Doll land

Wpisy

  • czwartek, 30 marca 2017
    • Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2

      Ojeju, ojeju, ojeju! Dzisiejszy dzień zaczął się tak po lalkowemu cudnie, że już bardziej się nie dało. Koleżanka z Facebookowej grupy opublikowała zdjęcie laleczki, której szukałam bez powodzenia od kilku lat. Zamieszczałam nawet w tej sprawie apel na blogu: http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html Wpis z prośbą o pomoc datowany jest 23 września 2011 roku, czyli gonitwa za wspomnieniem zajęła mi 6 lat, macie pojęcie?

       


      W mojej interpretacji malarskiej poszukiwana wyglądała tak:


      01

       

       

      A naprawdę, tak:


      2

      Zdjęcie dzięki ogromnej życzliwości i wsparciu koleżanki z Facebooka: Magdaleny Mroczek-Stachowiak. Magdalena jest autorką zdjęcia i właścicielką laleczki.

       

       

      Nie bardzo wierzyłam, że jeszcze kiedyś zobaczę laleczkę z tej serii, a tymczasem możliwe jest, że wśród znajomych mają ją aż trzy osoby, i to w różnych wersjach kolorystycznych włosów!


       

      Z rok temu, kiedy któraś z koleżanek napomknęła, że laleczki te pojawiły się na Olx, przeszukałam ten serwis wzdłuż i wszerz, wracając co kilka dni do haseł: mini Fleur, minnie Fleur, mała lalka, mała laleczka, drobna laleczka, malutka laleczka, laleczka PRL, laleczka pamiątka, laleczka kioskowiec, pamiątka PRL, zabawki PRL, stara lalka, stara laleczka itd. itp. Desperacja podpowiadała coraz to nowe kombinacje słowne, które, jak i poprzednie, wiodły na manowce.

       

       

      Tymczasem ociupinka nie chciała dać się odszukać. Dopiero teraz uśmiechnęła się do mnie ze zdjęcia i spowodowała, że moje serce zrobiło fikołka. Strasznie tęskniłam za jej widokiem. Wiem, że ta drobinka jest najprawdopodobniej naszym krajowym klonikiem serii "Little kiddles", co stawia ją o stopień niżej niż pełnoprawny wzór, ale jest moim wspomnieniem z dzieciństwa i gdybym mogła, to dałabym za nią i sto oryginałów.


       

      To wszystko dlatego, że taką samą kupiła mi za ostatni grosz mama. Pamiętam to jak dziś - była zima, a my brnęłyśmy w śniegu na przystanek autobusowy ze szpitala lub przychodni. Po drodze był kiosk ruchu, do którego, z jakiegoś powodu weszłyśmy. Chyba chodziło o zapałki. W tym kiosku przy kasie stał kosz, wypełniony po brzegi malutkimi laleczkami. Pamiętam, że nie mogłam od niego oderwać wzroku i że sprzedawczyni zrobiła uwagę, że małej księżniczce podobają się laleczki, a potem zaproponowała "A może pani córci kupi?" Pamiętam jak mama sprawdzała zawartość portfela i wygrzebała z niego kilka monet, które starczyły na jedną panienkę. Pamiętam też, jak ostrożnie wybierałam laleczkę z kosza, chcąc znaleźć najładniejszą i jak nagle trzeba było się spieszyć, bo autobus ucieknie, a drugi będzie nieprędko. Nie pamiętam tylko gdzie zgubiłam swoją białowłosą drobinę w białej sukienusi. Myślę, że tamtej, starutkiej już nie odnajdę, ale może kiedyś zdarzy się jeszcze cud i te śmieszne calineczki gdzieś wypłyną. Na wszelki wypadek od czasu do czasu sprawdzam znajome serwisy, wpisując hasło "mała laleczka PRL".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 marca 2017 19:29
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Aplauz dla Dzwoneczka

      Trwa adwent z jego wyrzeczeniami i „suchymi”, postnymi dniami. Lubię ten okres, bo pomaga okiełznać rozbuchane apetyty (nie tylko mięsno-czekoladowe), i świetnie przygotowuje do wybuchu wielkanocnej radości. Schlebianie swoim zachciankom to rzecz przyjemna, ale tylko do czasu, gdy nie zorientujemy się, że wieczna pogoń za nowościami zobojętnia na to, co mamy wprost pod nosem. Zatem, korzystając z dobrodziejstw adwentowego wyciszenia, wstrzymałam nieustające lalkowe polowania, koncentrując się na posiadanych zbiorach. Przecież one też są fajne, choć opadły już z nich fajerwerki nowości.


      W związku z powyższym zadecydowałam, że najwyższy czas rozpocząć cykl wpisów o „wykopkach archeologicznych”, czyli lalkach zamieszkujących ze mną już szmat czasu, ale dotychczas nie rozpieszczanych ani seriami z aparatu (fotograficznego) ani ciepłymi słowami na blogu. Przygotujcie się, proszę, na starocie. Dziś, przykładowo, pochylimy się nad Dzwoneczkiem z firmy Applause Inc.


       

      1


      O firmie-matce Dzwoneczka nie wiem zbyt dużo. Wikipedia podpowiada, że ma ona za sobą dość długą historię, której początki sięgają zamierzchłego 1966 roku. Firma trwa prężnie do dziś i jak u praźródeł swojego istnienia zajmuje się zabawkotwórstwem,  wypuszczając na rynek klocki, pluszaki, plastikowe figurki, lalki, jak również zestawy różnokształtnych ustrojstw wspomagających rozwój  najmłodszych. Przekrój jest szeroki, ale mnie interesuje tylko wąski wycinek, znaczy lalki.


      Lalki od Applause Inc. są w większości słusznych rozmiarów (skala 16') i dość wyraziste z twarzy. Wystarczy zrobić szybki przegląd eBaya, żeby zauważyć, że spora część z nich emanuje obłąkańczym czarem filmowego Jokera. Uśmiechy jak rozwarta paszcza rekina, szaleńczy wzrok, artystycznie stargany włos. Weźmy taką Arielkę. Jej uśmiech toczka w toczkę przypomina mi złowieszcze grymasy klauna-mordercy z filmu „To!”


      2

       

       

      Reszta towarzystwa, sygnowanego logo Applause Inc., wcale nie wypada mniej intrygująco. Moją faworytką jest przedziwnej urody Esmeralda – babsko duże i tęgie, promieniujące z oczu czystym bzikiem. Jest w tej lalce coś chorobliwego, co przywodzi mi na myśl pensjonariuszy zamkniętych zakładów psychiatrycznych, których  w dowód zasług uznano za szczególnie niebezpiecznych.


       

      2

       

      Za to applausowska Pocahontas jest śliczna i gdybym tylko mogła, to wzięłabym ją do siebie, nie bacząc na to, że głowę ma nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty ciała.


      3

       

       

      Mój Dzwoneczek wyrodził się z tej szajki dziwotworów i nie zaznał upiększeń typu wywalone z orbit gały i wyszczerz dentystyczny. Stało się tak najpewniej dlatego, że trudno byłoby upchnąć te okropieństwa w jej malutkiej twarzyczce. Kiedy Panbuczek rozdawał wzrost, Dzwoneczek stał na końcu kolejki i w związku z tym oszczędzono mu brzydoty większych, lalkowych sióstr. Wróżeczka jest karlicą (Prawie jak Tyrion Lannister. Osoby, które wiedzą kto zacz, mają u mnie chody) i mierzy  dokładnie tyle samo, co Skipper z lat 80-tych, choć jest nieco obfitsza w kobiece krągłości i znacznie cięższa. Od matellowskiej koleżanki różni się też materiałem, z którego ją wykonano - wszystkie jej części poza głową zostały odlane z twardego plastiku, tak więc jej zginalność jest symboliczna.


       

      4



      Niewielki rozmiar sprawia, że Dzwoneczek gładko wciska się w ubranka potworów z Monster High. Niestety ich buty już na nią nie pasują, bo stopy ma jak kajaki i w dodatku płaskie. Nieciekawie przedstawia się też sprawa jej włosów, które wszyte są tylko dookoła głowy, co zostawia na środku gładki, smutny placek (którego Wam nie pokażę, żeby nie kusić do wieczornego podjadania).


       

      5



      Choć w założeniu lalka ma oddawać drobną i delikatną istotę, jej tężyzna nijak nie przystaje do fruwającej między kwiatami wróżki. To już raczej lekkoatletka uprawiająca jakąś wymagającą krzepy dyscyplinę sportu – rzut młotem, rwanie ciężarów lub zapasy. Nie mogę wygnać z głowy myśli, że mój Dzwoneczek to dziewczę po  odżywkach białkowych, któremu marzy się kariera na igrzyskach ;P



      Bardzo lubię swojego "spasionego" Dzwoneczka. Może to kwestia odruchu warunkowego jak u psów Pawłowa – jak coś jest małe i napakowane, to uruchamia się we mnie miłosne połączenie na trasie: oczy-serce-mózg, a przystanki na tym szlaku mają znamienne nazwy: „Zobaczyłam”, "Zaśliniłam się z chcicy", „Kupiłam”, „Trzymam na półce”, „Dalej w świat nie puszczę”.


       

      6


       

      7

      

      Wszystkie zdjęcia Disneyowskich księżniczek - z eBaya!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Aplauz dla Dzwoneczka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 20:48
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Momoko

      Po rozpakowaniu mattelowskiego zestawu „Jude Deveraux” jęknęłam i posmutniałam jak górnik, któremu żona kazała przed świętem Barbórki wleźć do balii i wyszorować się na glanc ryżową szczotką. Urodziwy pan lalek okazał się o pół głowy niższy od swojej partnerki. Różnica wzrostu uwypukliła się po ustawieniu tej dwójki w witrynie, w związku z czym, chcąc – nie chcąc, rozdzieliłam zakochanych, bo stojąc w parze wyglądali zbyt komicznie. Ona – jasna panienka o delikatności motylka i mlecznej cerze, spoglądająca na swojego napakowanego ukochanego z perspektywy żyrafy i on - konusik, o rozbudowanych ambicjach, potężny wszerz, choć pewnie wolałby wzdłuż.  



      Tego, co złączył Mattel, nie powinno się rozdzielać, ale lekce sobie ważę tę zasadę, bo moja krnąbrna natura nie godzi się na zestawianie niekompatybilnych połówek. Nie będę gnębić lalek rażącym niedopasowaniem tylko dlatego, że tak zachciało się producentowi. Wręcz przeciwnie, z dziką rozkoszą rozbiję łańcuch lalkowego zniewolenia, wymieszam lalki między sobą i tak je po kątach poustawiam, że nikt, kto do mnie zawita, nie zgadnie, z jakiego pudełka która pochodzi! Ha!



      Lubię wsadzać paluchy w świeżo zaczynione ciasto, mieszać w garnkach i motać wśród lalek. Właśnie dlatego wykluł mi w głowie pomysł ukonstytuowania u boku Raidera Momoko – laleczki w stu procentach odpowiadającej mu wielkością, choć pochodzącej z innego kontynentu i obcego mu kulturowo środowiska (dla przypomnienia, on pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ona – z Japonii). Zastąpiłam jeden dysonans innym dysonansem i bardzo mi z tym dobrze!

       

       

      32452052323_9fb16e5b1c_z

       


      Momoko to dla mnie lalka nieoczywista pod kątem posiadania i słabo rozpoznawalna „w stadzie”. Jestem perfekcyjnym momokowym profanem – wszystkie Momo wydają mi się identyczne, pomimo różnic w stroju, kolorze włosów i makijażu. To chyba jakiś rodzaj lalkowego daltonizmu, bo kiedy spojrzę na grupę Momoczek - widzę odbitą w kilku egzemplarzach sztampę. Taka lalkowa krótkowzroczność to rzecz dość smutna, ale za to pozwalająca na swojego rodzaju oszczędność - do szczęścia wystarcza mi nie więcej niż jedna taka lalka. Momokowy daltonizm pomógł mi też przy wyborze tej właściwej - po prostu kupiłam pierwszą lepszą, która napatoczyła się w znośnej cenie, bez parcia w kierunku jakiegoś szczególnie wyjątkowego egzemplarza.

       

       

      33266687095_3b32c5e86e_z

       


      Do Momoko czaiłam się jak pies do jeża, bo przez długi czas odstręczała mnie myśl o jej kruchości. Jak z przekonaniem twierdzą posiadacze tej zabawki, Momo cierpi na zaawansowaną osteoporozę, co najjaskrawiej przejawia się w okolicach kostek u nóg. Są one podatne na złamania i ukruszenia, nawet jeśli lalka jest troskliwie przechowywana w pudełku. Takie informacje nie napawały mnie szaloną chęcią, by przygarnąć jakiegoś potencjalnego połamańca pod swój dach. A jednak zmieniłam zdanie za przyczyną poznanej na OLX warszawskiej kolekcjonerki. Dzięki możliwości odbioru osobistego zdecydowałam się otworzyć serce na chrupką mamzelkę, pomimo tego, że była ruda (nie lubię rudego!) i uszkodzona w okolicach chudej pęcinki.

       

       

      32451949023_668029266f_z

       


      Nadłamaną nogę Momo udało się dość ładnie skleić i oszlifować, co napełniło moją poczerniałą, psujowatą duszę niemałą dumą.  Aby oszczędzić sobie w przyszłości widoku zaklajstrowanego uszkodzenia zapakowałam Momoczkę w buty za kostkę, aby na wieki zakryć jej wstydliwy sekret.

       


      Z ubraniami dla Mo nie było większych problemów - sukienkę odziedziczyła po chudym kloniku Ori princess, a buty po Pullipie. Z garderoby Barbie nie mogła skorzystać – wyślizgiwała się z każdej kiecki i spódnicy. Trochę mi żal, że nie trafiły do mnie jej oryginalne ubranka. Stroje od firmy Sekiguchi są bardzo starannie uszyte (o tak równiutkich ściegach i poprawnych proporcjach ubranek Barbie mogą tylko pomarzyć, nawet te kolekcjonerskie) i w przeciwieństwie do matellowskich łaszków, które bazują na workowatych wykrojach i tanich, połyskliwych, łatwo siepiących się materiałach, wiernie nawiązują do współczesnego stylu modnych ulic. Ktoś stwierdził kiedyś, że cała siła Momoko tkwi w ich strojach. Myślę, że tym stwierdzeniem trafił w samo sedno. Tak ładnych i funkcjonalnych ubranek nie ma żadna inna lalka w skali 11 1/5.

       

       

      32883664160_b170fe04e9_z

       


      Z twarzy Momoko przypomina mi długonose postaci z książeczek o Muminkach: Włóczykija, Małą Mi i Mimblę, choć zdecydowanie odróżnia się od nich smukłą figurą. Jej buźka jest młodzieńczo pyzata i mangopodobna, a makijaż cechuje daleko idący minimalizm. Szczególnie wyraźnie widać to po oczach, które prostotą przypominają oczka Steffi love. Przyznaję, że trochę mi to przeszkadza, bo lubię lalki o bystrym, „śledzącym za celem” spojrzeniu. Nie mogę się za to nachwalić proporcji jej ciała – laleczka jest filigranowa i szczuplutka, co pozwala jej skryć się z sukcesem w ramionach każdego, każdziuteńkiego Kena. W objęciach Raidera Momo wygląda jak malutki i nieporadny kwiatuszek. Właśnie taka powinna być rozmiarowo jego oryginalna partnerka.

       

       

      33266582395_d5251b9cfe_z

       


      Momo jest jedyną rezydującą u mnie lalką-nastolatką. Nie mając w sercu miłości do niedorostków nie wlokłam nigdy do domu ani Skipper, ani Stacie ani innych dzieciopodobnych tworów. Momo będzie wyjątkiem na tle moich „starczych” zbiorów. Jedna lolita w stadzie jest w sam raz.

       

       

      32883761450_3e9d5e2e88_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Momoko”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 18:15

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com