Doll land

Wpisy

  • wtorek, 04 grudnia 2018
    • Piękna lalka, brzydka tradycja

      Bardzo lubię matellowską serię „Dolls of the world” (w skrócie - DOTW). Wchodzące w jej skład lalki są świetnymi ambasadorkami swoich krajów. Ich stroje, wzorowane na regionalnych ubiorach z różnych stron świata, robią wrażenie ilością detali oraz starannością wykonania, zaś same lalki bardzo wyraźnie odznaczają się na tle swoich playlinowych koleżanek, przede wszystkim niestandardowymi makijażami i kunsztownymi fryzurami. DOTeWuczki (mój neologizm obejmujący Barbie z serii DOTW) wyróżniają się w kolekcjach nawet wtedy, gdy obok nich stoją lalki z droższych i bardziej ekskluzywnych serii. Dlatego trochę mi przykro, że DOTeWuczka, o której będę dziś pisać, promuje wyjątkowo okrutną tradycję.

       

      41812211834_c59aa3d682_z

       

      W swoim długim życiu Barbie wykonywała wiele zawodów – była modelką, tańczyła w balecie, ubiegała się o fotel prezydenta, leciała w kosmos, a w 1999 roku zdecydowała się na dość ryzykowny krok i została matadorem, czyli zabójcą byków z areny.

       

      Corrida, która w uproszczonej formie znana była już w czasach starożytnych, jest widowiskiem żerującym na najniższych ludzkich instynktach. Chodzi w niej o to, by pod aplauz publiczności umęczyć i zabić zwierzę, uznawane za symbol siły i odwagi. Walka na arenie jest nierówna, bo na jednego byka przypada kilku uzbrojonych i dobrze zorganizowanych przeciwników, którzy biją się na śmierć, bez prawa łaski dla przegranego. Zasady starcia są uświęcone tradycją – byka kolejno drażni się i rani czułe miejsca na jego ciele, aby na koniec przedstawienia ogłupiałe z bólu i szoku zwierzę mogło zostać powalone eleganckim pchnięciem szpady matadora. Chwała tym z matadorów, którzy kończą starcie szybko, uśmiercając byka poprzez przerwanie jego rdzenia kręgowego, lecz w tym niewdzięcznym zawodzie pracują przecież i tacy, którzy morderczy kunszt opanowali  znacznie gorzej i śmierć z ich ręki rozciąga się na długi, bolesne minuty.

       

      Corrida jest dla mnie spektaklem ze wszech miar obrzydliwym, stąd ciężko mi polubić lalkę, w tak dosłowny sposób uosabiającą ducha tego widowiska.  Widzę w niej wcielenie agresji, krwiożerczości i bezmyślnego niszczycielstwa. Można by rzec, że to lalka – rzeźnik. Chyba dlatego nie jestem w stanie znieść jej obecności na półce, choć jest obdarzona urodziwym obliczem i ciekawym strojem.

       

      31176435767_83293e05db_z

       

      Zastanawiam się, co pchnęło mnie do jej zakupu i sądzę, że otumaniła mnie "promocyjna" cena. Rozterki, związane z zapleczem kulturowym lalki pojawiły się dopiero gdy już miałam ją w ręku. Wierzyłam, że dam radę je przełamać, ale niektóre skojarzenia są zbyt silne, by zbyć je wzruszeniem ramion. Podejrzewam, że nie pomoże nawet zmiana stroju na bardziej „cywilny”. DOTeWuczka za bardzo obrosła dla mnie negatywnymi skojarzeniami, żebym dała radę się z nią zaprzyjaźnić. Jej dni są policzone. Ufam, że Allegro przyjmie ją z otwartymi ramionami, bo ja nie dam rady jej ukochać. A kysz mi z chaty, krwiożercza Barbaro!

       

       46127689142_99cbe329bf_z

       

      * * *

       

      32306710888_0f433d75d0_z

       

      * * *

       

      46178588411_68d3408aa2_z

       

      * * *

       

      45454510674_d88034a083_z

       

      * * *

       

      46178637331_0f7bfc7a9a_z

       

      Smutno się zrobiło, prawda? No to włączmy przerywnik muzyczny w temacie hiszpańskim, żeby nie było, że te Hiszpany to tylko corrida, krew i galaretka z małych, słodkich kiciusiów.

       

       

      Ale, ale! Ten wpis wcale się jeszcze nie skończył! Bo widzicie, chciałabym jeszcze wrócić do konkursu na limeryki, który rozpoczął się w lipcu po czym trwał, trwał, trwał, aż wszyscy, łącznie ze mną o nim zapomnieli, ale do czasu, bo oto poniżej ujawniają się przysłane na konkurs wierszyki:

       

      Żył Pan Ekscentryk w centrum Galaktyki
      Który zabawkom robił różne triki
      Jedną zabawkę pięknie umalował
      Drugą zabawkę na części ćwiartował
      Bo w centrum Galaktyki żyją takie ekscentryki

      (Autorka - Iga Elsaid)

       

      "Limeryk z eufemizmem"

      Raz snobki na konwencie w stolicy
      Wiodły spór o wyższości żywicy
      Rzekła Barbie wkurzona
      Jak potrafi to ona
      Macie rozum w tylnej części spódnicy.
      (Autorka – Szara Sowa)

       

      "Smutny limeryk"
      Raz mała psuja spod Mławy
      Tylko dla czystej wprawy
      Urwała lalce rączki
      Potem poszła na pączki
      I to był koniec zabawy
      (Autorka – Szara Sowa)
       
      I w związku z powyższym chciałabym ogłosić, że konkurs wygrywa Szara Sowa i to do niej pojedzie Lottie, zaś Iga zajmuje miejsce na srebrnym podium i do niej też ktoś pojedzie :) Baby, podajta mi emailem adresy wysyłkowe!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Piękna lalka, brzydka tradycja”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 grudnia 2018 19:16
  • piątek, 13 lipca 2018
    • Motyla noga

      Lottie

       

      Jak to się stało, że choć nie miałam najmniejszego zamiaru nabywać Lottie, pewnego pięknego dnia znalazłam ją w skrzynce na listy? Otóż wręcz banalnie. Był sobie pewien sklep internetowy, obracający, między innymi, towarami okołodziecięcymi (ubrankami, zabawkami i innymi rzeczami, przeznaczonymi dla małoletnich). Sklep ten prowadził prężną działalność na Allegro i wszczynał wiele aukcji. Jako człowiek wiecznie czymś zainteresowany (to taki stan umysłu, że gdzie nie spojrzysz, to coś ci się podoba), od niechcenia zadeklarowałam w jednej z aukcji drobną kwotę, zakładając, że za moment i tak ktoś mnie przelicytuje. O swoim głupim wyczynie zapomniałam w jakieś pięć minut i nielicho zdziwiłam się, kiedy po pewnym czasie dostałam od Allegro przypominajkę o nieuregulowanej należności za niechcianą lalę. Po odświeżeniu sprawy w pamięci doszłam do wniosku, że faktycznie kiedyś coś w powyższym zakresie zmajdrowałam i że nijak nie wytłumaczę się żadną pomrocznością jasną ani tendencją do sklerozy. Było nie było, ale wypadało lalkę kupić, bo niehonornie byłoby wykręcać się z obowiązku już po fakcie. No to kupiłam. I mam.

       

      Lottie

       

      W Internecie wyczytałam, że Lottie to laleczki powołane do życia w wyniku długich badań, zmagań i pieriepałek. Oddajmy głos producentowi: ”Nasza pierwsza lalka powstała po 18 miesiącach badań. Rozmawialiśmy z dostawcami, ekspertami od zabawek, psychologami dziecięcymi, ekspertami żywieniowymi, rodzicami i co najważniejsze, z dziećmi. Nasze lalki wyglądają jak dzieci. Są ubrane w wygodne ubranka, uszyte z kolorowych i miłych w dotyku materiałów. Są wyposażone w akcesoria, które zachęcają do zabaw na dworze, takich jak łowienie ryb, łapanie fali (body-boarding), czy zbieranie skamielin.” Łohoho, to się teraz nowocześnie dzieciaki bawią! W moich czasach nie uprawiało się body-boardingu (zajęcie pokrewne pływaniu na desce), a co najwyżej pławiło w beczce (którą koledzy spuszczali do jeziora z wysokiej górki), pływało na oponie albo kajakiem, jeśli ktoś takowy posiadał.

       

      Lottie

       

      Moja Lottie nie propaguje równie żywiołowych rozrywek i woli uganiać się po ogrodzie za motylami. Na jej pudełku widnieje informacja, że laleczka pełni funkcję „butterfly protector”, czyli przyjaciółki uskrzydlonej i sześcionogiej przyrody. To dobry wzór do naśladowania dla małych sadystów, którzy lubią znęcać się nad owadami. Nie słyszałam, aby wbijanie co okazalszych okazów na szpilkę i eksponowanie ususzonych trupków w przeszklonych gablotach cieszyło się obecnie wśród dzieciarni jakąś szaloną popularnością, ale wyrywanie motylom skrzydełek to chyba nadal uniwersalna zabawa młodych potworów na całym świecie. Szczęściem u boku Lottie motyle nogi i skrzydełka są całkowicie bezpieczne.

       

      Lottie

      Lalka jest niewielka i obdarzona kształtami kilkuletniej dziewczynki, co oznacza, że biustu u niej nie uświadczysz. To samo tyczy się makijażu – twarz Lottie nie została upiększona żadnymi kosmetykami - ostrą szminką, imprezowymi cieniami do oczu czy różem na policzkach. Producent zabawki postawił na naturalność i upodobnił Lottie do małej dziewczynki, która nie korzysta jeszcze z dobrodziejstw makijażu. To zabawka z którą dziecko może się zidentyfikować.

       

      Mój zaawansowany wiek nie pozwolił mi nawiązać z Lottie bliskiej więzi. Lalka podoba mi się ze względu na skromny wygląd i solidność wykonania, jednak nie umiem wyobrazić jej sobie jako ozdoby mojej półki przez dłuższy czas. Jedyną częścią tej laleczki, do której się przywiązałam są ... jej buty, ale cóż to za nędzne uczucie, kiedy obuwie ceni się bardziej od tego, kto je nosi.

       

      Lottie

       

      W związku z powyższym doszłam do wniosku, że nie zostawię Lottie u siebie, a puszczę ją w drogę i zaproszę wszystkich, którym się spodobała, do udziału w zabawie, w której będzie ona nagrodą. Zasady zabawy są następujące:

       

      1. Aby wziąć udział w konkursie, należy na mój adres e-mailowy: stary_zgred1@gazeta.pl, przesłać limeryk, poświęcony dowolnej lalce. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest limeryk, kieruję go do definicji na Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Limeryk) i dla zobrazowania podaję też mizerny przykład mojego autorstwa:


      Pewna Barbie spopod miasta Mławy
      Miała wygląd ponuro-głupawy
      Choć się bardzo wdzięczyła
      I starała być miła
      Nikt jej brał do żadnej zabawy


      2. Termin na przesłanie zgłoszenia, uzbrojonego w limeryk, upłynie 22.07.2018 r. o godzinie 24:00

      3. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania, zaś wszystkie limeryki zostaną opublikowane w kolejnej notce :)

       

      Lottie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Motyla noga”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lipca 2018 19:04
  • poniedziałek, 23 kwietnia 2018
    • Szkot

      Po zdobyciu „pięknego Lukasa” obiecałam sobie, że na dłuższy czas odłożę zakupy dotyczące lalek od Integrity Toys. Oczywiście chłonęłam chciwym okiem wszystkie nowe oferty tej firmy, ale trzymałam portfel zamknięty na trzy spusty. Do czasu, bo portfel jest jak kwiatek i żeby żyć, musi się w stosownych chwilach rozchylić. Zegar tykał, minęło jakieś pół roku, a ja po sześciu miesiącach odwyku znów beznadziejnie zafiksowałam się na lalce od IT i to lalce niezwykłej, bo jedynej w swoim rodzaju, czyli OOAK'u.


       

      01


       

      Z OOAKami sprawa zawsze jest płynna, bo wiadomo, że jak się nie kupi tego konkretnego, to raczej nie ma szans, aby zdobyć coś na jego obraz i podobieństwo. Wszyscy znamy dobrze te przypadki, kiedy migiem trzeba się zdecydować na „wóz albo przewóz!”. Chcąc złapać okazję za nogi musiałam przygotować się na ewentualność dalszego zaciskania pasa i odżywiania się światłem z lodówki. No, może aż tak źle nie było, ale by pokryć dziurę finansową, musiałam usunąć z domu kilka lubianych płyt i książek. To trochę przykre, ale bez poświęceń po prostu nie mogło się obyć. „Nic to!”, rzekłam sobie jako rzekł był nieustraszony Michał Wołodyjowski przed wysadzeniem w powietrze twierdzy w Kamieńcu Podolskim, zanim detonacja materiałów wybuchowych nie urwała mu nóżek i rączek, nie zrobiła z mózgu rozchlapującej się po kątach galarety i nie przemieliła go na krwawy kotlet. 


       

      2

       

       

      „Archer” (w oryginale znany jako Ace McFly), został scustomizowany przez amerykańskiego artystę, kryjącego się pod pseudonimem KMIRO.J.K. Co druga osoba, która już miała go w rękach, twierdzi, że Archie wygląda zupełnie jak młody Ridge Forrester z „Mody na sukces”, czego przy zakupie nie raczyłam zauważyć, bo nigdy serialu nie oglądałam. To znaczy – wiem jak wygląda Ridge Forrester, ale kim był w świecie „Mody” i w którym kierunku potoczyły się jego losy, to już zbyt rozległy zakres wiedzy dla mojego malutkiego móżdżku :P


       

      Tu pozwolę sobie pokazać Wam jak wyglądał Archer prosto z taśmy produkcyjnej Integrity Toys. UWAGA! Poniższe zdjęcie nie należy do mnie, autorem jest Gulya, która zezwoliła mi na jego wykorzystanie. Proszę, odwiedźcie jej konto - www.flickr.com/photos/98505944@N03/


       

      Photo courtesy of Gulya

       

       

       

      Customizowany Archer wygląda na tle moich pozostałych lalków od IT dość egzotycznie. Nigdy dotąd nie patrzyłam na swoją gromadkę krytycznym okiem, ale wraz z przyjazdem nowego chłopa zaczęłam odbierać tę dryblasowatą grupkę z większą dozą krytycyzmu. Nie przekroczyłam jeszcze granicy, za którą nietknięci ręką artysty-repaintera panowie od IT staliby się dla mnie zbędni, ale przyznaję, że jestem już blisko jej naruszenia. Mam wrażenie, że fabryczni lalkowie są dziwnie bladzi w stosunku do przemalowanego przystojniaka i po prostu do niego nie przystają.



       

      1

       

       

      Archer wprost atakuje swoją urodą. Ja właściwie nie wiem, czy to jest legalne, że ona taki ładny, wymuskany i gładki na pysku. KMIRO.J.K na bank wiedział co robi, kiedy dawał mu te wilgotne, niebieskie oczy z długimi rzęsami. Łapał jakiegoś łosia, co się na niego połaszczy, no i złapał mnie. Ja akurat z tych, co wgapiają się i ślinią na widok wysokich, szczupłych brunetów o szerokiej szczęce, więc „wzięło mnie” i to konkretnie. Nie chcę powiedzieć, że od taj pory zacznę dyskryminować blondynów, rudych i białowłosych, ale prawdą jest, że przez ostatnie dni spozieram ku nim z mniejszym entuzjazmem.



      Skoro lalek wydaje mi się najzupełniej wyjątkowy, a zjechał na włości nago, musiałam wystarać się o wyjątkowy strój, w którym mógłby godnie zaprezentować swoje wdzięki. Chodziło o coś, co by go wyróżniało i jednocześnie wywoływało przyjemne skojarzenia. Marzył mi się, ni mniej, ni więcej, strój Szkota.


       

       

      7


       

      W realizacji zamysłu pomogła forumowo-blogowa koleżanka – Kamelia, której zdolne dłonie wyczarowały spod igły wymarzoną kreację. Dzięki jej talentowi mogę cieszyć się pierwszym lalkowym chłopakiem, który bez żenady zakłada spódnicę i uważa, że jest mu w niej bardzo do twarzy :)


       

      8

       

       

      * * *

       

       

      5

       

      Magiczne kule wieszczą, że w tegorocznych czereśniach będą robaki.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Szkot”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 23 kwietnia 2018 20:31
  • sobota, 17 marca 2018
    • 11 cm

      Na początku roku wzięłam udział w kilku akcjach na eBayu, prowadzonych wielowątkowo przez tego samego sprzedawcę. W związku z tym, że nie kontrolowałam ich przebiegu w dostatecznie wnikliwy sposób, przegapiłam moment, w którym należało „sypnąć groszem” i udało mi się wygrać tylko w jednej z nich.



      W aukcji, którą gapowato odpuściłam, był do zdobycia zestaw laleczek z serii Dazzle dolls, wydawanych przez Mattel w latach 1981 - 1983. Laleczki Dazzle to miniaturki 30-centymetrowych Barbie, które, tak jak ich większe koleżanki, przeznaczone były do tego, by je czesać, przebierać i .. kupować jak najwięcej, kompilując kolorową i wesołą kolekcję. Wśród dóbr, które miały zatopić życie lalek Dazzle w luksusie, były zestawy ubranek, mebelki i rozkładany domek. Dazzletki miały także swojego czworonożnego ulubieńca – konika Blaze’a oraz (last but not least) dwóch adoratorów – Ace’a i Glint’a, noszących nietwarzowe, staroświecko skrojone marynarki i różniących się od siebie kolorem identycznie odlanych, plastikowych fryzur (blond i brąz).


       

      Laleczki Dazzle występowały w dwóch „gatunkach”, które łatwo było rozpoznać na podstawie moldu twarzy. Ich buziaki to pomniejszone wersje całuśnej Steffie i poczciwego Superstara. Na moje oko rysy Steffie nieco lepiej sprawdziły się po zminimalizowaniu. Twarz Superstara zatraciła wraz z pomniejszeniem swoją koronną cechę – to jest promienny uśmiech (przez niektórych zwany wyszczerzem). Dazzletki-Superstarki uśmiechają się z zamkniętymi ustami, bo z jakiegoś powodu (pewnie chodzi o ograniczenia techniczne), producent zapomniał nałożyć białą farbę na ich ząbki. Niby małe niedopatrzenie, a z wyglądu takiej mini-Barbie jednak umyka coś charakterystycznego. Zresztą cały makijaż Dazzletek jest dość umowny. Te kilka maźnięć pędzla, które widać na twarzach maciupków nijak się mają do skomplikowanych make-upów ich większych odpowiedniczek. Jak widać mała skala trochę „pobrzydza” matellowskie lalki.


       

      Dość jednak narzekań! Skoro w czasach, gdy produkowano te laleczki, nie znano jeszcze technik, które umożliwiłyby bardziej staranne nałożenie farb na ich pyszczki, to trzeba je przyjąć takie, jakimi są, bo jednak do obrzydłych potworów to im daleko.


       

      Szczęśliwie mogę to naocznie stwierdzić, bo na przekór niepowodzeniu w eBayowej aukcji i tak trafiły do mnie dwie takie panienki. Szczególnie cieszyłam się z zapudełkowanej, ciemnoskórej Steffie o imieniu "Spangle", którą mogłam podziwiać mając pewność, że zupełnie niczego jej nie brakuje. Nie powstrzymało mnie to jednak od jej wyjęcia z opakowania – chęć dotknięcia lalki okazała się silniejsza niż podziw dla jej świeżo-dziewiczej, pudełkowej wersji.

       

       

      1

       

       

       1

       

       

      Blondynka, która już trochę w życiu przeszła i dawno straciła swoje opakowanie, została moją laleczką „podróżną”. Jej malutki rozmiar jest wprost idealny do tego, by móc schować ją w jakimś zakamarku torby lub plecaka. Zaś brunetka, jako panienka „z dobrego domu pudełka”, nie będzie się szwendać po świecie, lecz zagrzeje miejsce na półce obok innych przedstawicielek barbiowego rodu.


       

       1

       

       

      A teraz ciekawostka. Jak sprawić, by lalki tak małe jak Dazzletki nie zgubiły mikroskopijnych bucików? Najlepiej wmoldować je w stópki i już można śmiało dawać stuprocentową gwarancję, że utrata obuwia lalkom zupełnie niestraszna. Sprytne, prawda?


       

      1

       

       

      Dziurki w podeszwach butów pomagają zakotwiczyć lalkę na stojaku, który wygląda nieco inaczej, niż stojaki przeznaczone dla pełnowymiarowych Barbiów.


       

      1

       

       

      1

       

       

      Zgubić za to można miniaturowy grzebyk, dołączony do zestawu. Choć jest on przeuroczy, to gadżet z niego raczej niepraktyczny. Nie ośmieliłabym się nim czesać tych malutkich łepków. Już sobie wyobrażam co by to było, gdybym przypadkiem wydarła choć kilka kłaczków z rzadkich, dazzletkowych fryzurek. Ani tego zrerootować, ani ukryć. To ja już wolę dmuchać na zimne i zostawić ich włosięta nieruszone na wieki!

       

       

      Na koniec podzielę się z Wami ciekawym linkiem. Jeśli zerkniecie, co pod nim się chowa, odkryjecie świetną stronę, poświęconą lalkowym drobinkom, z których wiele jest słabo znanych w naszym zakątku świata. Przyznaję się, że spędziłam w towarzystwie tej strony bardzo przyjemne wieczory i teraz bardziej będę zwracać uwagę na lalkowy drobiazg, który widuję czasami na targach lub w SH.


      http://craftydollgal.blogspot.com/
      

       

      I jeszcze małe porównanie wielkości dwóch drobin - Spangletki i "Paskudy". Jak widać są równego wzrostu, choć ich głowy to zupełnie inny kaliber.

       


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „11 cm”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2018 17:41
  • niedziela, 14 stycznia 2018
    • Baza kloników

      W zeszłym roku bardzo głęboko zakiełkował we mnie pomysł na stworzenie galerii kloników. Ile razy nie przeszukiwałabym sieci, to takiego miejsca, gdzie można byłoby rozpoznać laleczki „no name”, dostępne w naszej strefie klimatycznej w latach 70-tych i 80-tych, nie było. Mam w domu kilka książek o lalkach, ale książki mają tę wadę, że ich przeszukiwanie jest czasochłonne, no i zawarte w nich wiadomości się nie aktualizują. Zatem zapadła decyzja – spróbuję stworzyć takie miejsce sama.


       

      Oczywiście łatwo jest rzucić hasło: „Zrobię to!”, a jak przyjdzie co do czego, to robi się pod górkę. Zanim jeszcze porządnie zastanowiłam się nad planem działania, narodziła się we mnie gromada pytań, na które nie umiem sobie sama odpowiedzieć, bo co i rusz przychodzi do głowy inne rozwiązanie. Dlatego, idąc na łatwiznę, podzielę się tymi pytaniami z Wami, licząc na odzew i podpowiedzi:



      1. W jakiej formie opracować taką bazę? W formie autonomicznej strony internetowej czy też poprzez dołączenie się do jakiejś bazy już istniejącej? To drugie oznacza dostosowanie się do reguł tej istniejącej już strony, ale jestem w stanie się na to zgodzić. Jednak swoja własna strona mocno kusi – tu mogę poszaleć z układem i wszystko samodzielnie zaprojektować. Jak myślicie – które rozwiązanie lepsze? Które będzie bardziej przystępne dla potencjalnego użytkownika?



      2. W jakiej formie podawać wiadomości na takiej stronie? Encyklopedycznie, czyli poprzez komasowanie wszystkiego co wiem i uda się wyszperać w sieci? A może ograniczyć się do podstawowych informacji i linkować odpowiednie strony www (które mają tendencję do znikania, co może wpływać na utrupienie części informacji)?



      3. Zdjęcia. Wiadomo, że pomimo sporej liczby kloników w domu nie dysponuję wszystkimi, które chciałabym opisać. Dlatego ściągając zdjęcia (np. z eBaya) pytam właścicieli o możliwość ich użycia. Do tej pory nikt mi nie odmówił. Czy mogłabym także udać się "po prośbie" do Was?


       

      4. Jak opisywać i katalogować laleczki, o których zupełnie nic nie wiadomo (nie jest znana ich nazwa, nie zachowało się opakowanie, nikt ich nie kojarzy). Oczywiście przewiduję dział N/N (no name), ale w związku z tym, że może się on rozrosnąć, fajnie byłoby dzielić kloniki pod względem jakichś cech. Tylko jakich? Kształt głowy? Typ ust (otwarte/zamknięte), typ ciała? Jak myślicie?



      5. W jakim języku prowadzić taką bazę. Ja skłaniam się ku językowi angielskiemu, ale może rozsądniej będzie robić to w dwóch językach: i po angielsku i po polsku? Nie chciałabym stworzyć bariery dla potencjalnych użytkowników bazy, ale z drugiej strony – język angielski jest dziś powszechnie w użyciu. Uchhh, potrzebne mi podpowiedzi!


       

      6. Współpracownicy. Jestem świadoma, że sama takiego projektu nie uciągnę w pojedynkę. Dlatego chciałabym spytać, czy ktoś z Was nie chciałby się do niego dołączyć? Wielu z nas ma gotowy materiał – na przykład w formie notek i zdjęć na blogu, które wystarczy tylko przetłumaczyć. Tu mam trochę wątpliwości, bo zdaje sobie sprawę, że pytam o owoce Waszej pracy, ale może jednak kogoś by to zainteresowało?

       

       

      Takie to właśnie problemy objawiły mi się w nowym roku. Będę bardzo wdzięczna za wszelką pomoc i podpowiedzi w temacie. Mam nadzieję, że za bardzo Was nie zanudziłam tym bezfotkowym wpisem :)

      

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Baza kloników”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 14 stycznia 2018 12:12
  • czwartek, 11 stycznia 2018
    • Impostor

      Wiadoma to rzecz, że najlepszą bazą rozpoznawczą mattelowskich lalek jest serwis https://vk.com/albums-29352952. Lalki są w nim podzielone ze względu na typ (mold) twarzyczki, a w obrębie poszczególnych typów posegregowane w oparciu o ilość dolnych rzęs. Jeśli nie jestem w stanie samodzielnie dojść, co za Barbie do mnie trafiła, bez wahania kieruję się ku zasobom tej przebogatej wyszukiwarki.


       

      Właśnie tak zrobiłabym, gdybym nie była pewna, że poniższa laleczka, wyglądem sugerująca bliskie pokrewieństwo z mattelowskimi tworami spod znaku Kayla/Lea, jest klonikiem. Pewność tę mam dlatego, że sama ją kupiłam w popularnym sklepie wielobranżowym "Kaufland". Lalka zapakowana była w pudełko oznaczone nazwą "Balowa księżniczka" i kosztowała 29,99 zł. Opis na opakowaniu jasno wskazywał producenta z Chin.


       

      1

       * * *

       

      1

       

      Kauflandowa seria "Balowa księżniczka" miała dwa typy lalek do zaoferowania - były to laleczki o ciemnej i jasnej karnacji. Zdecydowanie bardziej spodobały mi się te pierwsze. Blondynki  kopiowały mold, który najpełniej przejawił się u lalek "Sporty" z najwcześniejszych serii Fashionistas. Choć nie były brzydkie i dałoby się wybrać wśród nich interesujący egzemplarz, to moja niska wydolność finansowa pozwoliła mi zapakować do koszyka wyłącznie brunetkę.


      Choć nie zrobiłam w sklepie zdjęcia blondynki, mogę pokazać Wam, jak mniej - więcej ona wyglądała, posługując się fotografią z sieci, przedstawiającą laleczkę z serii "Kaibibi". Nie mam żadnych wątpliwości, że lalki dostępne w Kauflandzie były z nią bardzo blisko spokrewnione i różniły się wyłącznie nazwą importera oraz opakowaniem, które dopracowano tak, by odpowiadało potrzebom polskiego konsumenta.


       

      1

       

      Moja wybranka, którą zabrałam do domu, wygląda natomiast tak:

       

       

      1

       

       

      Twarzyczka przenosi wszystkie charakterystyczne cechy oryginalnej Barbie (Kayli/Lei). Myślę, że mogła nawet wyjść z matellowskiej matrycy. Ciało lalki to standardowe "belly button", choć, oczywiście, brakuje na nim logo "Mattel", no i jest całkowicie niezginalne - ręce, nogi i korpus wykonano z twardego plastiku. Mimo to, po przebraniu w dobre jakościowo ciuszki, żółtooki klonik bez problemu wtopiłby się w gromadę "Barbiów".


      Szczegółem, który najszybciej zdradza tajemnicę pochodzenia lalki "z nieprawego łoża", są nietypowe elementy makijażu, czyli "włochate" brwi i "kocie" oczy z intensywnie żółtą tęczówką, zerkające na lewo, obwiedzione bardzo wyraźną, czarną kreską. Można by rzec, że lalka dostała oczy w konwencji wieczorowej. Oryginalne, mattelowskie Kayle/Lee rzadko są tak drapieżnie umalowane - nawet jeśli do wnętrza ich oka zostaje wprowadzony czarny kontur, to jest on znacznie subtelniejszy. Widocznie przedsiębiorczy Chińczyk nie bawił się w delikatności i dość mocno dociskał pędzel. Summa summarum wcale mu to źle nie wyszło :)


       

      1


      Oryginalną sukienka balowej księżniczki zdjęłam właściwie od razu. O ile dość dobrze wyglądała zza szybki pudełka, to po wyjęciu lalki z tekturki bezwstydnie ujawniła brak fasonu i tendencję do workowatości. Jeśli pracował nad nią jakiś designer - to jego wkład skończył się na etapie projektowania stroju, bo krawcowe, które go szyły, nie wykazały się nadmierną starannością. Moja lalka na pewno nie będzie chodzić w tej łososiowej bezie, która nieziemsko ją pogrubia i podkreśla nieistniejące mankamenty figury. Na moich zdjęciach lalka prezentuje się już przebrana w strój od My Scene. Nie jest to jej docelowe ubranko, ale chwilowo nie udało mi się dobrać nic innego.

       

       

      1


      Wraz z sukienką do wora z nieużywanymi akcesoriami powędrowały także kolczyki. Dzięki koleżance z forum (Reiha), wiem, że są to kolczyki wzorowane na ozdobach, które nosiła w uszach Operetta, ta w sukience w pajęczyny.


      Z oryginalnych przydasiów zostawiłam na lalce tylko buciki. Są zgrabnie odlane i dobrze wyglądają na nóżce. Cała reszta oryginalnego stroju czeka na lepsze czasy :)

       

      Z ciekawostek - w pudełku lalki znajduje się stojak. Także sklonowany - źródłem inspiracji, tak jak w przypadku kolczyków, były dodatki do lalek Monster High. Tym samym lalka i podstawka mają się do siebie jak słoniowa noga do trzewika - jedno w drugie się nie zmieści, nawet gdybyśmy bardzo tego chcieli.


       

      1

       

      Kończąc wpis pozostawię Was ze zdjęciami pudełka. Jeden z napisów na jego boczkach dziwnie przypomina słynną frazę z bardzo nadużywanej piosenki Maryli Rodowicz. To taki malutki, polski akcent na produkcie, który został powołany do życia w Chinach.  Drobna rzecz, a cieszy, prawda? :)


       

      1

       

      * * *

       1

       

      * * *

       

      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Impostor”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 11 stycznia 2018 08:51
  • niedziela, 31 grudnia 2017
    • Czas odnaleziony. Mini Fleur. Sprawa dla Sherlocka Holmesa już zamknięta.

      Kończąc 2017 rok chciałabym podzielić się z Wami najradośniejszym lalkowym wydarzeniem z ostatnich 365 dni, które utwierdziło moją wiarę, że uparte dążenie do celu pozwala dojść do rezultatów, nawet jeśli w powszechnej opinii są one mało realne. Otóż dzięki życzliwości dobrego człowieka z Facebooka mogłam pożyczyć na jakiś czas Mini Fleur - zabawkę, której wszędzie wyglądałam przez ostatnie siedem lat, a która wydawała się wspomnieniem, które nigdy do mnie nie wróci. Tym samym mogę zamknąć krucjatę poszukiwawczą i spokojnie odetchnąć - możliwość dotknięcia maleńkiej Fleurki świetnie uspokoiła dawne tęsknoty.

       

      Dwa poprzednie wpisy na temat tej lalki-widma znajdują się pod poniższymi adresami:

      1. http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html

      2. http://dolland.blox.pl/2017/03/Because-Im-happy-clap-along-if-you-feel-like-a.html

       

      Zanim pokażę Wam maleństwo, za sprawą którego wybuchła wielka radość, pozwolę sobie napisać kilka słów o jego antenatach, tak bowiem się składa, że Mini Fleur jest zapomnianym klonikiem bardzo popularnej, matellowskiej serii "The Littles".


       

      "The Littles" zadebiutowali na rynku w latach 80-tych. Seria składała się z kilku laleczek, tworzących rodzinę - byli w niej tatuś i mamusia, oraz gromadka dzieci, a wszyscy oni drobniutcy i malusieńcy, bo w skali 2 i 1/2. Laleczki można było nabyć w opakowaniach, zawierających świetne mebelki. W sprzedaży był też domek, zdolny pomieścić całą rodzinę. W naszym kraju te maleństwa nie były popularne - chyba ich do nas w ogóle nie sprowadzano. Natomiast zachodni kolekcjonerzy pamiętają te laleczki bardzo dobrze, zresztą są one nadal dostępne w serwisach takich jak eBay czy Etsy.


       

      W sieci nie ma o nich zbyt dużo informacji, ale mimo to znalazłam świetny wpis na blogu u angielskojęzycznej koleżanki: https://ostrobogulation.com/2010/10/21/mattel-the-littles-dollhouse/ Zachęcam Was do wizyty i obejrzenia jej zdjęć - dziewczyna zebrała nie tylko cały komplet najważniejszych postaci lecz posiada też w swych zbiorach piękny i bogato wyposażony domek. Jest na co popatrzeć!


       

      Tymczasem i ja pokażę u siebie jak wyglądali Maluśkiewicze, posiłkując się zdjęciami z serwisu http://www.vecchigiocattoli.it i z eBaya

       

      the Littles

       

       

      the Littles

       

       

      the Littles

       

       

       

      1

       

       

       

      1

       

       

      Miłe maluszki, prawda? Nie zostało ich obecnie zbyt dużo - stąd ich ceny na eBayu przyprawiają o zawrót głowy.


       

      Nasi lokalni przedsiębiorcy pokusili się o sklonowanie the Littles i przeszczepili te laleczki na polski grunt pod nazwą "Mini Fleur". Tak przynajmniej utkwiły one w pamięci kolegów - lalkozbieraczy. Dowodu, w postaci opakowania, gdzie wyszczególnione byłyby nazwy producenta i  produktu, nie udało mi się odszukać w formie zdjęcia. Dlatego muszę zawierzyć wspomnieniom znajomych lalkowiczów i przyjąć, że nasza kopia Maluśkiewiczów rzeczywiście miała na imię, jak wspomniałam wyżej.


       

      Mini Fleur była ubogą krewną amerykańskich laleczek. Przede wszystkim nie miała swojej rodziny - ani "męża" ani "dzieci". Z jakiegoś powodu sklonowano wyłącznie jedną członkinię rodziny Littles'ów. Sądząc po kształtach Fleur musiała być to jedna z młodszych, dziewczęcych latorośli.

       

       

      Fleur robiono na szybko. Świadczy o tym zarówno jakość samej lalki jak i jej stroju. Włosy wykonano z materiału przypominającego zbitą wełnę czesankową i naklejane na główkę jak czapeczkę (u egzemplarza, który u mnie gości włosów brak i bida świeci łysiną), zaś sukienkę stanowiło kółeczko, wycięte z materiału, w którym wycięto otwory na szyję i rączki. Rzecz jasna, żadna z krawędzi stroju nie była obrębiona. Laleczka nie miała także bucików. Niedbałość przy jej wykonaniu wychodzi z każdego kąta i aż razi. Biedny okruszek.


       

      1

       

      Twarzyczkę malowano ręcznie, co było dość ryzykowne przy jej niewielkich rozmiarach, bo pędzel, trzymany niewprawną dłonią, ma tendencję trochę błądzić i niejednokrotnie wyczarowuje niezapomniane, ekstrawaganckie makijaże.

       

      Fleur był "trudną" zabawką. Ze względu na zaburzone proporcje i duży ciężar główki nie mogła samodzielnie stać ani siedzieć. Dodatkowo, ze względu na słabą jakość gumy, której użyto na jej odlanie, była wybitnie podatna na uszkodzenia, a jeśli się ktoś nią bawił zbyt intensywnie, to lalka szybko kończyła w kawałkach.


       

      2

       

       

      2

       

       

      3

       

       

      Mini Fleur wydaje się być naszą krajową osobliwością, której popularność nie przedarła się poza granice Polski. Próbowałam rozpytać się o nią u kolegów z innych krajów (Rosja, Litwa, Ukraina, Włochy, Czechy, Słowacja), ale zupełnie o niej nie słyszeli, choć znane są im inne lalki naszej produkcji.


       

      Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale marzy mi się, że krążąc kiedyś po jakimś targu, natknę się na pana lub panią, który na swoim stoisku będzie miał stosik takich drobin. W końcu na targach dzieją się cuda, a mamy jeszcze okres świąteczny, kiedy takie nieprawdopodobne historie mają prawo się wydarzyć. Kto wie, co przyniesie Nowy Rok? Mam nadzieję, że będzie to dużo dobrego dla nas wszystkich - na wszelkich płaszczyznach życia, także lalkowych :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Czas odnaleziony. Mini Fleur. Sprawa dla Sherlocka Holmesa już zamknięta.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 grudnia 2017 19:18
  • wtorek, 26 grudnia 2017
    • Stachanowiec

      Stachanowcem to ja nie jestem :) Ileż to ja miałam lalkowych planów na koniec roku, ale nie zrealizowałam żadnego. Może to i dobrze, bo nadmierny apetyt to prosta droga do przejedzenia :P


      Oczywiście po drodze wpadła cała kupa nieplanowanych lalek, których nie opisałam nawet po łebkach. W grudniu już chyba nie dam rady tego zrobić, więc zaprezentuję tylko teaser tego, co zacznie się u mnie na blogu objawiać w 2018 roku. A będzie tego sporo - bo i kloniki z bazarów i lalki ze sklepowych półek i efekty wymiany ze znajomymi, dzielącymi pasje zbieracze. Tymczasem, korzystając z ostatnich godzin Bożego Narodzenia, czyli już po fakcie, pozwolę sobie życzyć Wam jak najprzyjemniejszej i najweselszej końcówki świąt i wszelkiego dostatku w nowym roku. No, nie ględzę już więcej, tylko wykładam na ławę to, co chciałabym pokazać w nadchodzących miesiącach. Możecie trzymać mnie za słowo, że to zrobię, byle nie za mocno, żeby nie bolało :D

       

      1

       

      * * *


      2

       

      * * *


      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      5

       

      * * *

       

      6

       

      * * *

       

      7

       

      * * *

       

      8

       

      * * *

       

      10

       

      * * *


      11

       

      * * *


      12

       

      * * *

       

      12

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Stachanowiec”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 grudnia 2017 20:57
  • wtorek, 24 października 2017
    • Get your motor runnin’, head out on the highway

      W poszukiwaniu świeżych, lalkowych okazów, zabrnęłam w okolice, gdzie wieczorami latarnie świecą tylko połową żarówki, a w ciemnych zaułkach kręcą się długowłose indywidua, które marzą, by poczuć między swymi niespokojnymi udami dziką bestię. Na imię im - harleyowcy!


      Zgodnie z definicją Nonsensopedii archetypiczny rajder mieści w sobie następujący zestaw cech:

      - Harleyowiec musi być umięśniony, a szczególną wagę przywiązuje do mięśnia piwnego,

      - Harleyowiec musi nosić na głowie chustkę, która, jak uważa, z powodzeniem może zastępować kask podczas jazdy.

      - Harleyowiec musi posiadać dużą brodę lub ewentualnie mniejszą brodę, ale duże wąsy,

      - Harleyowiec musi zakładać skórzaną kamizelkę lub częściowo rozpiętą kurtkę, koniecznie na gołe ciało, tak aby było widać włosy na klacie,

      - Harleyowiec musi podziurawić swoje dżinsy, najlepiej, żeby było w nich więcej dziur niż spodni, wyjątkiem są spodnie skórzane,

      - Harleyowiec musi mieć buty przypominające damskie kozaki, lecz gęsto nabijane ćwiekami,

      - Harleyowiec musi mieć wytatuowane ramiona i obowiązkowo przynajmniej jeden tatuaż z flagą USA,

      - Harleyowiec musi używać okularów przeciwsłonecznych przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, nawet w nocy.

       

      Od siebie dodałabym jeszcze:

       

      - Harleyowcy poruszają się w stadach, w których wyróżnić można samca-przewodnika, tzw. „głowę stada”, samców towarzyszących, tzw. „trzon stada” oraz samce pozostające w ogonie stada, zwane pieszczotliwie „dupką”,

      - Przejazd harleyowca rozpoznać można po charakterystycznym dźwięku „pyr, pyr, pyr”, który rozlega się z przodu i z tyłu harleyowca.

       

      I patrzcie no! Jakimś niespotykaniem zrządzeniem losu pod mój dach zabrnęło dwóch takich rodzynków, którzy lubo rozdzielnie nie spełniają wymienionych wyżej warunków, lecz gdy połączyć ich w parę, to (prawie) dają radę.


      Pierwszy z nich jest lalkiem, na którego swego czasu zagięłam parol, bo widział mi się jako bardzo przystojny i godny uwiedzenia. Miałam szczęście i drążący mi dziurę w sercu harleyowiec dostał mi się w stanie NRFB. Smutno napomykać, że mimo tego nie ustrzegł się przed stratami odzieżowymi. Skóropodobny materiał, z którego Mattel wykonał kilka elementów jego stroju, samoczynnie złuszczył się i popękał. Znam ja ten typ tworzywa jak zły szeląg – bo miałam z czegoś podobnego płaszcz. Przechodziłam w nim jeden sezon, schowałam do szafy, a kiedy wyjęłam go po roku, mając nadzieję, że znów będę zadawać w nim szyku, płaszcz objawił mi zupełnie nową postać. W trakcie kilkumiesięcznego urlopu w szafie ciuch nabrał cech węża i postanowił zrzucić wylinkę. W tym czasie zlazły z niego spore połacie ceratopodobnej substancji, odkrywając nieestetyczne, gołe placki.


      Płaszcz poszedł do śmieci, ale z ubrankami Kena nie mogę zrobić tego samego, bo nie mam dla nich porządnego zamiennika. Wielki smutek wbił szpony w moje serce i nielitościwie rwie je na strzępy, bo proces niszczenia sztucznej skórki nadal postępuje. Jak tak dalej pójdzie to Kenio zacznie łyskać golizną. Porażka na całej linii.



      1

       

      * * *

       

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

       1

       

       

      Nieco inaczej sprawa ma się z odzieniem drugiego bohatera dzisiejszej blognotki, który trafił do mnie jako „trupek”, ale w świetnym stanie. Oprócz braku jednego buta nic mu nie dolega. Ciało ma sprawne, włosy – nieprzerzedzone, a do tego ogromną chęć by pokazać się przed aparatem i choć raz zabłysnąć w blasku flesza. Nie ma ku temu wystarczającej urody (tak po prawdzie, który simbowy chłopak ma?), więc jego szczera chęć musi zastąpić brakujące przymioty ciała.


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      Z dwójki harleyowców zdecydowanie wolę bruneta. Natura nie poskąpiła mu ani urody ani figury. Simbowy gentleman gaśnie u jego boku i, przykro powiedzieć, wygląda jak znacznie uboższy, a przy tym starszy krewny. Nie dla niego ochy i achy damskiej społeczności. Nawet Steffi Love, która z racji swojego pochodzenia powinna robić do niego maślane oczy, bez skrępowania ogląda się za przystojniejszym okazem.


      Zrównuje ich tylko jeden fakt – żaden nie ma swojego motoru, więc chcą czy nie chcą – wszędzie muszą chodzić pieszo, co gwarantuje iż w najbliższym czasie nie nabiorą rubensowskich kształtów :)


      1 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Get your motor runnin’, head out on the highway”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 października 2017 10:58
  • sobota, 07 października 2017
    • Po łebkach

      Zimno! Podczas porannych dojazdów do pracy okrutnie marznie mi nos. Chciałabym, żeby choć na chwilę wróciło lato. Tymczasem, w chłodnej, jesiennej atmosferze, przerywanej co jakiś czas posikiwaniem z chmurek, cieszę się towarzystwem rudowłosej „słonecznej” panienki, czyli Solariane.


       

      1


       * * *


      1

       

      * * *

       

      1


      Lalki Solariane, pieczętujące się stempelkiem „Camay” to nic innego jak taniutkie klony lalek Tammy, bardzo popularne w latach 70 i 80-tych na terenie zachodniej Europy. Od oryginałów różnią się przede wszystkim prostotą wykonania – ich ubożuchne, odlane z pustego plastiku ciała, są lekkie i podatne na uszkodzenia. Za to łepetyny to już inna bajka i to akurat z tych bajek, które czyta się z przyjemnością. Główki są odlane z gumy i bogato rootowane. Czupryny są miękkie i miłe w dotyku - aż chce się je trochę poczochrać ;)


      Wiedziona skruchą, iż większość moich notek o lalkach jest uboga w fakty historyczne i pisana „po łebkach”, zadecydowałam, że tym razem włożę w swoją blogową paplaninę trochę więcej pracy i spróbuję odgrzebać jakieś ciekawe, a ogólnie nieznane fakty o Solariankach. Doszukałam się mizernej garsteczki, bo choć lalki te są znane i wzbudzają u zbieraczy ciepłe uczucia, to jednak nikt nie próbował ich dotąd skatalogować.  Stąd fakty o nich, nie zawarte w pierwszych akapitach mojej notki, przedstawiają się następująco:


      Opakowanie. W zależności od kraju sprzedaży Solariane były dostępne w opakowaniu lub bez. Zresztą „opakowanie” to chyba za dużo powiedziane, bo chodzi o przezroczystą saszetkę bez żadnych oznaczeń. Wersje saszetkowe były rozprzestrzenione głównie we Francji. W Niemczech Solariane sprzedawano bez opakowania, w sklepach „dzianinowych”, handlujących akcesoriami do robótek ręcznych. Kiedy gospodyni domowa szła do takiego sklepu zaopatrzyć się we włóczkę (bo na przykład chciała zrobić ukochanemu wnuczkowi sweterek na drutach), to przy okazji mogła dokupić też lalkę. Jak podają źródła internetowe Solarianki dołączano także jako „gratisy” do zestawów, zawierających wzory robótek na drutach i szydełku, czyli były to typowe lalki „do obdziergania”.

       

      Proponowane wzory ubranek mogły wyglądać tak, jak na zdjęciach użytkownika Flickr o pseudonimie Freddycat1:

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Link do konta Freddycat1, skąd pobrałam zdjęcia: https://www.flickr.com/photos/15157516@N02/


      Nazwa. We Francji na lalkę mówiono – Solariane, w Wielkiej Brytanii – Camay, w Niemczech – Pagine. Nazwa Pagine wzięła się od marki włóczki, do której dołączano lalkę w gratisie.


      Dystrybutor. Firma Prisunic,  zarządzającą dość popularną (szczególnie we Francji) siecią sklepów, w których sprzedawano niedrogie towary codziennego użytku: ubrania, utensylia kuchenne, AGD z niższej półki itp.


      Wygląd lalek charakteryzował się dużą powtarzalnością – oczy były niezmiennie szare, z identyczną liczbą rzęs na górnej powiece (trzy rzęski). Włosy – krótkie, zebrane w zgrabną kopkę, która nie bardzo dawała się ułożyć w inny kształt, z powodu krótkości kosmyków. Kolory włosów - od blondu po kruczą czerń. Dziś najtrudniej jest upolować blondynkę. Główki wykonywano z gumy, ciało – z twardego plastiku, pustego w środku. Makijaż nanoszono natryskowo, za pomocą aerografu, za wyjątkiem rzęs i brwi, które malowano ręcznie.


      Ubranka. Niektóre z lalek były wyposażone w materiałowe ubranka. Najpopularniejszym i bardzo często przewijającym się na fotografiach w sieci strojem było niebieskie body z białą oblamówką. Ubranka haniebnie farbowały, o czym przekonałam się dość boleśnie, piorąc trykoty swojej lalki. Farby, których użyto do nadania koloru szmatkom, nie wytrzymują kontaktu z wodą i puszczają sok, który natychmiastowo wżera się we wszystkie białe elementy. Co gorsza, jeśli ubranko długo pozostawało na lalce, to na bank będzie ona upstrzona ciemnymi plamami.  


      Oznaczenia. Na główce brak klejma, natomiast na plecach umieszczono logo firmy „Camay” oraz informacje o miejscu produkcji – „Hong Kong”


      Ze smutkiem stwierdzam, że nie wygrzebałam już więcej informacji z sieci ani z literatury. Kloniki to wciąż czarna dziura na lalkowej mapie wszechświata. Być może udałoby mi się znaleźć trochę wiadomości o nich w jakiejś lalkowej encyklopedii, ale do tej pory żadna  nie powstała. Jedynymi pozycjami, poświęconymi klonom są bardzo trudno dostępne książki, autorstwa lalkowego pasjonata z Flickr, które w ekspresowym tempie zniknęły z serwisu Amazone i teraz trudno je dostać:


       

      1

       

      * * *


      1

      

      Na koniec pozwolę sobie podać kilka linków do stron bogatych w zdjęcia tych laleczek. Są to głównie blogi francuskojęzycznych pasjonatów lalek, którzy mają godne zazdrości kolekcje:

       

      http://nadette62.skyrock.com/3260736878-poupee-Camay-Hong-Kong.html

      http://catinette57.skyrock.com/tags/eYuGbwW93FF-Camay.html

      http://lescathydisa.skyrock.com/tags/fHaIxR9Ju4Q-solariane.html

      http://poupeemod-elle.skyrock.com/tags/jIQEIm4IaPc-Solariane.html

       

      1

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Po łebkach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 07 października 2017 15:39

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com