Doll land

Wpisy

  • sobota, 19 stycznia 2013
    • Smutek papierowych kart

      Wierzę w słuszność powiedzenia:  „Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś”. Nie zaprzyjaźnię się z osobą, która książkę taką, jak „Imię róży” określa mianem chłamu, napisanego przez nawiedzonego idiotę, a cykl „Pan lodowego ogrodu” Jarosława Grzędowicza zbywa wzruszeniem ramion.


      Odkąd pamiętam, w moim domu nigdy nie brakowało książek. Zbierali je dziadkowie, zbierają rodzice, zbieram ja. Na półkach męczą się w ogromnym ścisku powieści historyczne, fantastyka, literatura o zabarwieniu religijnym, panoszą się powieści i zbiory opowiadań Stephena Kinga oraz innych autorów grozy, a gdzieś pod zwałami papieru giną zaczytane prawie na strzępy komiksy: "Thorgal", "Tytus, Romek i a’Tomek", "Kapitan Żbik", uchowały się, wysępione od starszego kolegi, numery czasopisma "Relax". W sypialni, w bliżej nieokreślonej przestrzeni szafy poukrywały się książki kucharskie, podręczniki z lat szkolnych, książki z bajkami. Są jeszcze pudła na strychu i w piwnicy, gdzie upchnęłam niechlubne wspomnienia dziecięcych fascynacji ("Sagę o ludziach lodu")

       

      Czasami znajomi, odwiedzający mnie w celach rozrywkowo-rozmownych pytają: „Czemu nie oddasz części książek do biblioteki? Przecież wszystkie chyba nie są ci potrzebne?”


      A właśnie, że są! Instynkt czytelniczy nie pozwala mi się ich pozbyć. Kto wie, w czyje ręce trafiłyby lubiane przeze mnie egzemplarze. Może skazano by je na powolną dewastację w trzewiach jakiejś biblioteki-molocha, albo, co gorsza, zostałyby wrzucone do makulatury, potraktowane jak zwykłe śmieci. Widziałam kilka razy, jak ludzie wynoszą do śmietnika wielotomowe wydania prac Dostojewskiego, Bratnego,  Byrona. Tylko dlatego, że zajmują za dużo miejsca w mieszkaniu lub nieco się podniszczyły i nie wyglądają już atrakcyjnie na półkach, strasząc swoich właścicieli podniszczonymi obwolutami lub przytartymi okładkami.


      Szkoda mi książek. Szkoda tym bardziej, że słowo drukowane powoli odchodzi do lamusa. Być może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które znajduje radość z trzymania w dłoniach zadrukowanych kart? Dziś modne są czytniki elektroniczne, na których można skompletować kilka tysięcy wspaniałych, różnorodnych pozycji i mieć je zawsze przy sobie, niczym przenośną bibliotekę. Rozumiem miłośników elektronicznych gadżetów, bo sama nie wyobrażam sobie życia bez czytnika e-booków, laptopa i tableta. To powszechne „zboczenie cywilizacyjne”, które dotykać będzie coraz młodszych „obywateli świata”.  Ważność tradycyjnych, papierowych książek zminimalizuje się na rzecz ich cyfrowych odpowiedników.


      Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko cyfryzacji życia, stanowiącej znak XXI wieku. Dzięki niej (to paradoks) zdobyłam dostęp do zasobów sprzed wieków. Utworzenie Federacji Bibliotek Cyfrowych (http://fbc.pionier.net.pl) było dla mnie wydarzeniem o doniosłości równej wynalezieniu koła. Nie zmienia to faktu, że po prostu czasami mi żal odchodzącej w dal przeszłości.


      - - -

       

      By przerwać ten smętny nastrój zapraszam do zmiany tematu i obejrzenia zdjęć miłej, ciemnoskórej lali. Choć niedawno zarzekałam się, że nie chcę już zbierać "superstarów", to jak zwykle nie byłam w stanie się powstrzymać.

       

      01

      W czekoladowym wydaniu Barbie "superstar" wygląda bardzo miło, choć oczywiście rysy jej buziaka nijak się mają do typowych twarzy ciemnoskórych ludzi. 

       

      2

      Chyba będę musiała odwołać swoje wcześniejsze stwierdzenie, że Barbie "superstar" są najnudniejsze wśród lalek od Mattel. One wcale nie są nudne, tylko wyprodukowano ich strasznie dużo, stąd wrażenie przesytu.

       

      3

      Jedynym elementem który mnie odrzuca od lalki jest jej suknia. Po pierwsze - wygląda jak koszula nocna (spójrzcie tylko na rozwiązanie w okolicach stanika - toż to typowa babska, nocna koszula!), ozdobiona nędzną imitacją etoli, a po drugie - nie pasuje kolorystycznie do ogólnego wyglądu lalki. W przyszłości pójdzie do wymiany.

       

      4

      Ładna dziewczyna nawet w paskudnej kiecce wygląda miło, tak więc pomimo usilnych starań stylistów Mattela, którzy wybrali jej tę ohydną sukienkę, laleczka prezentuje się dobrze.

      Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze spodoba mi się superstar. Jak to człowiek słabo zna sam siebie :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Smutek papierowych kart”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2013 13:32
  • wtorek, 01 stycznia 2013
    • Bild Lilli

      Na Bild Lilli "zachorowałam" ponad dwa lata temu, w momencie, gdy zaczęłam interesować się historią Barbie. Odkrycie, że wczesne lalki Mattel powstały na wzór i podobieństwo Lilli było z jednej strony wstrząsające (one są klonami!), a z drugiej - wywołało nieugaszoną chęć zdobycia Lilli na własność. Podczas wypadów na targowiska staroci starałam się przeglądać wszystkie poukrywane w kątach placów stoiska, wiedząc, że u sprzedawców handlujących "resztkami na ceratce" nierzadko można za grosze kupić prawdziwe skarby. Znam takie przypadki z autopsji. Kilka lat temu, podczas wypadu na nieistniejący już dziś bazar Różyckiego w Warszawie, kupiłam za bezcen książkę - białego kruka: "Alrauna", autorstwa Hannsa Heinza Ewersa, przekład polski z 1917 roku, dziś dostępny wyłącznie w bibliotekach i prywatnych kolekcjach.

       

      W zdobycie Lilli za pomocą tej metody nie bardzo wierzyłam, ale starań nie zaprzestałam. Bo nie ma nic gorszego niż zwiesić ręce i dać sobie spokój. Tak postępują przegrani w sytuacjach patowych, a jak głosi optymistyczne polskie przysłowie: "Póki życia, poty nadziei". Tego się też trzymałam.

       

      Oczywiście wizytacje targowisk nie były jedynym sposobem poszukiwań. O informacje w naszych czasach najłatwiej w internecie, tak więc grzebałam w sieci i ... wyszukiwałam możliwości sprzedaży, które znacznie przekraczały moje możliwości finansowe. Bo Lilli w internecie można kupić bez problemu. Trzeba się tylko liczyć z wydatkiem rzędu 3 000,00 złotych. NETTO. Jest to więc opcja dla osób majętnych, które nie boją się dużych kosztów, bo ich po prostu nie odczuwają. Ja takiej kwoty na "duperel" przepuścić bym nie umiała. Choć ten duperel marzył mi się bardzo długo.

       

      Dzięki poszukiwaniom w sieci nawiązałam kontakty z kilkoma sympatycznymi kolekcjonerami spoza Polski. Jeden z nich dał mi cynk na osobę, która sprzedawała "pewniaka", to jest oryginalną Lilli, w cenie, która mogła wykrwawić mi kieszeń, ale była do przełknięcia. Na wieść o otwierającej się możliwości dostałam głupawki - wpłaciłam zaliczkę, a kiedy na konto wpłynęła pensja, to równie szybko z niego wypłynęła. Po 12 dniach lalka była u mnie. Pochwaliłam się nią na "Dolls forum", siusiałam ze szczęścia po nogach, a później - okazało się, że to Lilli z Hong Kongu, produkowana co prawda na niemieckiej licencji, ale wcale nie ta, o którą mi chodziło. Zaczął się płacz i zgrzytanie zębów. Na szczęście sprzedawca okazał się uczciwą osobą. Zwrócił mi część kosztów i PRZEPROSIŁ za swoją pomyłkę w identyfikacji lalki. Jego gest wywołał u mnie opad szczęki i powrót wiary w ludzką uczciwość. Lilli z Hong Kongu została u mnie jako substytut "tej właściwej". Oto jej zdjęcie, przed restauracją. Niedługo zaprezentuję  ślicznotkę, po skręceniu jej do kupki:

       

      01

       

      Lalka została kupiona, a apetyt na oryginał się nie zmniejszył. I tu w sprawę włączyła się opatrzność. Wypad do znajomego antykwariatu zaowocował odnalezieniem Lilli, używanej w charakterze ... podstawki do kwiatka. Właścicielka sklepu, zdziwiona moim zainteresowaniem laleczką, dała mi ją za darmo. Do tej pory nie wierzyłam w "interwencję z góry", ale to się w tamtym momencie zmieniło. Można powiedzieć, że nastąpiło "nawrócenie". emotemotemot

       

      I oto jest! Moje lalkowe zwieńczenie 2012 roku i jednocześnie - rozpoczęcie 2013. Najbardziej wyjątkowa podstawka do kwiatka jaką mam w domu. Zniszczona przez czas, wyblakła, prosząca o zakrycie nagości, ale - moja i oryginalna!

       

      Pierwszą rzeczą, którą sprawdziłam, była śrubka w głowie, mocująca "kopułkę" do części twarzowej i pozwalająca na bezbolesną wymianę włosów. Wszystko było na miejscu! Znaczy - Lilli jest prawdziwa :)

       

      01

       

      Włosy laleczki pozostawiają wiele do życzenia - zostały znacznie skrócone i strasznie się mechacą, ale za to nad czołem zachował się charakterystyczny, zawadiacki loczek.


      02

       

      Najbardziej ciekawił mnie pyszczek Lilli. W końcu to na nim Mattel wzorował swoje pierwsze kloniki lalki. Z chęcią postawiłabym obok siebie Lilkę i Barbie numer 1, aby prześledzić podobieństwa i różnice. Może kiedyś uda mi się poznać kolekcjonera, który pozwoliłby mi na sporządzenie sesji porównawczej?

       

      01

       

      Na twarzy mojej Lilli brakuje rumieńców. Musiałam je usunąć, ponieważ policzki lali były bardzo porysowane i farba skawaliła się w obrębie zadrapań. Twarz Lilli wykonana jest z twardego plastiku - stąd dość łatwo usunąć z niej makijaż i bardzo trudno ponownie go nanieść, szczególnie jeśli konieczne jest cieniowanie farby. W przyszłości lalka zostanie poddana odnowieniu i mam nadzieję, że urocze rumieńce wrócą na jej policzki. Na razie opanowuję technikę nakładania farby na klonikach.


      01

       

      W obrębie twarzy najciekawszym elementem są "rzęsy" lalki. Widok z góry pozwala zbadać ich nadnaturalną grubość. Lilli stylizowana była na kobietę-wampa, tak więc ciężki, podkreślający seksapil makijaż był koniecznością.

       

      Dzisiejsze laleczki często mają w uszach eleganckie kolczyki. Lilli też je nosiła, tyle że były one namalowane. Kształt i kolor biżuterii pozostawał niezmienny - każda lalka miała w uszach czarne kwiatki.

       

      01

       

      Pierwsze Barbie odziedziczyły po Lilli kształty ciała, lecz z wyjątkami. Podczas gdy lalki Mattel mogły poruszać rękami tylko w tył i w przód ich poprzedniczka mogła rozkładać ramiona na boki, w geście Chrystusa ze Świebodzina. Nie przyczyniało się to do uzyskania jakiejś nadprzyrodzonej możliwości pozowania, ale cóż to był za fajny patent! owned

       

      01

       

      "Babcię" i "wnuczkę" różniły również pantofelki na stópkach tej pierwszej.

       

      01

       

      W odróżnieniu od Barbie Lilli nie była sygnowana. Stąd w przypadku lalek, które dotrwały do naszych czasów bez ubranek, bardzo trudno określić do jakiej serii należały. Moja ma oryginalny ciuszek - sukienkę tenisistki i, co ciekawe - majteczki! Ubranka są w praniu, mam nadzieję zaprezentować je w kolejnym wpisie. Niestety wymagają dużych napraw, co oznacza cerowanie, na którym się nie znam. Czegóż się jednak nie robi dla ulubienicy?

       

      01

       

      Poza wymienionymi różnicami, między Lilli i Barbie nie było wiele więcej  cech odmiennych. Obie panie były ponętne i miały fumy w nosie, o czym świadczyły ich wiecznie obrażone i nieco nadęte buziaki.

       

      01

       

      01 

      Kończąc wpis pozwolę sobie podziękować za piękne świąteczne i noworoczne życzenia, które składaliście na blogach. Oby dla nas wszystkich Nowy Rok był szczęśliwy, lalkowy i pełen zdrowia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Bild Lilli”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 stycznia 2013 14:07

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com