Doll land

Wpisy

  • niedziela, 30 października 2016
    • Zjadła kawior i popiła szampanem

      Paniusia. Antypatyczna paniusia z fumami w nosie i wiecznie pogardliwym skrzywieniem ust, która potrafi zwarzyć atmosferę w każdym miejscu, w którym usadzi swoją chudą dupkę. Zimna, odpychająca i nadęta. Buka lalkowego świata. Poppy Parker. 

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Uczucia mam w stosunku do niej ambiwalentne. Kiedy ktoś sypie pochwałami, że ładna z niej dziewucha, to przymykam prawe oko i rzeczywiście, wydaje się niebrzydka, ale kiedy zerknę badawczo lewym ślipiem, to wzrok zatrzymuje mi się na zabotoksowanych ustach i pancernym cycu, co wywołuje niekontrolowane drganie powieki. Cóż za tragiczny dualizm postrzegania rzeczywistości! I bądź tu człowieku mądry, skoro nawet nie wiesz co gościsz pod własnym dachem – biuściaste natchnienie poetów czy raczej potwora z bagien.

       


      Potwór z bagien wkroczył swego czasu z hukiem do show biznesu :)

       


      Decydując się na Poppy liczyłam na to, że porazi mnie nadspodziewaną jakością wykonania, zmasakruje urodą i na koniec przywali jeszcze po łbie pudełkiem, bo tak zacny produkt powinien być opakowany co najmniej w pozłacaną tekturę. Nastawiłam się na ósmy cud świata, ale zapał zdążył zwiędnąć zanim zadziałała niebieska tabletka. Nijak nie pojmuje, czemu wszyscy posiadacze tej modliszki tak się nią zachwycają. Z chęcią podniosłabym jej zalety, ale o czym do licha mam pisać, skoro lalka nie wyróżnia się żadnymi ponadprzeciętnymi właściwościami. Ba, nawet nadprzyrodzonymi nie może się pochwalić - nie świeci w nocy, nie zanosi się wieczorami obłąkanym śmiechem i nawet naczyń w zlewie sama nie pozmywa. Ma co prawda szminkę w kolorze majtek, ale to żaden wyczyn, bo ja mam w szufladzie co najmniej dwie pary majtek w kolorze szminki i jakoś nie czuję, żeby był to powód do zadzierania nosa.

       

      6172d9c70ea2963a789ef9930fa4e89c

      Nadprzyrodzone właściwości? Czy ktoś tu wspominał o nadprzyrodzonych właściwościach?

       


      Zarzut numer jeden – Poppy jest wykonana z mizernej jakości plastiku, który robi wrażenie pustego w środku. Może i jestem na tym punkcie przeczulona, ale lubię, jak mi lalka porządnie leży w ręku, a nie tylko dystyngowanie dynda. Gdyby przyszło mi kiedyś bronić się przed nacierającym mordercą, a pod ręką miałabym same lalki, to po Poppy sięgnęłabym w ostateczności. Takim chuchrem niewiele można byłoby zdziałać. Co innego  figurki od Hot Toys! Nimi można bez problemu wybić napastnikowi oko, a już na pewno ukruszyć kilka zębów. Zapewne lepiej dałoby się je też zaczopować w różnych ciasnych miejscach, ale że to temat na rozmowę w trybie sprośnym, więc zezwólcie zboczyć na właściwe tory.

       

      Drugą naganę dostanie Poppy za bardzo wyraźne i niechlujne linie odlewowe na nogach i ramionach. Dla lalki, obnoszącej się z medalem ekskluzywności, wydawanej w limitowanej liczbie egzemplarzy i powodującej samoistne ściśnięcie się portfela po zakupie, jest to niemały wstyd i ujma na honorze.

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Trzecie bolesne westchnienie kieruję ku jej włosom. Tu nie trzeba specjalisty, by stwierdzić, że są wykonane z podłego surowca. Gdzież to podziała się wmawiana przez producenta elitarność tej lalki? Pewnie zwiała w te same rejony, co mój nos, po zetknięciu z serkiem ołomunieckim. Zwłaszcza, że historia serka jako żywo przypomina mi historię Poppy. A było to tak:

       


      W wakacje młodsza siostra buszowała po Czechach. Jak to bywa podczas wyjazdów zagranicznych, nakupiła różnych cudów w charakterze suwenirów dla rodziny, a że przed podróżą łaskawie zaakceptowała moją prośbę o  przywiezienie jakiegoś czeskiego specjału kulinarnego, to w bagażu znalazł się kącik dla kilku butelek wina, piwa oraz sera, uważanego za wielki rarytas, chlubę regionu ołomunieckiego i dobro eksportowe najpierwszego sortu.

       


      Przysmaki to rzeczy, którymi jedni ludzie lubią się dzielić się z innymi ludźmi. Piwem podzieliłam się w domu z rodziną, ale już ser zaniosłam do wspólnej konsumpcji do pracy. Zachęciłam do wspólnego śniadania najbardziej lubiane koleżanki, o wyznaczonej godzinie zebrałyśmy się przy wspólnym stole i dokonałyśmy uroczystego otwarcia zagranicznego smakołyku. Do podziału gomółki już nie doszło, bo rzekomy rarytas wypuścił z siebie tak intensywny odór, że wszystkim nagle odechciało się jeść, pić i nawet oddychać. Serek tchnął aromatem świeżego i ciepłego jeszcze obornika, który uderzał do głowy oraz wyzwalał potok niecenzuralnych wyrazów, oscylujących wokół czternastej litery polskiego alfabetu.

       

      Smakołyk przyszło natychmiast usunąć z pola widzenia (i wąchania). Ser z Ołomuńca owinięty w trzy warstwy plastikowych torebek udał się honorowo w ostatnią podróż na dno śmietnika, gdzie spoczął, niczym król, wśród innych odpadków. Nigdy więcej nie wspomniałam jego nazwy w towarzystwie. Nigdy!


      Z Poppy aż tak źle nie jest, bo nie śmierdzi, ale sami widzicie, że rozczarowanie w obu przypadkach ma podobny kaliber. Miał być hit, a jest kit. Najprawdziwszy z prawdziwych, kiczasty kit.

       

      1

       

      Ach! Byłabym zapomniała. Gdyby ktoś chciał osobiście przekonać się o sile aromatu czeskiego serka, niech śpieszy do Biedronki, gdzie bez problemu dostanie produkt bardzo podobny do tego, który wylądował na moim stole. Woń jest nieco mniej intensywny, ale dam głowę, że nuty bukietu zapachowego są prawie identyczne (może po prostu biedronkowy ser stroi kwintowo?). Na wszelki wypadek uprzedzam, że lepiej nie otwierać tatałajstwa w pomieszczeniach bez okien.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (24) Pokaż komentarze do wpisu „Zjadła kawior i popiła szampanem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 października 2016 14:11
  • środa, 05 października 2016
    • Ja lalkę tobie, ty lalkę mnie

      Ciekawość to wredna małpa. Kiedy zaczyna bzyczeć nad głową jak komar, to nie ma na nią innego sposobu, jak utłuc. Bo kiedy ukąsi, to żadne drapanie nie pomoże – będzie się człowiek gryzł myślą o nowej lalce póki jej porządnie nie zmaca.


      Gdyby nie ciekawość, to nie szalałabym tak z wymianą lalek w zbiorze. Rzecz jasna część dobytku jest nietykalna (mam dość konkretną potrzebę posiadania stałej ilości ładnych przedmiotów o humanoidalnych kształtach), ale większość to plewy na wietrze – gdy zmieniają się lalkowe mody, to bez pardonu wykopuję niekochane laluchony za drzwi.


      Przez ciekawość wiele razy ściągnęłam do domu lalki piękne inaczej, których wcale nie chciałam mieć na własność. To, czego nie znamy, często wydaje się bardziej kuszące, niż w istocie jest. Zachcianki są jak jętki jednodniówki - latają wysoko i zdychają stadami. Moje były właśnie takie - szybko przyszły to i szybko poszły. Tylko jak już poszły, to nie bardzo było wiadomo zrobić z nadmiarowymi lalkami. Znaczy, wiedzieć, to wiedziałam, tylko jakoś nikt nie chciał takiego badziewia odkupić :P


      Kiedy zaczęłam chodzić na lalkowe spotkania, to w kwestii poznawania nowości zrobiło się dużo łatwiej. Ludzie, którzy uczestniczyli w takich fajnych spędach, przynosili ze sobą całe góry lalek, do których ręce same się rwały. Z możliwościami zbadania okazów, które czymś zaciekawiły, bywało różnie. W przypadku lalek z rodziny Barbie, Pullip czy Fashion Royalty mogłam miętosić do woli prawie wszystko co chciałam, ale jeśli chodzi o lalki BJD, to królowało raczej podejście typu "nie dotykaj" lub "dotykaj z wielką ostrożnością, w białych rękawiczkach". Choć w pełni rozumiem obawy właścicieli (bo lalka może się połamać, bo lalka może się pobrudzić, bo lalka była droga), to jednak trudno mi stosować się do takich zaleceń. Bez kontaktu fizycznego nie ma dla mnie zabawy. Pewnie dlatego ręce czasami nie chcą słuchać rozkazów mózgu i rwą się do dotykania tego, czego akurat nie wolno.


      Najczęstszym uczuciem, które pojawiało się po takich spotkaniach, był niedosyt. Niedosyt rozmów z przyjaciółmi, wynikający z rozdwojenia uwagi pomiędzy nich a lalki i niedosyt macania lalek, spowodowany rozmowami z przyjaciółmi. Naturalną koleją rzeczy po powrocie do domu chciało mi się kontynuacji i jednego i drugiego.


      Jeśli chodzi o kontakt z ludźmi, to sprawa jest prosta. Mam do dyspozycji telefon, maile, komunikator na Facebooku i umiem z nich korzystać. Co do lalek – no cóż, one nie podniosą słuchawki. Zresztą cała ich cenność w tym, że można się nimi bawić.


      Tu wracam do problemu zakreślonego na początku notki – czyli „jeśli chcesz macać do woli, to kup sobie lalę”. Niby prawda, a jednak nieprawda. Bo jeśli nie chcesz napędzać koniunktury przemysłu zabawkarskiego, ale i nie chcesz zrezygnować z bliższego poznania jakiegoś "plastika" czy "żywiczniaka" to wystarczy ruszyć głową, rozejrzeć się wśród znajomych i zaproponować któremuś czasową wymianę.


      Wymiana to genialnie w swej prostocie rozwiązanie, choć związane z ryzykiem. Nie wiem, czy zgodziłabym się pożyczyć swoja lalkę zupełnie nieznanej osobie. Przez nieznanego człowieka rozumiem kogoś, kogo kojarzę, ale z kim nigdy nie miałam bliższych kontaktów, czy to na żywo, czy to w Internecie. Zaufanie to cenna rzecz i trudno jest udzielać go zupełnie obcemu człowiekowi.


      Myślę, że nie miałabym takich obaw w przypadku osób, których nie znam osobiście, ale spotykam się z nimi i rozmawiam w sieci. Miałam okazję przekonać się, że to działa. Czy pamiętacie mój wpis o lalce Dazi May? Przyjechała do mnie gości od Major Mistakes, która nigdy nie widziała mnie na żywo, nie słyszała mojego głosu, ba, nawet nie wie jak smakuje moja strucla makowa, a jednak wbrew zdrowemu rozsądkowi zaufała mi w kwestii powierzenia rudego skarbu  :)


      Do dziś pamiętam jak bałam się, kiedy nadobna własność Major Mistakes jechała do mnie przesyłką pocztową. Gdyby przewoźnik zgubił paczkę lub, nie daj boże, uszkodził, to byłby absolutny koniec świata. Nie zgubił i chwała mu za to, ale jak wiadomo, chytre przypadki chodzą po poczcie i czasami przywłaszczają sobie cudzą własność.


      Znacznie łatwiej jest, gdy na wymianę zgodzą się kolekcjonerzy mieszkający w tym samym mieście. Tu już nie ma niebezpieczeństwa zagubienia lalki, a dodatkowo dochodzi przyjemność spotkania z bliską osobą.


      Ja ten wstęp piszę, oczywiście, nie bez kozery, bo chcę pochwalić się lalkiem przebywającym u mnie na występach gościnnych. Chłopięcie nazywa się Tadzik i wygrało chyba wszystkie konkursy sfochanej śliczności, jakiej do tej pory organizowano, a nawet jeśli nie wygrało, to wróżę mu, że w roku 2017 połowa warszawskiej dzielnicy Grochów będzie mu jadła z ręki. Obecność Tadzia zawdzięczam nieobecności Taeyanga Taichi, który wybył z domu w calach romantycznych (czyli mówiąc wprost, pojechał do Balbinki z Dollsforum podrywać Pullipy).


      29838569860_334780a384_z

       

      Tadzio jest Isulem, więc już na wstępie został przejęty przez dziką bandę Taeyangów, która ma w planach rozpuścić go jak dziadowski bicz, nauczyć kilku soczystych przekleństw i przede wszystkim podtuczyć, bo Tadzio to chucherko.


      30133775095_0eef33c0d5_z

       

      To pierwszy raz, kiedy mam możliwość nacieszyć się Isulem dłużej niż kilka godzin (aaaaa, całe dwa tygodnie!) i muszę ze smutkiem wyznać, że w związku z tym moje niedawne ciągoty ku Dalom zupełnie wzięły w łeb. Przez te oczy brązowe, brązowe, zwariowaaaałam!


      29505146293_f059bd085c_z

       

      Tadzio jest tak słodki, że rozpływam się już na wstępie. Podoba mi się bez zastrzeżeń i rozczula, jak wszystkie stworzenia o wielkich ślepiach (a jak są jeszcze chuderlawe i zamorzone głodem, to już w ogóle).


       

      12353995_1243322659017999_1017565147_n

      Oto przykład typowego głodnego bidula z dużymi oczami. Jeśli ktoś czuje ukłucie dobroci w sercu, to niechaj go nakarmi i pocieszy, bo jak widać chłopeczek jest smutny i znękany, jak również zziębnięty, bo ktoś mu ostatnią koszulę świsnął, a kłaczki na klacie ma rzadziutkie. Także jest potencjał dla czynów samarytańskich.

       

      Tadzio brzuszek ma wklęśnięty (sprawdziłam!), a ponadto patrzy swoimi ogromnymi ślepkami tak litościwie, że człowiek by się z chęcią żyletką pociął, aby mu jeno zrobić przyjemność. A to, że robi jednocześnie wrażenie małej i wiecznie skwaszonej zarazy, to dodatkowy czynnik napędzający silniki mojej miłości.


      29505470634_52d95049db_z

      Brum, brum, brum - to mruczą silniki miłości :P

       

      Mieć w domu takie rozkoszne małe gówienko to sama przyjemność, no może za wyjątkiem momentu, kiedy trzeba będzie je oddać prawowitemu właścicielowi. I nie ma, ani nie będzie miało znaczenia to, że do takiego pożyczonego bąbla się człowiek przywiąże. Chyba, żeby zawłaszczyć go przez zasiedzenie (lub zamacanie).


      29505538944_f299b335a5_z

       

      Mając pięknego Tadzia na wyciągnięcie ręki zastanawiam się, czy nie dałoby się do naszego środowiska wprowadzić tradycji lalkowej wymiany. Przekazanie komuś swojej lalki wcale nie jest takie straszne, jeśli uświadomi się temu człowiekowi, czego nie należy robić, żeby jej nie zepsuć. Można w tym celu zrobić listę zakazów, choćby taką:

      1. Nie dawać do zabawy dzieciom, psu, kotu i mężowi,

      2. Nie trzymać nad palnikiem podczas gotowania posiłku,

      3. Nie używać do udrażniania rur,

      4. Nie spożywać bez uprzedniego umycia pod bieżącą wodą

      5. I tak dalej, i tak dalej.


      Myślę, że mało jest wśród nas osób niefrasobliwych, które pomiatałyby pożyczonym przedmiotem. O pożyczone zazwyczaj dba się bardziej niż o własne, prawda? Nie można jednak wykluczyć zdarzeń losowych, które jak koty, chodzą własnymi drogami. Jeśli na lalkę ma spaść samolot z prezydentem to nawet nawet wróż Maciej może tego nie przewidzieć, zatem nie ma co się bać na zapas.


      Na koniec pytanie, którego w kontekście powyższego wpisu nie mogę nie zadać. Jak zapatrujecie się na pomysł lalkowej wymiany? Czy miałaby szansę zaistnieć na szerszą skalę?


      29311268336_9d4be10ee0_z

       

      Aha - jeśli chodzi o tłumaczenie notki na angielski, to właśnie je utrupiłam, poprzez wywalenie pliku, na którym pracowałam, z dysku. Spróbuję odratować je na piątek, więc jeśli komuś na nim zależy, to niech zagląda przed sobotą.


      29106407771_f1e3cb5cfe_z

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Ja lalkę tobie, ty lalkę mnie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      środa, 05 października 2016 21:46

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com