major Mistakes jechała do mnie przesyłką pocztową. Gdyby przewoźnik zgubił paczkę lub, nie daj boże, uszkodził, to byłby absolutny koniec świata. Nie zgubił i chwała mu za to, ale jak wiadomo, chytre przypadki chodzą po poczcie i czasami przywłaszczają sobie cudzą własność.


      Znacznie łatwiej jest, gdy na wymianę zgodzą się kolekcjonerzy mieszkający w tym samym mieście. Tu już nie ma niebezpieczeństwa zagubienia lalki, a dodatkowo dochodzi przyjemność spotkania z bliską osobą.


      Ja ten wstęp piszę, oczywiście, nie bez kozery, bo chcę pochwalić się lalkiem przebywającym u mnie na występach gościnnych. Chłopięcie nazywa się Tadzik i wygrało chyba wszystkie konkursy sfochanej śliczności, jakiej do tej pory organizowano, a nawet jeśli nie wygrało, to wróżę mu, że w roku 2017 połowa warszawskiej dzielnicy Grochów będzie mu jadła z ręki. Obecność Tadzia zawdzięczam nieobecności Taeyanga Taichi, który wybył z domu w calach romantycznych (czyli mówiąc wprost, pojechał do Balbinki z Dollsforum podrywać Pullipy).


      29838569860_334780a384_z

       

      Tadzio jest Isulem, więc już na wstępie został przejęty przez dziką bandę Taeyangów, która ma w planach rozpuścić go jak dziadowski bicz, nauczyć kilku soczystych przekleństw i przede wszystkim podtuczyć, bo Tadzio to chucherko.


      30133775095_0eef33c0d5_z

       

      To pierwszy raz, kiedy mam możliwość nacieszyć się Isulem dłużej niż kilka godzin (aaaaa, całe dwa tygodnie!) i muszę ze smutkiem wyznać, że w związku z tym moje niedawne ciągoty ku Dalom zupełnie wzięły w łeb. Przez te oczy brązowe, brązowe, zwariowaaaałam!


      29505146293_f059bd085c_z

       

      Tadzio jest tak słodki, że rozpływam się już na wstępie. Podoba mi się bez zastrzeżeń i rozczula, jak wszystkie stworzenia o wielkich ślepiach (a jak są jeszcze chuderlawe i zamorzone głodem, to już w ogóle).


       

      12353995_1243322659017999_1017565147_n

      Oto przykład typowego głodnego bidula z dużymi oczami. Jeśli ktoś czuje ukłucie dobroci w sercu, to niechaj go nakarmi i pocieszy, bo jak widać chłopeczek jest smutny i znękany, jak również zziębnięty, bo ktoś mu ostatnią koszulę świsnął, a kłaczki na klacie ma rzadziutkie. Także jest potencjał dla czynów samarytańskich.

       

      Tadzio brzuszek ma wklęśnięty (sprawdziłam!), a ponadto patrzy swoimi ogromnymi ślepkami tak litościwie, że człowiek by się z chęcią żyletką pociął, aby mu jeno zrobić przyjemność. A to, że robi jednocześnie wrażenie małej i wiecznie skwaszonej zarazy, to dodatkowy czynnik napędzający silniki mojej miłości.


      29505470634_52d95049db_z

      Brum, brum, brum - to mruczą silniki miłości :P

       

      Mieć w domu takie rozkoszne małe gówienko to sama przyjemność, no może za wyjątkiem momentu, kiedy trzeba będzie je oddać prawowitemu właścicielowi. I nie ma, ani nie będzie miało znaczenia to, że do takiego pożyczonego bąbla się człowiek przywiąże. Chyba, żeby zawłaszczyć go przez zasiedzenie (lub zamacanie).


      29505538944_f299b335a5_z

       

      Mając pięknego Tadzia na wyciągnięcie ręki zastanawiam się, czy nie dałoby się do naszego środowiska wprowadzić tradycji lalkowej wymiany. Przekazanie komuś swojej lalki wcale nie jest takie straszne, jeśli uświadomi się temu człowiekowi, czego nie należy robić, żeby jej nie zepsuć. Można w tym celu zrobić listę zakazów, choćby taką:

      1. Nie dawać do zabawy dzieciom, psu, kotu i mężowi,

      2. Nie trzymać nad palnikiem podczas gotowania posiłku,

      3. Nie używać do udrażniania rur,

      4. Nie spożywać bez uprzedniego umycia pod bieżącą wodą

      5. I tak dalej, i tak dalej.


      Myślę, że mało jest wśród nas osób niefrasobliwych, które pomiatałyby pożyczonym przedmiotem. O pożyczone zazwyczaj dba się bardziej niż o własne, prawda? Nie można jednak wykluczyć zdarzeń losowych, które jak koty, chodzą własnymi drogami. Jeśli na lalkę ma spaść samolot z prezydentem to nawet nawet wróż Maciej może tego nie przewidzieć, zatem nie ma co się bać na zapas.


      Na koniec pytanie, którego w kontekście powyższego wpisu nie mogę nie zadać. Jak zapatrujecie się na pomysł lalkowej wymiany? Czy miałaby szansę zaistnieć na szerszą skalę?


      29311268336_9d4be10ee0_z

       

      Aha - jeśli chodzi o tłumaczenie notki na angielski, to właśnie je utrupiłam, poprzez wywalenie pliku, na którym pracowałam, z dysku. Spróbuję odratować je na piątek, więc jeśli komuś na nim zależy, to niech zagląda przed sobotą.


      29106407771_f1e3cb5cfe_z

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ja lalkę tobie, ty lalkę mnie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      środa, 05 października 2016 21:46
  • sobota, 27 sierpnia 2016
  • wtorek, 16 sierpnia 2016
    • Brudasy. Notka ekspresowa

      Dzisiejsza notka będzie króciutka, żeby nie zanudzić Was jak to mam w zwyczaju.

      Otóż była sobie śmiesznie tania aukcja na eBayu. Aukcja obejmowała pięć ciekawych lalek, którym podmieniono ciała. Trzy z nich były absolutnie zachwycające, a pozostałe - ładne. Sęk w tym, że trójka wspaniałych oraz jedna z tych mniej intrygujących były pomazane niezmywalnymi markerami. A jeśli coś jest niezmywalne, to sprawa może być beznadziejna.

       

      Today's entry is going to be very, very short, because I don't want to bore you the way I usually do.

      Once upon a time there was a cheap auction of 5 dolls on eBay. I took part in it, because I was vividly interested in getting three of them. I was the only bidder. Nobody wanted the dolls as four of them had been heavily stained and there was no certainty that the staining could be removed.

       

      To już jedna dziesiąta historii, więc potwierdza się, że wcale nie skłamałam co do jej długości.

       

      Haha, you've just read the tenth part of the entry, so, as you can see, I wasn't lying when I wrote that it's gonna be a shortie ;)

       

      Skoro już naświetliłam problem, to pozwolę sobie jeszcze dosmaczyć go za pomocą zdjęć z aukcji (publikowanych za wiedzą i zgodą ich autora)

       

      Once I managed to throw some light on the case, let me now show you the pictures from the auction (courtesy of the eBay seller)

       

      sl1600

       

      * * *

       

      sl1601

       

      * * *

       

      sl1602

       

       

      Oczywiście, jak ktoś jest porąbaniec i wariat (który dodatkowo wyhaczył w "malowniczej" grupie Kena Harley Davidson), to się zaweźmie i na coś niemożliwego. Czasami mu się uda, a czasami nie. Mnie wyszło pół na pół.

       

      Call me overconfident, but I was absolutely sure that I'd be able to save at least a half of them. The one I wanted to rescue the most was Harley Davidson Ken. I know that sometimes instinct pulles your leg, but this time it pulled only the right one, so I'm still standing on the left one. In other words, I can announce a partial success!

       

      W ratowaniu lalek pomagał:

      - żel na trądzik "Benzacne" (potrzebny jest jakikolwiek krem/maść/żel zawierający składnik benzoyl peroxide)

      - nasłoneczniony parapet

       

      In order to help the dolls I used:

      - anti-acne cream "Benzacne" (It's a cream that contains benzoyl peroxide In fact any cream containing this ingridient would do)

      - a sunny window sill

       

      Zaaplikowałam brudasom ponad tygodniową kurację. Rano kremik na gęby i wio na słoneczko. Wieczorem szybkie zmycie skorupki i ponowne smarowanie. I tak dzień w dzień.

       

      I applied the cream to the stains and placed the dolls on the sill. I repeated this scheme twice a day during the past twelve days.

       

      28921149292_d7e9542ac0

       

       

      W przypadku laleczki z moldem "Steffie" mogę już otrąbić pełny sukces. Pacjentka powróciła do zdrowia. Plamy całkowicie zeszły i jej buziak jest znów czyściutki.

       

      One of the "patients" has already been healed. The doll with "Steffie" face mold looks as good as new. The taste of success is so sweet! Yaaay!

       

      28950023291_febcfbd6e2

       

       

      Kenik potrzebuje jeszcze kilku dni na całkowite pozbycie się smug, ale nawet na obecnym etapie wyraźnie widać, że i w jego przypadku Benzacne zdziałał cuda.


      Ken still needs a few more days of therapy, but even now you can see that he's on the right way to full recovery.


       

      29026147435_18e82dfbd7

       

      * * *


      28405746574_d4ae2877d5

       

      * * *


      28408682153_ed2924a23e

       

      * * *


      28405675234_552b869c42

       

      W przypadku Kopciuszka i ślicznej "Goddeski" jeszcze trochę się pomęczę. Flamastry, którym je upiększono, nie chcą się poddać. Jednak nie składam broni. Jeśli siła Benzacne zawiedzie, to ucieknę się do pomocy specyfiku o nazwie "Remove-zit", który ponoć jest w stanie usunąć prawie każde zabrudzenie z lalki. Ufam jednak, że Benzacne się sprawi. W końcu to nasz krajowy "siłacz", a nie jakiś tam zagraniczny chwalipięta ;)

       

      Unfortunately neither Cinderella nor the "Goddess" responded positively to the treatment. Their stains don't seem to cooperate with the cream. So far I can't see any results. I plan to give them some more time (a week) and if nothing changes I'll have to use a stronger product, probably "Remove-zit". However, I strongly hope, that Benzacne will manage to bleach the stains. People of faith often get, what they pray for, don't they? ;)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Brudasy. Notka ekspresowa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 16 sierpnia 2016 18:43
  • czwartek, 11 sierpnia 2016
    • Rozbójnik i panna

      Czytywaliście w młodości romanse? Ja - i owszem! Za moich szczeniackich czasów na topie był cykl Margit Sandemo "Saga o ludziach lodu", składający się z 47 tomów. Przeczytałam je wszystkie, niektóre nawet po dwa razy! Jako chytre i przemyślne dziecko, pożyczałam kolejne części z biblioteki, twierdząc, że to "dla mamusi". Rzecz jasna mama o niczym nie wiedziała i pewnego dnia doznała srogiego zadziwienia, kiedy pani bibliotekarka wcisnęła jej z porozumiewawczym uśmiechem kupkę romansowych powieści Jude Deveraux. A musicie wiedzieć, że były to twory literackie jeszcze bardziej pochłaniające niż "Saga o ludziach lodu". O czym przekonałam się, podkradając je na noc i czytając, jak zawsze czyta się literaturę zakazaną, pod kołdrą przy świetle latarki.

       

      Did you enjoy reading romance novels as kids? I surely did! When I was young the most popular romantic series among my friends was "The legend of the ice people" by Margit Sandemo, consisting of 47 parts. I was so captivated by the story that I read all of them in no time flat :)

      I got them from the local library, but as I was a little ashamed to borrow them (they were labelled as "adult" books), I told the librarian that I was taking them for my mom, who loved romantic stories. The librarian swallowed the hook and one fine day, when my old lady was visiting the library herself, she was offered a pile of books by Jude Deveraux. She was a little puzzled by that, but took the books home anyway. My poor mom didn't have the faintiest idea how I loved romance novels at that time :P

      Let me just add that I've managed to engulf the whole pile during the following week. I was reading secretly under my duvet at night time.

       

      Książki Jude Deveraux pisane są na jedno kopyto: młoda kobieta w tarapatach poznaje przystojnego nieznajomego, którego na początku nie cierpi, lecz z upływem czasu szaleńczo się w nim zakochuje. Nieznajomy, który zaprząta jej myśli, jest bogaty, odważny, zbuntowany, rycerski, romantyczny, skrywa jakąś tajemnicę, bywa impertynencki i jest typem zdobywcy, który miał w życiu wiele kobiet, lecz nie zaznał smaku prawdziwej miłości, toteż odnajduje go dopiero w chwili poznania głównej bohaterki. Tak to z grubsza wygląda :P

       

      All books by Jude Deveraux follow the same pattern: a young damsel in distress meets a handsome stranger, whom she initially dislikes, but as times go by she falls in love with him. The said stranger is always young, wealthy, brave, rebellious, chivalrous and mysterious. He's an imbecile and a knight in shining armor at the same time, and what's most important, he doen't known what love is until he meets the heroine. That's exactly what you can expect from these novels and it doesn't matter which one you choose.

       

      Sięgając po dowolną powieść Jude Deveraux można być pewnym jednego - w którymś (nabrzmiałym chucią) momencie pomiędzy bohaterami dojdzie do romantycznego zbliżenia, podczas którego ona straci sukienkę, a on portki, przy czym utrata odzieży będzie związana z jej częściową dewastacją (najczęściej w okolicach klatki piersiowej, gdzie efektownie strzelają guziki). Jak wiadomo wichry namiętności są wrogami wszelkich tekstyliów :)

       

      Ah, there is one more thing to mention. Jude Deveraux is famous for juicy moments, so be prepared to read about shirts and dresses being ripped off or even burned. There's so much passion involved that it usually leads to the destruction of clothes. Please, be warned not to laugh too loud if you come across one of such moments - they might be many psychotic fans of Jude Deveraux among us!

       

      Wychodząc naprzeciw miłośni(cz)kom romansowej literatury Mattel wypuścił w 2003 roku zestaw podarunkowy, pod nazwą "Jude Deveraux - the Raider", w skład którego wchodziły dwie lalki - Ken, do złudzenia przypominający aktora kina akcji, Lorenzo Lamas'a, oraz jasnowłosa Barbie, uroczo omdlewająca w jego silnych ramionach.

       

      In order to meet the expectation of romance-hungry readers Mattel released in 2003 a gift set, known as "Jude Deveraux - the Raider", including two dolls. Ken from this set looked like a hunky twin of Lorenzo Lamas, the star of action films, while Barbie was as sweet, fragile and innocent as a fair maiden can be.

       

       

      Lorenzo

       

      Oto Lorenzo. Młody, urodziwy i owłosiony jak szop pracz. A ja mam pełen kosz prania w łazience. Ajajaj, przydałby mi się teraz taki Lorenzo, oczywiście do rozwieszania prania na sznurkach. On by rozwieszał, a ja bym nadzorowała, żeby robił to równo/That's Lorenzo in his youth. He's quite handsome, hairy and topless. I know that it's not wise to judge a book by its cover, but I can't help liking Lorenzo's cover very, very much.

       

       

      s-l1600 

       

      A tu mamy już zestaw, o którym mowa w dzisiejszej notce. Barbie prawie jak Kopciuszek z filmu Kenetha Brannagha, a Ken jak wcielenie grzechu lubieżności/And here's the photo of the couple (taken from the internet auction that I've won). Barbie reminds me of Cinderella from Keneth Brannagh's movie. Ken is more like the epitome of lasciviousness.

       

       

      Choć zestaw w stanie NRFB jest przeuroczo kiczowaty i mogłabym paść nim oczy na okrągło, to jako miłośnik prucia pudełek nie mogłam pozostawić go w dziewiczej postaci, bo bardzo chciałam wymacać Kenika. Barbie też, ale z ręką na sercu przyznaję, że gdyby nie "on", to nawet bym na nią nie spojrzała. Nie jest brzydka, o nie, ale to nie moja bajka.

       

      Although the dolls look quite exquisite as a NRFB set I didn't have any mercy for this kitchy box and tore it apart in an instant. I very much wanted to inspect mister sexy, err, I mean Ken. Our first touch gave me goosebumps was very satisfying. Barbie was welcome too, but I need to admit that I gave her less attention, as I treated her as a lovely yet not necessary addition.

       

       

      28804072282_ec7f78ac9e

       

       I'm too sexy for my shirt, too sexy for my shirt, so sexy it hurts :P

       

      Ken "Raider" jest zupełnie wyjątkowy. Tej twarzy nie zobaczymy u innych panów od Mattel, gdyż użyto jej jeden, jedyny raz. Wielka to szkoda! Gdyby przeszczepić face mold Raidera na grunt lalek play line, to sklepy z zabawkami chyba przeżywałyby oblężenie. Tymczasem na rynku rządzą chuderlawi młodzieniaszkowie. Nie twierdzę, że są odpychający, wręcz przeciwnie, ale gdy się ma apetyt na kawał pełnokrwistego chłopa, to takie wymoczkowate typy nie mają szans by zaspokoić rozszalały apetyt. No bo w co tu się wgryzać - na tych chuderlakach nie uświadczysz ani krzty porządnego mięcha. Za to ciało Raidera ...

       

      Raider is a very special Ken. He's got a unique face that has never been used again. It's such a pity! Just imagine play line Kens with such divine countenences. People would probably stand in queues to buy them. Don't get me wrong - I have nothing against modern, metrosexual Ken dolls, but sometimes my appetite can't be satisfied with their sweet faces and slim boned bodies. In other words - there are times when I need an atletic hero, whose body gives me shivers.

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

       * * *

       

      1

       

       * * *

       

      28613256860_dd982bbf00

       

       * * *

       

      28613230960_1b05c7b33b

       

       

      Ciało Raidera, jako i jego twarz, jest warte grzechu i jako takie nie powinno pozostawać w ukryciu. Nie na darmo jego nabrzmiałe testosteronem mięśnie próbują rozerwać krępujący je ubiór. W wyobraźni prawie już słyszę trzask pękającego materiału (oby tylko nie była to strzelająca dziura na pupie)!

      Gdybym była projektantką Mattel'a, to zrobiłabym z tego Kenika oddzielną postać, uosabiającą jakiegoś leśnego boga czy antycznego herosa. No nie pasuje mu kiczasto-romansowy entaurage. Za bardzo go ... ośmiesza. Z perwersyjnym rozradowaniem stwierdzam, że będę musiała zadbać o stosowne zmiany na własną rękę. A na razie poproszę takiego na wynos w wersji "live" i w większym rozmiarze :)

       

      Raider's body is beautifly carved, just like a body of an athlete. It's a shame that it has been covered with so many clothes. According to me this gentleman should remain shirtless in order to shock and tempt ladies with his perfect abs and muscular shoulders. God bless his producers who decided to give him a shirt that opens in such frivolous fashion so that to give you a glimpse of his impressive chest. Raider is, without a doubt, a doll that has the power to animate your senses and desires. He must have been designed by a very sinful person :)

       

       

      28877704256_d7a829231c

       

       

      Barbie jest przeciwieństwem swojego partnera. On imponuje ciałem wojownika (a konkretniej Max'a Steel'a), ją osadzono na standardowym korpusiku produkowanym po 2000 roku. Jest zatem statyczna, ale nie mam jej tego za złe. Przecież bohaterka romantycznej opowieści nie musi fikać koziołków ani dokonywać cudów ekwilibrystyki. Wystarczy że jest ładna i umie wdzięcznie omdlewać w stresujących sytuacjach.

       

      Barbie is the opposite of Raider. He was given the body of a warrior (or to be precise - the body of an action figure known as Max Steel), she is a typical Mattel doll with no extravagant features or additional abilities. Nothing special about her, except the cute face and (seemingly) lovely dress.

       

       

      28866870766_a8349ecaf8

       

       

      Po wyjęciu z pudełka blondynka pozytywnie mnie zaskoczyła. Wydawało mi się, że będzie paskudna, a jednak ujęła mnie buziakiem. Ciut gorzej z jej strojem, który świetnie wygląda na zdjęciach, ale w rzeczywistości jest zszyty po partacku. Dajmy się jednak uwieść magii zdjęć - w końcu blondynkom z jasną karnacją bardzo do twarzy w zwiewnych, błękitnych sukniach. A jak się ma jeszcze niebieskie oczy z długimi rzęsami, to ho, ho - można nimi wodzić chłopców na pokuszenie! Można też, dla wzmocnienia efektu nieskromnie opuścić ramiączka sukienki, lub też wystawić to i owo na światło dzienne. Oczywiście mam w tej chwili na myśli (białe jak lilie) dłonie, ewentualnie (prześwietlone czerwonymi promieniami słońca) uszy. O innych częściach ciała nie śmiem nawet myśleć, bo jak raz się wyobraźnia rozszaleje, to później trudno ją zagnać do kojca :P

       

      The dress looks lovely in the pictures but in reality it's poorly sewn and shapeless. Who sews such stuff? Blind seamstresses? The infamous "Mattel quality" strikes again. It's obvious that the dress is meant to look perfectly while inside the box, not away from it.

      Although I'm a little dissapointed with its quality I still admit that it suits the blonde pretty well. Blue-eyed damsels and blue, chiffon gowns were made for each other and that's a fact!

      I'm also suprized at how much I like this doll already. I thought that she would be a total train wreck but she's not half bad. Her expression says: "I have something on my mind and it's very naughty! I'll show you, what that is, if you give me a decent price!". Although I'm not sure if I want to know what that offer entails I admit that I might be a little tempted to bargain about it with her.

       

       

      2

       

       

      28833497421_f949759573

       

       

      28293595603_fda63358d0

       

       

      2

       

       

      2

       

       

      Podsumowując: zestaw "Deveraux" to słodki, lalkowy kicz z lekko erotycznym podtekstem, będący ucieleśnieniem banalnej bajki dla dorosłych. Jednak ze względu na obłędną twarz i ciało Kena - Raidera, którego w nim umieszczono i nadspodziewanie pasującą do niego Barbie, znajduję go bardzo kuszącym i godnym pożądania.

       

      To sum things up: the Deveraux gift set is a perfect example of sweet kitch combined with mild erotica. It's designed for the adults and it should satisfy the craving of the ones who are not afraid to spice up the hobby.

       

       

      3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Rozbójnik i panna”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 sierpnia 2016 17:30
  • niedziela, 07 sierpnia 2016
    • Kicz pełną gębą

      Barbiowate jakoś nie chcą się mnie trzymać. Co zjawi się jakaś nowa na włościach, to kilka dni później któraś z jej (ponoć zasiedziałych „na stałe”) koleżanek wskakuje w kopertę i wyjeżdża na zawsze. Na razie nie umiem ustalić wzorca, na podstawie którego zachodzą te rotacje. Wiem tylko, że znudzenie następuje mniej-więcej po roku. 12 miesięcy wspólnego życia wystarcza mi, by bez żalu pomachać ładnej lalce na pożegnanie: „Baj, baj maleńka! Zapamiętam cię w swym sercu na zawsze. Byłaś mi radością i rozkoszą mych oczu, ale co było, to się skończyło. Uciekaj skoro świt, bo potem będzie wstyd i nie wybaczy nikt, gdy plastik wyda zgrzyt”.


      Barbie dolls are „easy come, easy go” items for me. Usually, when a new doll arrives at my house, one of the long-term residents packs up her bags, jumps into an envelope and sets on a journey to a new owner. I still have to work out the pattern of these repetitive dolly rotations. The only thing I can be sure of is that my tolerance for Mattel dolls lasts approximatelly 12 months. After a year of living  under the same roof I usually feel bored enough to let them go their separate ways. I wave my handkerchief and wail: „Good bye, my sweet beauties! Good bye! I’ll always keep you in my memory and heart, but now, please, get lost (and make room for the new ones)!” 


      Najszybciej pozbywam się rudych i blondynek. Brunetki wypuszczam po krótkim zastanowieniu, a lalki ciemnoskóre – po dłuższych dywagacjach, choć przyznaję, że zazwyczaj są bezpieczne przed odsiewem. Za to lalek z różowymi włosami w ogóle się nie pozbywam. Pewnie dlatego, że mam tylko jedną – Tarinę Tarantino.


      The first to go away are always blondes and redheads. Brunettes are a little more precious to me, so I keep them longer. The dark-skinned dolls are usually sefe. The pink-haired ones are untouchable. That's because I only have one such a doll - Tarina Tarantino.

       

      01

       

      Lalka trafiła do mnie z pobudek czysto snobistycznych. W głębi serca jestem wredną, chciwą i zazdrosną małpą, która chciałaby mieć wszystko, co najładniejsze i najciekawsze. A Tarina jest bezsprzecznie ... dziwolągiem, w dodatku pożądanym przez kolekcjonerów z całego świata. Jako skończony zazdrośnik zatęskniłam za zabawką, która wzbudza emocje tylu osób i gdy pojawiła się możliwość, ściągnęłam ją do siebie. Nie ma to jak odpowiednia motywacja! :D

       

      I decided to buy Tarina, because deep down inside I'm a creepy, snobistic slut, whose motivation can be wery low at times. I wanted to have Tarina, because she's desired, sought after and praised by many collectors all over the world. I wanted her, because she's so hyped up. Sad but true.

       

      2

       

      Lalka jest specyficzna. Sądząc po rysach jej twarzy, to musiała swego czasu flirtować z lalkowym chirurgiem plastycznym, który ją nadmuchał botoksem, uciął to i owo, a na koniec w kilku miejscach ponaciągnął. No i wyszła strasznie nienaturalna dziewucha z noskiem jak groszek, ssawką jak u komara i twarzą w kształcie kajzerki, jeno bez "dupki" na środku  (prawie jak prezydent Duda, ale Tarina jest jednak ładniejsza, no i ma dłuższe rzęsy. Nic to, że wyglądają, jakby je zrobiono z dziczej szczeci). I jeszcze ubrali ją w coś, co śmiało można byłoby założyć na światowy zlot lolitek, jeśli taki gdzieś by się odbywał :)

       

      The doll is very artificial in every aspect of her plastic being. She's like a caricature of the real thing. Every part of her seems to yell: "Exagerration is my middle name and I'm ready to attend a kawaii party for kawaii lolitas! Take me there immediately!" Indeed, her hair and outfit are quite unique. She also wears a ton of pinkish and flashy jewellery. There's so much gold and jewels on Tarina, that you have an impression that you should put her in a safe or else she might get stolen :P

       

      3

       

      4

       

      5

       

      6

       

      7

       

      8

       

      9

       

      9,1

       

      9,2

       

      9,3

       

      Przerysowanie wychodzi jej jednak na korzyść. Po pierwsze – Tarina wyróżnia się wśród reszty moich lalek od Mattel. Prawie wszystkie moje mattelki straszą stonowanymi ubiorami i fryzurami, a ona jest jak rozbryzg neonowej farby na ścianie pałacu Buckingham. Po drugie – wprowadza pierwiastek żeński w mojej bardzo męskiej ferajnie, okupującej witrynę. Po trzecie – wywołuje mieszane odczucia wśród osób, które widziały ją na żywo. Po czwarte – rasowa z niej modelka, co stwierdzam z niejakim przekąsem, bo ciało ma wybitnie nieruchawe.

       

      Suprisingly her exagerration is her strongest point. She's like a splash of neon paint on the wall of the Buckingham Palace. She doesn't fit in with the crowd of my other dolls, as none of them is as colorful or avant-garde as she is. She poses like a model, smiles like a Cheshire cat and treads on the hearts of all my Ken dolls, because she was born a heartbreaker :)

       

      9,4

       

      Właściwie mogłabym napisać tutaj tyradę o tym, jak wrednym i beznadziejnym posunięciem ze strony firmy Mattel jest wyposażanie ładnych lalek w ciała niezdolne do pozowania, ale przyznam się po cichu, że dla mnie zginalność nie jest zbyt ważna. Moje lalki albo stoją w witrynie, albo wyskakują z niej na chwilę na sesje zdjęciowe, przy czym są to sesje portretowe, nie wymagające ze ich strony żadnych skomplikowanych póz. Dlatego nic a nic mnie nie boli, że Tarina ma ograniczony zakres ruchu.


      I might be a little in love with her too, as I can't find any week points in her. I don't mind her limited movability because I mainly use dolls for static photo shoots and I don't need them to spin around or bend like contortionists. Flexibility is not my thing. I just need a pretty dolly face around to be happy :)

       

      555

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Kicz pełną gębą”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 07 sierpnia 2016 17:38
  • piątek, 01 lipca 2016
    • Pudło hańby

      Zbieractwo lalkowe prędzej czy później prowadzi do tego, że w którymś z zakamarków mieszkania (na szafie, pod łóżkiem lub w innym niezagospodarowanym kącie) pojawia się spore pudło, stopniowo zapełniające się się padliną, czyli lalkami, do których nie mamy serca, ale szkoda je wyrzucić, bo „może kiedyś się przydadzą”. Bidy, o których mowa, to w większości przypadków lalki z przeszłością, uratowane w second handach lub na bazarach, cierpiące na popularne, lalkowe choroby cywilizacyjne: pogryzione dłonie i stopy, kołtun we włosach, cerę zeszpeconą niezmywalnymi pisakami.

       

      Collecting dolls sooner or later gives the same results to every person that shares the hobby. One day you tuck a big, empty box in one of the dark corners of your house. Its purpose is to store the dolls that you no longer like but you do not let them go, because there is a slight chance that they migh come in handy as body donors or material for OOAK. Some of them are new, some of them are toys with a past. Abused by the previous owners they often have their hair shortened, faces stained with ink and chewed up limbs.

       

      Moje trupiszony mieszkają na szafie. Nie jest to wygodne siedlisko ani dla nich, ani dla mnie. Zdarza się, że gdy ściągam przepełniony kosz z wyszki, część towarzystwa wysypuje się na podłogę, albo, co gorsza, dokonuje przy tym desantu się na właścicielkę, a to bywa bolesne (kto dostał spadającą Barbiochą w ucho, ten się ze mną zgodzi). To chyba rodzaj lalkowej wendetty ze strony niechcianych plastików – ja je upycham do „pudła hańby i zapomnienia”, a one mszczą się na sposób przedmiotów martwych, czyli przy każdej, nadarzającej się sposobności, próbują narobić mi siniaków.

       

      All of my unwanted dollies live in a box located on the top of the wardrobe. It’s not a comfortable place of dwelling for them or a convenient storage place for me. It often happens that some of the dolls fall down, especially at times when I try to get the overflowing box safely on the floor. Sometimes they fall in the form of an avalanche, hitting my hands and shoulders, which is quite painful. I think they do it on purpose. I see myself as a victim of a dolly vendetta being waged by the unwanted ones.

       

      Mimo zagrożenia lalkową lawiną, co jakiś czas, gnana wyrzutami sumienia, zaglądam do nieboszczek z silnym postanowieniem, że powyciągam je w końcu z „kosza hańby”, poreperuję i odzieję, a potem postawię w glorii rozkwitłej urody na półce. W tym celu wywalam cały majdan na podłogę, siadam w środku niczym matkująca kura i biorę się za ogląd „bogactwa”.

       

      In spite of the danger of being knocked down by a dolly avalanche I sometimes carry out the inspection of the box of shame. I still hope that one fine day I’ll bring the unwanted dolls back to life by giving them new outfits, hair and shoes. Operation „ugly swan” you may say. The very thought of the possibility of their transformation makes me giddy.

       

      Na pierwszy ogień idą bidy potrzebujące rerootu, które trzymam ze względu na miłe buźki. Bardzo, ale to bardzo lubię wyobrażać sobie, że kiedyś, w przyszłości, wszyję im jakieś włosięta. Wszystko mi mówi, że stanie się to w wyjątkowym dniu, którego uroda na długo zapadnie mi w pamięć. Tego dnia obudzę się raniutko, wypoczęta i pełna energii oraz całkowicie gotowa do zmagań z igłą, kłakami z chińskich peruk i łysymi łbami. Po lekkim śniadaniu zasiądę wygodnie w fotelu i póki słoneczko nie zajdzie będę obszywać łyse czerepy, podśpiewując z ukontentowania i co jakiś czas podziwiając efekty swojej pracy. Jaka rozkoszna wizja! Rozkoszna i słodka jak w pysk strzelił. Bo przecież ja i reroot to dwa zjawiska, które nigdy nie zaistnieją w tym samym czasie i miejscu. Rerootowanie jest „fuj”, „bleh” i „ugh”, no i w dodatku można się w jego trakcie igłą pokłuć. Niech więc łysole leżą w pudle dalej! W końcu żadna krzywda im się nie dzieje. A że trochę włosków brak? No i co z tego. W dzisiejszych czasach łysina nikogo już nie razi.

       

      The dolls which should be the easiest to restore are the bald ones. I keep a few hairless dollies because of their cute faces, hoping that one day I’ll find enough time to reroot them. In my imagination I can already see a blissfull scene: I sit in an armchair, equipped with a long needle, a bundle of hair and a dozen or so dolly heads and I rerot them one by one like a pro This vision shall never come true, as rerooting is something that I hate with all of my heart, but I might try one day when I’m drunk

       

      Drugą grupę nieboszczek stanowią bezgłowe ciała. Pomimo dotychczasowych niepowodzeń nadal żywię nadzieję, że kiedyś znajdą się łby, które będą pasowały do nich odcieniem. Jak nie u mnie, to u kogoś innego. Grunt, żeby cielska znalazły w końcu swoje zagubione makówki. Życzę im tego bardzo gorąco, tym bardziej, że większość z nich jest mocno nieruchawa, co nie przyda im blasku w oczach żadnego lalkoluba.

       

      The second group of the unwanted dolls consists of headless bodies. I’ve been trying to find suitable heads for them but failed, because of the differences of skin tones. If I shall be unlucky in the future I’ll eventually hand these bodies over to some other collector who might make a better use of them.

       

      Trzecia grupa to łby, niekompatybilne z ciałami z grupy numer dwa. Smutne resztki po pełnowartościowych lalkach. One, właściwie, mają najgorzej, bo najczęściej idą na przemalowanie, a później – do śmieci, szczególnie kiedy się wkurzę, że efekt paprania pędzlem znowu nie wyszedł mi tak, jak chciałam. Jak powszechnie wiadomo, nieudany repaint nie jest nigdy winą repaintera, tylko materiału na którym pracuje, jako że łby pod przemalunek bywają wredne i oporne. Tak, tak, wszystkie nieudane próby, to ich wina, ja przecież jestem artystą przez duże „ą” na końcu i w’ogle to mówcie mi „Mistrzu” :P

       

      The third group consists of bodiless heads (with hair), that are incompatible with the bodies from group No 2. I find them perfect for various experiments such as repainting. I don’t have much mercy for these floating heads in my heart. I destroy them one by one, repainting them so many times that I often damage the rubber they are made of. If you want to be creative you have to destroy – that’s what people say and I completely agree with this notion.

       

      W koszu chowają się jeszcze takie bidy, które w pewnym momencie mi się ponudziły i zostały pousuwane z witryny, żeby dać oczom od nich odpocząć. Właściwie nie wiadomo co z nimi zrobić. Z jednej strony – choć żar namiętności już uleciał to pamiętam, że kiedyś były bardzo chciejne. Z drugiej – nie umiem oddać ich innym zbieraczom, bo a nóż znowu mi się odezwie w sercu tkliwa melodia miłości (to mało prawdopodobne, ale jakiś tam cień szansy jednak istnieje).

       

      The rest of the dolls that hide in the box of shame are the pitiful ones that I once liked but lost interest in them. Frankly speaking I don’t know what to do with them. Keeping them doesn’t give me any joy but I’m still not ready to let them go. It seems that I act like a typical dog in the manger as I prevent others from having something that I myself have no use for. I cherish a hope that one day I shall fall in love with them again. It’s highly unlikely to happen, but who knows for sure.

       

      Zabawa z trupkami kończy się zawsze w ten sam sposób – one do pudła, pudło na szafę, a ja – do przyjemniejszych zajęć

       

      The inspection of my dolly goods always ends in the same manner – the dollies go back to the box, the box flies back to the top of the wardrobe and I forget about if for at least half a year.

       

      A żeby wpisior nie był suchy jak dowcip Strasburgera z "Familiady", to okraszę go zdjęciami kilku trupków, którym się udało na nowo zaistnieć, po przemalowaniu :)

       

      Haha, once you've curageously managed to read this blognote to the end, please, be rewarded with a few pictures of the dollies who were lucky to survive their stay in the box of shame. They all received new faces and are on their way to the new owners :)

       

       

      27448502070_65f4dc4372

       

      * * *

      27307161194_e9bb3b8b05

       

      * * *

      27952178746_b6df5edd49

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Pudło hańby”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 01 lipca 2016 21:35
  • niedziela, 17 kwietnia 2016
    • Ma się to oko!

      Jeśli pcha ci się w ręce coś wyjątkowego, to jedynym właściwym zachowaniem jest szerzej rozłożyć ramiona, żeby objąć to jak najmocniej, i nigdy, ale to przenigdy, nie wypuścić z uścisku. Tak właśnie jest z Tangkou, którą jakiś czas temu wypatrzyłam w jednym z wątków sprzedażowych na Dollsforum.


      When something very special desperately tries to get into your hands, then the only way to respond is to spread your arms as wide as you can, so that this precious thing finds its way into your embrace and anchors there forever. The precious little thing I'm talking about is an exceptional Tangkou doll, which I found in one of the buy/sell/trade threads on the Dollsforum.


      Sprzedawana lalka była łysa, bosa i wtłoczona w jakieś niedzisiejsze, gorsetopodobne łachmanorum, ale cóż to miało za znaczenie, skoro jej twarz malowała Kamarza? Dla tak charakternej buźki brałabym ją nawet gdyby była chroma, garbata i miała parcha, a wszystko to z namiętnym pocałowaniem ręki.


      The doll was unloved and unwanted by the previous owner and as a result - in very poor condition. With no wig or decent outfit to cover her body she was a sad sight for my eyes. However, I decided to fight for her, because her face had been repainted by Kamarza, which overshadowed all the week points.


      Wraz z przemalowaną Tangoczką sprzedawała się druga Tang, nietknięta ręką żadnego psuja-OOAKowca. Fajna była, ale tym rodzajem fajności, który jest powtarzalny i fabryczny, a więc można go mieć od ręki, byle trochę przydusić portfel. Co oznacza, że odpuściłam ją sobie bez najmniejszych wyrzutów sumienia.


      The selling person had another Tangkou in stock, but as the second one was an original, factory-made doll, untouched by the hand of any OOAK artist, I decided that I could easily live without her.


      Po kilku latach lalkowania bardzo mnie ciągnie ku lalkom, które wychodzą za ramy taśmy produkcyjnej. Zbieractwo stało się za ciasne, więc próbuję samodzielnie malować, szyć i lepić. Bardzo chciałabym móc pokazać Wam pod koniec roku swoją autorską lalkę, ale dopóki jej nie mam, niech choć nacieszę się cudzym kunsztem, który objawił się w Tangoczce.


      After a few years of doll collecting I feel that just buying dolls is not enough. I need to start creating my own toys. I strongly hope that at the end of the year I'll be able to show you a prototype of my own doll, but since I haven't finished it yet, let me take my joy in Kamarza's work and bore you with my excitement about it.


      Te wszystkie drobniutkie kropeczki i liźnięcia pędzla, widniejące na twarzy Tang, w połączeniu z jednokolorowymi źrenicami, robią z niej niezłą łobuzicę. W dodatku laluchon, niczym córka Micka Jaggera, ma fajne, wystające jedynki, a ja szaleję ostatnio dla zębatych lalek. Jak coś jest zębate to może swobodnie gryźć marchewkę i kabanosy, a że i jedno i drugie wciągam w grzesznych ilościach, więc czuję komitywę.


      All the teeny-tiny spots that you can see on the Tang's face have been applied by hand, without the help of an airbrush or another similar device. That is what I call masterclass, ladies and gentlemen!

      The thing I love the most about this doll are her teeth – I don't know why, but I've been loving toothy dolls lately. They are both – creepy and fancy :)


      Twarzowa” stylistyka Tang pokierowała mnie przy wyborze jej stroju w rejony sportowo-niedbałe. W takich klimatach czuję się najlepiej. Eleganckie kiecki, pantofelki, biżuteria i dodatki to nie dla mnie. Sama się tak nie noszę więc i lalki katować nie będę. Wolałam wcisnąć ją w coś szarego i burego, co nie pogryzłoby się przy okazji z glanami. Glany te, co prawda, miały trafić do zupełnie kogoś innego, ale że bosonogi ktosiek nigdy do mnie nie dotarł, więc wlazły na babską stopę i już raczej się stamtąd nie ruszą. Grunt, że nie są już dłużej bezpańskie.

       

      When choosing a suitable outfit for my Tang I decided that it needed to be compatible with her mischievous face. That's why I didn't give her a dress or a pair of heels, but stuck to something more comfy and „thuggish”. I wear such clothes myself, so I guess that Tang mirrors my style. 

      After I got her dressed she started to remind me of a distant female relative of Snufkin, a character in the Moonin series of books. That's probably because of her pointy nose and big eyes, that observe the world quite curiously.


       

      26453496956_99a887f378_z


      26453488626_2ab8362fea_z


      26413256251_a2a1c1181d_z


      26413251381_3685045f68_z


      25874492574_6881bbcfa3_z


      26479420605_ac501da381_z


      25876546453_bb22434c51_z


      26206556500_db1aea018c_z


      26206542720_1640760d79_z


      25874549844_0506aa58e2_z


      26206548470_62826004cd_z


      26413296521_12d080c591_z

       

      I jeszcze krótkie posłowie: nie bójcie się komentować, jeśli lalka się Wam nie podoba. Przecież wcale nie musi :)


      A short afterword: Please, don't be afraid to leave a comment even if you don't fancy the doll. We all have different tastes and preferences, after all :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Ma się to oko!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 17 kwietnia 2016 14:42

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com