Doll land

Wpisy

  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Maroko

      Krążąc paluchem po mapie świata nigdy nie zatrzymałam się dłużej na Maroko. Wolałam wyobrażać sobie inne kraje, do których kiedyś pojadę - Indie, Japonię, Chiny, ale przede wszystkim Peru, przez które płynie rzeka Ukajali, gdzie wieczorami dzieciom do snu śpiewają ryby. To sprawka Arkadego Fiedlera, który wzbudził we mnie namiętność do południowych, porośniętych tropikalną puszczą krain, nadal zamieszkiwanych przez plemiona, którym nie są potrzebne do szczęścia wynalazki współczesności.


      Na razie nie mogę pochwalić się, że płynęłam po Ukajali, tropiąc ślady Fiedlera (swoją drogą, jakież on miał ekscentrycznie piękne imię - Arkady!), ale na pocieszenie obracam w ręku lalkę z serii "Dolls of the World", która reprezentuje, jakże by inaczej, Maroko :)


       

      1


      Marokanka jest jedyną lalką Barbie z facemoldem Christie, którą mam na stanie. Choć typ twarzy, którym czaruje, jest bardzo lubiany przez kolekcjonerów, nadspodziewanie długo nie umiałam go zaaprobować. Myślę, że wydawał mi się zbyt ciężki, a przez to odpychający niczym socrealistyczna rzeźba z sierpem w dłoni. Zmiana opinii nastąpiła dopiero w momencie, gdy zobaczyłam po raz pierwszy Christie o jaśniejszej, niż zwykle to bywa, karnacji. To właśnie był klucz do zrozumienia sprawy - bo to wcale nie mold był brzydki, tylko ja nie lubię mattelek o bardzo ciemnej skórze. Ta zasada w ogóle nie działa, jeśli chodzi o lalki od innych producentów. Dajcie mi pierwszą lepszą Adele Makeda i będę śpiewać o swojej radości z najwyższego dachu w Warszawie, ale lalki od Mattel - nie, te lalki lubię co najwyżej w wersji "mulatka/mulat".


      Marokanka wygląda, jakby wybielał ją w mydlinach sam wielki mistrz zakonu praczy, Zygmunt Chajzer, a co za tym idzie, z sukcesem wychodzi naprzeciw moim wymaganiom co do odpowiedniego odcienia skóry. Głęboka czerń skryła się tylko w jej włosach i obramowaniu oczu, które na wschodnią modłę pociągnięte zostały kohlem.


      1

       

       

      Biblijna maksyma, przełamana przez moją niepamięć do klasycznych tekstów, głosi: "Temu, kto ma, będzie dane jeszcze więcej" - i rzeczywiście, laleczka oprócz urody dostała jeszcze wyróżniający się strój. Można powiedzieć, że jej ubiór wręcz rwie oczy, a to przez nasycenie jaskrawym, różowym kolorem, przełamanym w niektórych miejscach złotym błyskiem ornamentu lub biżuterii.

       

      Bogactwo wizualne nie przepada za konkurencją - Marokanka wymaga stosownego wyeksponowania, bo schowana w tłumie, zamieszkującym moją witrynę, niknie i gaśnie, tracąc swoje właściwości ozdobne. A tu klops - bo od zawsze brakowało mi w domu półeczki, na której mogłabym ją z honorami umieścić. Głowiąc się nad nową lokalizacją, której nie byłam w stanie zapewnić, dałam się już ze dwa razy ponieść emocjom i wrzuciłam Marokankę na Allegro. Wtedy przyszły rozterki, bo przecież lalka jest urodziwa i możliwe, że tęskniłabym po jej utracie. Już ja dobrze znam to uczucie! Nieraz przez decyzje "na szybko" pozbywałam się fajnych okazów z kolekcji, a później śniły mi się one nocami, doprowadzając mnie do stanu wrzenia. Dlatego,  zamiast podejmować po raz kolejny pochopną decyzję, schowałam powód rozterek do pudła z nieużywanymi lalkami i pozwoliłam sobie zapomnieć o nim na pół roku.  Przez ten czas umysł ochłódł na tyle, by powrócić do stanu równowagi, w którym problemy związane z brakiem porządnego lokum dla lalek nie popychają do bezmyślnego trzebienia stada.


      Myślę, że stało się dobrze. Marokanka co prawda nadal kisi się w ciasnocie witryny, ale od pewnego czasu ma u swego boku "mrocznego krzyżowca", który wbrew swojemu powołaniu nie tylko nie planuje walk z saraceńskimi rycerzami, ale za sprawą hożej dziewoi myśli raczej o zapuszczeniu korzeni i otoczeniu się rodziną. Tak to już z plastikami bywa - ani się obejrzysz, a one już połączyły się w pary :)



      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Maroko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 18:52
  • niedziela, 25 grudnia 2016
    • Jaka brzydka!

      Wierzcie mi, drodzy czytelnicy, lub nie wierzcie, ale gdybyście poznali mnie ładnych kilka lat temu, to pewnie uznalibyście, że jestem członkiem subkultury gotyckiej. I bardzo słusznie! Dziś po dawnym wyglądzie zostało już tylko wspomnienie, ale w szafie nadal wisi kilka czarnych sukienek, w których zadawałam szyku na Castle Party i zlotach DarkPlanet, czyli pierwszego i największego chyba w Polsce portalu zrzeszającego wielbicieli ciężkich brzmień, dań z kota i potańcówek w zadymionych i pitnym miodem płynących poznańskich klubach.

       

      Lata buntu i biegania po mieście w skórzanych płaszczach i glanach mam już dawno za sobą, ale serce nadal pika mi w szybszym rytmie, gdy w polu widzenia objawi się obraz nawiązujący do młodzieńczej stylistyki, a już szczególnie, jeśli jest to obraz lalkowy podobny poniższemu:

       

      01

       

      "Hola, hola!" - zakrzykniecie - "Ale co wspólnego ma to niewyględne lalkowe oblicze ze stylistyką gotycką?"

       

      Tak na dobrą sprawę, to niewiele (poza ekspresyjnym makijażem oczu, bliskim niejednemu goth-artyście), ale wiecie-rozumiecie, chciałam zacząć dzisiejszy blogo-wpis od jakiegoś fajnego wstępu, a że wstępów pisać nie umiem, to po raz kolejny włączyłam tematykę wspominkową. Wybaczcie mnie nieszczęsnej (i obżartej do granic wytrzymałości sernikiem, makowcem i keksem)! Obiecuję, że dalej będzie w miarę logicznie i bez wtrętów nie na temat (baju, baju...).

       

      A zatem - lalka jaka jest, każdy widzi. Miała być zapewne pełnoprawnym matellowskim superstarem, ale coś poszło nie tak i zamiast ślicznej księżniczki/królewny/astronautki/baletnicy/dżokejki narodziło się coś zupełnie innego, mającego wyraźne ciągoty ku czerwonym szminkom i artystycznie rozmazanej kredce do oczu.

       

      Dziwolążek został odkryty na Allegro, skąd przyjechał do mnie bez żadnych przeszkód, bo nikt inny go nie chciał. W zaufaniu przyznam się Wam, że liczyłam na to, że brzydula okaże się jakimś niezmiernie rzadkim meksykańskim, barbiowatym wypustem, ale jednak nie - ta lalka to zwykły, nikomu nie znany klon.

       

      Tu muszę zrobić wyznanie: "Ach, jakże kocham klony!" Nie są one z pewnością trzonem kolekcji, ale trzymają się w niej mocno. Klony to tajemnicze stworzenia - w większości przypadków nie wiadomo kto powołał je do życia i skąd przybyły. Można je oceniać na podstawie tego, co się widzi, słyszy i (ewentualnie) wyczuje nosem. W przypadku mojej paskudy zapach niczego nie podpowiada, za to wrażenia wzrokowe są ciekawe, bo lalka jest strasznie dziwaczna :)

       

      Nietypowy makijaż to tylko pierwsza z jej "zalet". Kolejnymi są:

       

      1. Wysokie czoło:

       

       

      1

      Oj, można by o takim czole pisać pieśni lub wiersze. Lub poematy epickie.  Trzynastozgłoskowcem. Jak prawdziwy mistrz :)

       

      2. Pusty, "dmuchany" korpus:

       

       

      1

      Mówi się, że piękne kobiety (czyli "lalki"!) są puste w środku. No to ja mam złą wiadomość dla tych, co wierzyli, że te brzydkie są inne. Otóż nie! One także mogą być pustymi lalami z ubogim wnętrzem, jak widać na zaprezentowanym przykładzie :P

       

       

      3. Rąsie, które umieją miękko, niczym płatek śniegu, opaść na biodra, bo są z gumy:

       

       

      1

       

       

      4. Egipskie hieroglify na plecach, będące zapewne śladem nieśmiałych prób oznaczenia lalki nazwą producenta. Niewiele da się z nich odczytać. Być może są to jakieś znaki dla niewidomych (bo wypukłe).

       

       

      1

       

       

      5. Nóżki zginane na dwa kliknięcia, niczym u starych Barbie. W dobie MtM nie jest to żadna szczególna umiejętność, ale lepsza taka niż żadna, a zresztą lalkowym starowinkom pewnych spraw się nie wypomina (no chyba, że śmierdzą kocim sikiem, ale to temat na inny wpis).

       

       

      1

       

      Szczerze mówiąc nie wiem po co mi taka piękna inaczej laleczka. Gdyby osądzać ją na trzeźwo, to powinna z powrotem trafić na Allegro. A jednak w związku z tym, że przy okazji świąt urżnęłam się okrutnie kompotem z suszu, grzybkami z bigosu i makiem z makowca (jak wiadomo wszystkie te potrawy wprowadzają w stan nadzwyczajnej błogości i połączenia z niebem), gwoli czego nie jestem w stanie myśleć jasno, skazuję ją na bycie drugą połówką dla sztywniaka, który wczoraj wyskoczył mi spod choinki. Są, co prawda, z innych epok i bajek, ale to błahe przeszkody dla miłości, prawda?

       

       

      1

       

      No i wydało się, po co ja tę notkę pisałam. Toż chciałam Wam Kenika od Mikołaja pokazać, ot co! A siliłam się na to przez całą długość wpisu ;)

       

       

      1

       

      EDIT! Jest 29 stycznia 2017 roku, a ja właśnie dowiedziałam się, dzięki dobremu człowiekowi z Flickr'a, kim jest moja paskuda. To niejaka Betty! Poniżej wklejam jej zdjęcia w zapudełkowanej wersji, ściągnięte za zgodą ich autora z eBay. Ochhh, czuję się, jakbym była Kolumbem odkrywającym Amerykę!

       


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Jaka brzydka!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 grudnia 2016 22:38
  • poniedziałek, 19 grudnia 2016
    • Callum i Callum

      Kocham lalki, ale nie zmienia to faktu, że patrzę na nie krytycznym okiem i oceniam w większości negatywnie. Najbardziej lubię pastwić się nad schodzącymi na psy pod względem jakości barbiopodobnymi (Mattel już na całość poszedł w sztywne cielska, wtłaczane w coraz to brzydsze stroje, którym skąpi się nie tylko wcięcia w talii, lecz nawet estetycznego obrębienia brzegów), ale nie stosuję żadnej taryfy ulgowej i dla innych gatunków. Na równi wyżywam się choćby na dostępnych obecnie lalkach od Integrity Toys, których elitarność jest li wyłącznie sprawą mniejszych nakładów poszczególnych serii.


      Wyraz swojemu rozczarowaniu dałam już w notce o Poppy Parker, a teraz pociągnę temat dalej, bo mimo licznych zarzutów zapraszam przecież do siebie kolejne twory wypchnięte z fabryki Integrity Toys, i, co bardzo mnie śmieszy, są to kolejne "całuśnice". Przez całuśnice rozumiem lalki o specyficznym, ssąco-cmokającym ułożeniu ust, które sugeruje, że za chwilę, niczym stare ciotki, zaatakują kogoś mokrym całusem w policzek lub w czółko. Z lat dziecinnych pamiętam, że szczerze nie cierpiałam takich oznak rodzinnych afektów i próbowałam się od nich wykręcić, gdy tylko mogłam.


      Ponieważ obecność Poppy w pełni zaspokaja moją próżność posiadania całuśnicy-kobitki, dla zachowania przeciwwagi "płciowej" zaopatrzyłam się w dwóch całuśnych typków z męskich wybiegów mody, czyli Callumów Windsorów.


      Callumowie wyszli z łona tej samej matki, ale ojców musieli mieć różnych, bo choć gęby są z tego samego odlewu, to zupełnie niepodobne. Cieszy mnie to niepomiernie, bo mogą być używani przy różnych okazjach - ciemnowłosy, gdy podniesie mi się poziom zapotrzebowania na klasyczną ładność, a blondyn w chwilach, gdy po głowie kocić się będzie obraz zarośniętego drwala ;)


      księciunio

       

      * * *


      drwal

       

       

      W związku z tym, że towarzystwo zjechało na włości w stanie gołym i wesołym, zostałam zmuszona do poszukiwań jakiejś znośnej konfekcji męskiej, co okazało się dość trudne, z braku takowej na rynku. Na początku, łudząc się, że jakoś to będzie, zapakowałam dziadygi w oryginalne ubrania zrabowane matellowskim Fashionistom, które okazały się, jak to było do przewidzenia, sporo za ciasne. Nawet biorąc pod uwagę stopień mojego ubraniowego zboczenia, które dopuszcza w orbitę zainteresowań naprawdę obcisłe stroje, to upychanie lalek w spodnie, nie dopinające się w okolicy rozporka, było nie do przyjęcia. Co innego ubiór podkreślający seksapil, a co innego, kiedy z dziury na siedzeniu lub innej lokalizacji wygląda coś, co nie powinno.

       

      Na ratunek przybyło Allegro, które co jakiś czas kokietuje nieprzewidzianymi okazjami zakupowymi. Tym razem były to zestawy dla nowszej generacji Kenów "Basics", które przy użyciu odpowiedniej siły, zaprawionej desperacją, dały się wciągnąć na obydwu młodzieńców i zakryć rejony cielesnego rozpasania.

       

      Sukces odzieżowy sprawił, że spoczęłam wdzięcznie na laurach, a sporządzenie notki o chłopakach odłożyłam na zaś. Minęło pół roku, a mnie olśniło, że właściwie mogłabym coś o nich skrobnąć, bo idą grudniowe święta, a chciałam pokazać ich jeszcze w tym roku, więc jeśli się nie zbiorę za robotę, to więcej już takiej okazji nie będzie. Przez głowę przechodziły mi nawet myśli, żeby zasponsorować Callumom porządną sesję na śniegu, ale że białego puchu mieliśmy tyle, co kot napłakał, więc mi się odechciało i poszłam na łatwiznę, czyli jak zwykle strzeliłam fotki "z łapy" przy sztucznym oświetleniu i na tle jakiejś przypadkowej szmaty (wywyższenia do roli tła fotograficznego doznała zasłonka w przedpokoju).


      Z całego serca chciałam ukazać urodę obydwu obwiesi, ale im bardziej gnębiłam ich zdjęciami, tym bardziej docierało do mnie, że wyglądają niczym sfochane karpie maszerujące w pochodzie pod tęczową flagą. Mnie ten stan rzeczy nie przeszkadza, ale nie obrażę się, jeśli ktoś zasugeruje, że Callumowie wyglądają z deczka (albo i z kilogramka) jak transwestyci.

       

      Jakościowo panowie nie odbiegają od bieżącej produkcji IT, czyli nie ma się czym zachwycać. Oszpecono ich zarówno liniami odlewowymi na ciele jak i niską jakością kompletnie nie układającego się włosia. Właśnie dlatego tak starannie zakryłam jak największe połacie ich ciał, aby zgodnie z wczesnodziecięcym przekonaniem "jak czegoś nie widać, to tego nie ma", udawać, że są znacznie fajniejsi niż w rzeczywistości. Dla potwierdzenia tej tezy sypnę garścią zdjęć. A nuż ktoś z Was da się trochę oszukać i stwierdzi, że chłopcy nie są wcale tacy najgorsi, a nawet mogą budzić ciepłe uczucia :)


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Callum i Callum”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 grudnia 2016 23:11
  • piątek, 09 grudnia 2016
    • Coś dla ciała

      Podejmowanie decyzji „na szybko” to działanie nierozsądne i przynoszące straty. Wiem to nie od dziś, ale i tak po raz kolejny zrobiłam bezrozumnie swoje, przez co stałam się właścicielką kompletnie niepotrzebnego mi zestawu barbiowych bucików. Naklikałam bez zastanowienia na Allegro, pomyliłam aukcje, w których chciałam licytować i stało się - trzeba było łyknąć tego omyłkowego kluska z godnością.



      Wijąc się z boleści (łojezu, cóżem to ja narobiła!) i jojcząc, sprawiłam, że ulitowała się nade mną dobra, fejsbookowa dusza, gotowa przejąć niechciane buty. Problem spadł z cyca i rozbił się na sto kawałków, a moje smętne stękanie gładko przeszło w kozaczenie, jakich to ja nie robię genialnych interesów, które zawsze kończą się szczęśliwie (gucio prawda!), ale co zmarnowałam sobie i sprzedawcy czasu i nerwów (odbiór osobisty w zimny, grudniowy dzień, to nie jest dobry pomysł), tego się już nie odwyrtnie.  Chyba nadszedł najwyższy czas by wyhaftować sobie makatkę z hasłem „Zanim cokolwiek zrobisz – pomyśl!”, a dla większej pewności wystrugać mały młotek i prewencyjnie  pukać się nim w głowę, gdy tylko wpłyną do niej podejrzanie nierozsądne pomysły.



      Zanim rzeczone buty trafią do potrzebujących, czyli na bose lalkowe kopytka, to przez chwilę będą u mnie gościć, co daje mi asumpt do rzewnych wspomnień, bo właśnie takie pantofelki pamiętam z dzieciństwa. Eleganckie Superstary, które uśmiechały się do mnie w reklamach przed "Dobranocką", prawie zawsze nosiły szpileczki i właśnie ten rodzaj bucików najbardziej do dziś mi się podoba. Buty na obcasie pięknie wydłużają i wyszczuplają nogi i sama chętnie bym w takich biegała, gdybym tylko umiała to robić.



      1

      * * *

      1

      * * *

      1

       


      Eleganckie pantofle to moja zadawniona zmora. Jeśli nie muszę, to w nich nie chadzam. Nigdy nie opracowałam sposobu, który pozwoliłby mi swobodnie się w nich poruszać na dłuższych dystansach. Godzina chodzenia po mieście w szpilkach oznacza dwa kolejne tygodnie nalepiania na stopy plastrów i smarowania pięt i paluchów maściami przyśpieszającymi gojenie ranek. Oczywiście najładniejsze pantofelki ścierają stopy z największą maestrią i są w stanie przeobrazić mnie z kobiety w ładnym stroju w dyszącego z bólu i frustracji nosorożca, który bez mrugnięcia okiem zamordowałby każdego, kto sprzeciwiłby się jego chęci natychmiastowego zrzucenia z nóg krępujących je imadeł.


       

      Oj, jak mnie nózie bolą!

      Weźmy takiego Jacka Torranca z filmu (i książki) „Lśnienie”. Zastanawialiście się, czemu był tak zwariowany i krwiożerczy? Ja nie muszę, bo wiem! Buty go piły, to się wściekał :P

       

       

      Podobno kobiety szaleją na punkcie butów. Jeśli tak, to kiepska ze mnie przedstawicielka babstwa, bo zachwycają mnie tylko te w skali 1/6. Oczywiście, mam w szafie kilka par pełnowymiarowych, eleganckich kajaków „na wielkie okazje”, ale żeby się nimi podniecać? Nieee, na to są za nudne. Nie mam zamiłowania ani do pantofli, ani do sztybletów, ani do łapci wyplatanych z wiklinowych gałązek. Mówiąc brutalnie, buty to nie moja bajka. 


       

      Fajny but to taki, który zdobi plastikową nóżkę i nieważne, z jakiego jest materiału, byleby dobrze wyglądał i dawał się gładko założyć na stopę. A o to, jak na złość, obecnie jest dość trudno. Namnożyło się nowych rodzajów lalek, które nie mogą wymieniać się między sobą obuwiem, ze względu na kompletnie różną wielkość i budowę nóżek. Nawet dość jednolity pod tym względem przez długie lata świat Barbie wyewoluował w końcu i wypluł z siebie stopy zupełnie płaskie i z wysokim podbiciem, stopy malutkie niczym u Japoneczki i plażowe platfusiska. I połap się tu, biedny kolekcjonerze, w tej niemożliwej do spamiętania i obucia różnorodności!



      1

      * * *

      1

      * * *

      1 

      * * *

      1

      * * *

      1

       

       

      Jako stara skleroza nawet nie próbuję robić rozeznania w bucianej materii, a jedynie, gdy trafi się okazja kupienia większego zestawu różnorodnych pantofelków, strzelam na oślep, bo może uda się upolować coś przystające do wiecznie rosnących potrzeb. W większości przypadków są to celne strzały, choć zdarza się, że wśród trepowej gromadki trafiają się zupełnie nieprzydatne pantofelki, wyprodukowane przez przedsiębiorczych Chińczyków dla lalek o stopie mniejszej od krasnoludka. To chyba jedyne buciki, których bez żalu się pozbywam. Są tak niepraktyczne, że szkoda dla nich miejsca w szufladzie.


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Coś dla ciała”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 09 grudnia 2016 21:57

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com