Doll land

Wpisy

  • niedziela, 05 marca 2017
    • Momoko

      Po rozpakowaniu mattelowskiego zestawu „Jude Deveraux” jęknęłam i posmutniałam jak górnik, któremu żona kazała przed świętem Barbórki wleźć do balii i wyszorować się na glanc ryżową szczotką. Urodziwy pan lalek okazał się o pół głowy niższy od swojej partnerki. Różnica wzrostu uwypukliła się po ustawieniu tej dwójki w witrynie, w związku z czym, chcąc – nie chcąc, rozdzieliłam zakochanych, bo stojąc w parze wyglądali zbyt komicznie. Ona – jasna panienka o delikatności motylka i mlecznej cerze, spoglądająca na swojego napakowanego ukochanego z perspektywy żyrafy i on - konusik, o rozbudowanych ambicjach, potężny wszerz, choć pewnie wolałby wzdłuż.  



      Tego, co złączył Mattel, nie powinno się rozdzielać, ale lekce sobie ważę tę zasadę, bo moja krnąbrna natura nie godzi się na zestawianie niekompatybilnych połówek. Nie będę gnębić lalek rażącym niedopasowaniem tylko dlatego, że tak zachciało się producentowi. Wręcz przeciwnie, z dziką rozkoszą rozbiję łańcuch lalkowego zniewolenia, wymieszam lalki między sobą i tak je po kątach poustawiam, że nikt, kto do mnie zawita, nie zgadnie, z jakiego pudełka która pochodzi! Ha!



      Lubię wsadzać paluchy w świeżo zaczynione ciasto, mieszać w garnkach i motać wśród lalek. Właśnie dlatego wykluł mi w głowie pomysł ukonstytuowania u boku Raidera Momoko – laleczki w stu procentach odpowiadającej mu wielkością, choć pochodzącej z innego kontynentu i obcego mu kulturowo środowiska (dla przypomnienia, on pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ona – z Japonii). Zastąpiłam jeden dysonans innym dysonansem i bardzo mi z tym dobrze!

       

       

      32452052323_9fb16e5b1c_z

       


      Momoko to dla mnie lalka nieoczywista pod kątem posiadania i słabo rozpoznawalna „w stadzie”. Jestem perfekcyjnym momokowym profanem – wszystkie Momo wydają mi się identyczne, pomimo różnic w stroju, kolorze włosów i makijażu. To chyba jakiś rodzaj lalkowego daltonizmu, bo kiedy spojrzę na grupę Momoczek - widzę odbitą w kilku egzemplarzach sztampę. Taka lalkowa krótkowzroczność to rzecz dość smutna, ale za to pozwalająca na swojego rodzaju oszczędność - do szczęścia wystarcza mi nie więcej niż jedna taka lalka. Momokowy daltonizm pomógł mi też przy wyborze tej właściwej - po prostu kupiłam pierwszą lepszą, która napatoczyła się w znośnej cenie, bez parcia w kierunku jakiegoś szczególnie wyjątkowego egzemplarza.

       

       

      33266687095_3b32c5e86e_z

       


      Do Momoko czaiłam się jak pies do jeża, bo przez długi czas odstręczała mnie myśl o jej kruchości. Jak z przekonaniem twierdzą posiadacze tej zabawki, Momo cierpi na zaawansowaną osteoporozę, co najjaskrawiej przejawia się w okolicach kostek u nóg. Są one podatne na złamania i ukruszenia, nawet jeśli lalka jest troskliwie przechowywana w pudełku. Takie informacje nie napawały mnie szaloną chęcią, by przygarnąć jakiegoś potencjalnego połamańca pod swój dach. A jednak zmieniłam zdanie za przyczyną poznanej na OLX warszawskiej kolekcjonerki. Dzięki możliwości odbioru osobistego zdecydowałam się otworzyć serce na chrupką mamzelkę, pomimo tego, że była ruda (nie lubię rudego!) i uszkodzona w okolicach chudej pęcinki.

       

       

      32451949023_668029266f_z

       


      Nadłamaną nogę Momo udało się dość ładnie skleić i oszlifować, co napełniło moją poczerniałą, psujowatą duszę niemałą dumą.  Aby oszczędzić sobie w przyszłości widoku zaklajstrowanego uszkodzenia zapakowałam Momoczkę w buty za kostkę, aby na wieki zakryć jej wstydliwy sekret.

       


      Z ubraniami dla Mo nie było większych problemów - sukienkę odziedziczyła po chudym kloniku Ori princess, a buty po Pullipie. Z garderoby Barbie nie mogła skorzystać – wyślizgiwała się z każdej kiecki i spódnicy. Trochę mi żal, że nie trafiły do mnie jej oryginalne ubranka. Stroje od firmy Sekiguchi są bardzo starannie uszyte (o tak równiutkich ściegach i poprawnych proporcjach ubranek Barbie mogą tylko pomarzyć, nawet te kolekcjonerskie) i w przeciwieństwie do matellowskich łaszków, które bazują na workowatych wykrojach i tanich, połyskliwych, łatwo siepiących się materiałach, wiernie nawiązują do współczesnego stylu modnych ulic. Ktoś stwierdził kiedyś, że cała siła Momoko tkwi w ich strojach. Myślę, że tym stwierdzeniem trafił w samo sedno. Tak ładnych i funkcjonalnych ubranek nie ma żadna inna lalka w skali 11 1/5.

       

       

      32883664160_b170fe04e9_z

       


      Z twarzy Momoko przypomina mi długonose postaci z książeczek o Muminkach: Włóczykija, Małą Mi i Mimblę, choć zdecydowanie odróżnia się od nich smukłą figurą. Jej buźka jest młodzieńczo pyzata i mangopodobna, a makijaż cechuje daleko idący minimalizm. Szczególnie wyraźnie widać to po oczach, które prostotą przypominają oczka Steffi love. Przyznaję, że trochę mi to przeszkadza, bo lubię lalki o bystrym, „śledzącym za celem” spojrzeniu. Nie mogę się za to nachwalić proporcji jej ciała – laleczka jest filigranowa i szczuplutka, co pozwala jej skryć się z sukcesem w ramionach każdego, każdziuteńkiego Kena. W objęciach Raidera Momo wygląda jak malutki i nieporadny kwiatuszek. Właśnie taka powinna być rozmiarowo jego oryginalna partnerka.

       

       

      33266582395_d5251b9cfe_z

       


      Momo jest jedyną rezydującą u mnie lalką-nastolatką. Nie mając w sercu miłości do niedorostków nie wlokłam nigdy do domu ani Skipper, ani Stacie ani innych dzieciopodobnych tworów. Momo będzie wyjątkiem na tle moich „starczych” zbiorów. Jedna lolita w stadzie jest w sam raz.

       

       

      32883761450_3e9d5e2e88_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Momoko”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 18:15
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Uparciuszysko

      Mam w domu kilka lalek, z którymi non-stop bawimy się w złą macochę i Kopciuszka - ja ze wszelkich sił próbuję wygonić je w świat, a one jak ten rzep na psim ogonie, trzymają się półek i za nic dają się stamtąd zegnać. Wypróbowałam już kilka sposobów usuwania tego plastikowego balastu, ale żaden nie poskutkował. Kiedy wrzucam takie lale na Allegro, to mogę mieć pewność, że pojawi się kilku obserwatorów, ale ani jeden licytujący, a kiedy proponuję komuś wymianę, to finalnie i tak kończę w punkcie wyjścia, bo ludzie w ostatniej chwili wycofują swoje propozycje. Czego by nie zrobić – te zdradliwe, plastikowe zarazy i tak postawią na swoim i nie dadzą się wykurzyć za próg (co najwyżej zagnać do „pudła hańby”).

       

      Stare, chińskie przysłowie głosi: "Skoro nie możesz pozbyć się wroga, to spróbuj zwyciężyć go miłością"* Inaczej mówiąc - skoro już jesteś na coś skazany, to obrażaj się na nielubiany przedmiot a spróbuj go polubić. To, że  każda rzecz dysponuje pewnymi chwalebnymi przymiotami, trochę ułatwi sprawę.

       

      Wychodząc z tego  punktu widzenia spróbuję zacząć od pochwał w kierunku przedstawianej dziś, wielce nielubianej laleczki. Mogę na przykład napisać, i zrobię to zupełnie szczerze, że ma ładne oczy. Fioletowe tęczówki z purpurową plamką nie są powszechne wśród Barbie, a ona ma to szczęście, że dostała właśnie takie urokliwe kolorystycznie patrzałki. Gdyby przebrać ją w dothracki strój i dać na ramię smoka, to może mogłaby nawet udawać Daenerys Targaryen (tu pozdrawiam fanów cyklu "Pieśń lodu i ognia". A żeby nie było, że mi się na blogu zagnieździła nierówność społeczna i wykluczenie, to wszystkich pozostałych też pozdrawiam).

       

       

      32549577301_00fb0239c2_z

       

       

      32518874122_f4888b3922_z

       

       

      32518939442_3651db675c_z

       

      Plusik należy się jej także za długie, platynowo-słomkowe włosy. To trudny kolor i nie każdej przedstawicielce płci pięknej pasuje. Dobrze wiem co mówię, bo przez pewien czas miałam taką bladą łepetynę i w opinii znajomych i bliskich wyglądałam jak śmierć na chorągwi. Dlatego teraz szczerze doceniam każdą kobitkę, która umie z sukcesem nosić na sobie taką barwę.

       

      Gdyby te obłędne włosy skombinowano z mleczną cerą, to już dawno jęczałabym z zachwytu, ale nie – twarz i ciało laleczki są różowiutkie jak skórka na małym prosiaku. Niby żaden wielki zarzut, ale o szlachetności wyglądu w takim kontekście mówić się już raczej nie da.

       

      Nie da się też ukryć, że lalka należy do serii świątecznej (Holiday Barbie), w której przez lata trafiały się szlachetniejsze i mniej szlachetne wypusty. Moja Barbie należy do pośledniejszych lalek, które nie są zbytnio cenione przez kolekcjonerów. Szperając po Internecie znalazłam stronę poświęconą wycenom Holidayek (http://happyholidaybarbies.blogspot.com/p/blog-page_8.html), gdzie moja platynowłosa plasuje się na najniższych miejscach listy. Czy jest brzydsza od pozostałych koleżanek z serii? Chyba nie. Znaczenie może mieć to, że wydano ją w dużej liczbie egzemplarzy, bardzo rzutującej na popularność lalek.

       

       

      31828877114_7f9c398d5f_z

       

       

      32631140116_ae701bbc9c_z

       

       

      31828955244_c509897640_z

       

      Holidayka jest dla mnie lalkowym symbolem zimy i świąt, które odeszły od nas wraz z choinkami kilka dni temu. Zgodnie z tradycją tradycji ustrojone drzewka mogą stać w domach do 2 lutego, czyli Święta Ofiarowania Pańskiego, zwanego popularnie świętem Matki Boskiej Gromnicznej. Tego dnia rozbiera się choinkę stojącą na Placu św. Piotra w Watykanie, zamykając symbolicznie okres bożonarodzeniowy.

       

      Moja choinka wyprowadziła się już do ogródka, a Holidayka – no cóż – wlazła z powrotem do witryny, aby za rok znów dać mi powód do jojczenia jak to za nic nie mogę usunąć jej z domu ;)

       

       

      32631244486_accd3e5de8_z

       

       

      32292651510_162bdaf28d_z

       

      * - stare, chińskie przysłowie zostało wymyślone na potrzeby dzisiejszej notki :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Uparciuszysko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 09:07
  • sobota, 28 stycznia 2017
    • Roszpunka

      Jak to z bajkami Disneya jest dziwnie - wizualnie są piękne, a treściowo - mdłe. Ostatnią, na której zatrzymałam się w animacyjnym rozwoju była "Piękna i bestia", która, o zgrozo, niedługo trafi znów na ekrany kin; tym razem w wersji aktorskiej. Już czuję swąd odgrzewanego kotleta, choć może jest to tylko dusząca woń smogu, który od ponad miesiąca panuje w majestacie nad Warszawą.

       

       

      W zasadzie nie śledzę już disnejowskich nowości, ale czasami coś tam sobie jednak obejrzę, jak choćby "Zaplątanych", którzy zaskoczyli mnie ponadprzeciętnie przystojnym bohaterem i popsutą jak wnętrze próchniczego zęba, złą macochą. Tego pierwszego ściągnęłam do domu, tej drugiej jakoś się nie udało. No i ku mojemu ubolewaniu, mam poważne braki w zakresie Roszpunki.


       

      1

       

       

      Julek/Flynn bez Roszpunki robi wrażenie zagubionego, więc podrzucenie mu partnerki jest, w pewnym sensie, sprawą kluczową i nie cierpiącą zwłoki. Idąc na łatwiznę mogłabym przysposobić którąkolwiek z łatwo dostępnych Roszpunek od Hasbro, ale co na jakąś spojrzę w sklepie, to mi się łeb sam w drugą stronę odwraca. Księżniczek od Simby nawet nie biorę pod uwagę, a oryginalne, disney-storowskie "Raszple" były i nadal są drogie, więc mój melancholijnie skrzywiony Julisław Flynnowicz Bezroszpunkow musi póki co tolerować substytut.


      Substytut w ogóle nie jest podobny do oryginału, ba, nawet nie jest lalkową kobietą, ale ma bezsprzecznie najdłuższe włosy w lalkowym towarzystwie i lubi od czasu do czasu nosić warkocz, więc imię pasuje do niego jak ulał.


       

      32528212496_04a059de49_z

       

       

      Zanim Roszpunka został ochrzczony Roszpunką, przekradał się przez życie pod innymi imionami. Na początku miał być z niego Lolo, ale brzmiało to niepoważnie i pachniało mi tanią knajpą, gdzie non-stop serwuje się  grochówkę, więc został przemianowany na Jerzego. Jerzy utrzymał się w siodle z miesiąc czy dwa, czyli do czasu, kiedy znajoma osoba nie rzuciła w jego kierunku imieniem: "Jarosław", które na jakiś czas przylgnęło do jego skóry, ale opadło jesienią na rzecz Piętaszka. Piętaszek zmył się razem z listopadowymi deszczami i nastało imienne bezkrólewie, które zakończyło się w momencie, gdy bezimienny założył na głowę nową perukę. Po jej zapleceniu w warkocz stało się jasne, że były Piętaszek od zawsze był Roszpunką i Roszpunką już zostanie.


       

      32416258502_5eeccaacb8_z

       

       

      Roszpunka z racji swoich gabarytów, nijak nie nadaje się dla Julka, więc stoi półkę niżej niż on, w towarzystwie innych gigantów, udając, że jest dobrotliwą i przyjacielską lalką. Trochę mu to nie wychodzi, bo twarz ma osowiałą, jakby cierpiał na jakieś kompromitujące dolegliwości gastryczne. Znajoma, z którą bardzo, ale to bardzo się nie lubimy, twierdzi, że to zbolała mina kota, który nażarł się za dużo wątróbki i dostał zatwardzenia. Ja wolę mówić, że Roszpunkę gnębi ból zęba i polip w nosie, ewentualnie naoglądał się za dużo "Zmierzchu", co spowodowało u niego permanentny smutek i zniechęcenie.


       

      32416239292_de3f931e4e_z

       

       

      Roszpunka pławi się w swoim ponuractwie jak rybka w stawie i nie ma zamiaru przywoływać na twarz uśmiechu. Co ciekawe, taką tendencję przejawia większość moich lalek. Chyba najbardziej lubię właśnie te o neutralnym wyrazie twarzy, choć u początków mojej działalności zbieraczej prym oddawałam wesoło wyszczerzonym superstarom. Dziś moje półki goszczą głównie smutnych panów i panie, a radosnych lalek ubywa z każdym rokiem. Uśmiechnięte są dla mnie za mało uniwersalne. Smutasy lepiej wypadają w  obiektywie aparatu i często do nich wracam, podczas gdy wesołe, jedna za drugą, wskakują na Allegro i odpływają w nieznane.


       

      31725222464_c4c42bd878_z

       

       

      Zastanawiając się, co właściwie chciałam przekazać Wam w dzisiejszej notce, spojrzałam w lustro - i już wiem! Czy te wszystkie melancholijnie - smutne lalki, które u nas rezydują, nie przypominają nas samych, tuż po porannym zerwaniu się z łóżka, kiedy trzeba szybko wyszykować się do pracy? Daję głowę, że o szóstej rano w poniedziałek wyglądam toczka w toczkę jak Roszpunka (nawet stawy skrzypią mi prawie tak jak jemu), z tym że nieco bardziej przypominam zombie. Z odrętwienia budzę się dopiero w biurze, w okolicy godziny ósmej, już po wlaniu w siebie kubka kawy i przegryzieniu jakichś kalorii. Poranne wstawanie zimą nie jest moją ulubioną formą rozrywki, oj nie, ale jeszcze mniej ciepła w sercu żywię dla dojazdów komunikacją miejską, kiedy trzeba się kisić w towarzystwie ludzi o smutno wyciągniętych w dół twarzach. W porannych autobusach śmiało można by kręcić film o depresji. Dlatego wolę te wieczorne, choć można się w nich często natknąć na panie i panów, którzy popijali napoje rozweselające. Komunikacja miejska to temat na dłuuugie opowieści, które już plączą mi się pod językiem, ale ja tu przecież powinnam nawijać krótko i na temat, czyli o lalkach, a nie o bzdetach i bólach okołoporodowych :) Obiecuję poprawę, szczerze i zdecydowanie, tyle, że jeszcze nie teraz, bo jeśli od czasu do czasu nie dostanę słowotoku, to się zaduszę.

       

       

      32189982630_e752f58994_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Roszpunka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2017 15:30
  • piątek, 06 stycznia 2017
    • Dwugłowy potwór, co ma w karku otwór

      Jako nałogowy przeglądacz okazji na Allegro i Olx oraz łapacz przecen, oferowanych przez internetowe sklepy z zabawkami, muszę ze smutkiem stwierdzić, że w Polsce skończyła się już definitywnie moda na My Scene. Jeszcze do niedawna lalki te można było dostać dosłownie wszędzie - zarówno te pudełkowe jak i używane; obecnie ich zasoby drastycznie się skurczyły. Przeszukiwanie stron z rozszerzeniem "PL" pozwala trafić na pojedyncze egzemplarze z najpopularniejszych serii, ale o tych z "wyższej półki" można zapomnieć. Nie chcę krakać, ale wydaje mi się, że już niedługo Scenki będą kosztowną rzadkością, sprowadzaną z eBaya i innych zagranicznych serwisów.


      Przestraszona perspektywą ich całkowitego zniknięcia zadecydowałam o ściągnięciu jednej z Allegro, póki jest to jeszcze możliwe. Zależało mi na egzemplarzu w idealnym stanie, żeby poczuć przez chwilę to, co czuły dzieci, dostając do swoich rąk tak kolorowe i bogato wyposażone lalki. Oczywiście Scenki już do mnie w przeszłości trafiały, ale wszystkie dotkliwie poranione w zabawach z małoletnimi i nagusieńkie, a mnie oprócz lalek zależało na pełnym i niezniszczonym stroju. 


      Allegro zaproponowało dwa warianty zapudełkowanych lalek - Scenki z serii "Street art" i "Swappin' styles". Padło na tę ostatnią, z powodu osobliwości zestawu, składającego się z ciała oraz dwóch wymiennych główek i dodatkowego ubranka. Pewne znaczenie miało też to, że swappianka otrzymała karnawałowo skrzący się, a więc modny i na czasie, makijaż. Tyle brokatu, ile sypie się z jej (ich?) twarzy, nie widziałam nawet przy odpakowywaniu ozdób choinkowych!


       

      1


       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      Wymienne głowy u matellowskich lalek to lubiany w firmie patent - do tej pory wypuszczono takich dziwadełek kilkanaście, w tym sporą część właśnie w serii "My Scene". Wielkogłowe dziewczęta eksperymentowały także z rosnącymi ciałami (Growing up glam), zmianą wyrazu twarzy (Fab Faces), a nawet wymiennymi twarzami (Lots of looks). Gdybym miała możliwość, to chętnie przygarnęłabym którąkolwiek laleczkę z każdego z tych wypustów. Pomysły, które za nimi stoją, są jak dotknięcie palcem szalonego boga - na poły przerażają i jednocześnie uwodzą swoją śmiałością.

       

      1

       


      1


      1

       

       

      Póki moja lalkowa zbieranina nie została jeszcze skażona obecnością pokazanych wyżej potworów*, mam czas, by nacieszyć się z dwugłowego maszkarona, którego wbrew własnym zasadom nie odczepiłam na razie od macierzystej tekturki. Muszę przyznać, że całkiem ładnie na niej wygląda, pomijając skołtunione od nowości włosy, cisnące się we wszystkie możliwe zakamarki pudełka.

       

      W związku z tym, że całkowicie ominął mnie hype na Scenki, dopiero dziś odkrywam, że były to całkiem przyjemne, choć oczywiście kontrowersyjne lalki. Ich przesadzone makijaże i kuse, fikuśne stroje nie raz wywołały internetowe debaty. Nie znam innych lalek, które w czasie, gdy interesowałam się już zabawkami "na poważnie", siały równe Scenkom zgorszenie. Kontrowersyjność bezspornie przyczyniła się do ich ogromnego sukcesu, zakończonego bolesnym upadkiem i dyskontynuacją linii.

       

      Dziś, kiedy wspomnienie ich świetności nieśmiało wystawia głowę z lamusa, na wielkogłowe panienki patrzy się znacznie czulej, a nawet z nutą melancholii. Jakież one miały fantazyjne stroje! Koronki, lateks, kolorowe tasiemki, jeans - wszystkie te materiały były kombinowane w setki odważnych kreacji, do których wzdycha dziś niejeden kolekcjoner, nawet jeśli nie należał do miłośników Scenek.

       

      Obdarte ze swoich fantastycznych strojów Scenki nie robią tak potężnego wrażenia jak wersje pudełkowe. Ich ciała widzieliśmy już wiele razy, bo przecież to standardowe, matellowskie kadłubki, na których rezydowały liczne jak szarańcza Barbiowate z innych playlinowych serii.  Scenkowe dziewczęta odróżniały się na ich tle tylko "rozdętymi" główkami o nierealistycznych rysach twarzy i właściwie to tyle, jeśli chodzi o ich "innowacyjność".

       

      Scenkowi panowie (scenarzyści?) mieli więcej szczęścia u projektantów, bo ich wielkie łepetyny nasadzono na odpowiednie rozmiarem ciała, które w dodatku całkiem nieźle się zginały. Nie dziwota, że mieli rwanie u koleżanek - któraż dziewoja nie byłaby oczarowana młodzieńczą twarzą, fryzurą w typie "dziś czesał mnie kot" i silnymi, męskimi ramionami, które bez problemu mogą otoczyć jej kibić?

       

       

      1

       

      Scenkowie mieli jeszcze jedno przezacne zastosowanie - otóż w sam raz nadawali się na partnerów dla wielkogłowych lalek z przeszłości - Fleur i Sindy bardzo wdzięcznie wyglądają w ich objęciach i wcale nie razi, że takie oblubienice są kilka razy starsze od młodzieńczych Don Juanów.

       

      Sindy i Fleur u mnie brak, więc chcąc uchronić jedynego męskiego przedstawiciela scenkowego gatunku od starokawalerstwa ... przylutowałam go drucikami go do tekturki, na której przebywa jego dwugłowa połówka, narzucona przez Mattel. Nie uwolniłam jej z oków opakowania, bo mam wrażenie, że nie dam rady znaleźć jej lepszego tła niż złota ściana, na której ją umocowano.

       

      Żartowałam ;) Żadna lalka nie uchowała mi się w pudełku dłużej niż pół dnia. Scenki uwolniłam prawie zaraz po odebraniu paczki z przesyłką od listonosza :)

       

       

      1

       

       

      1


       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

      Błogosławiony między niewiastami :) Bidul jest zmuszony, by chodzić na podwójne randki z dwoma różnymi wcieleniami tej samej dziewczyny. Doprawdy nie wiem jak sobie z tym radzi psychicznie.

       

      * Wszystkie zdjęcia nietypowych Scenek znalazłam i pobrałam z najbardziej chyba znanego scenkowego bloga w Internecie, czyli http://wyscene.blog.cz/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Dwugłowy potwór, co ma w karku otwór”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 06 stycznia 2017 14:32
  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Maroko

      Krążąc paluchem po mapie świata nigdy nie zatrzymałam się dłużej na Maroko. Wolałam wyobrażać sobie inne kraje, do których kiedyś pojadę - Indie, Japonię, Chiny, ale przede wszystkim Peru, przez które płynie rzeka Ukajali, gdzie wieczorami dzieciom do snu śpiewają ryby. To sprawka Arkadego Fiedlera, który wzbudził we mnie namiętność do południowych, porośniętych tropikalną puszczą krain, nadal zamieszkiwanych przez plemiona, którym nie są potrzebne do szczęścia wynalazki współczesności.


      Na razie nie mogę pochwalić się, że płynęłam po Ukajali, tropiąc ślady Fiedlera (swoją drogą, jakież on miał ekscentrycznie piękne imię - Arkady!), ale na pocieszenie obracam w ręku lalkę z serii "Dolls of the World", która reprezentuje, jakże by inaczej, Maroko :)


       

      1


      Marokanka jest jedyną lalką Barbie z facemoldem Christie, którą mam na stanie. Choć typ twarzy, którym czaruje, jest bardzo lubiany przez kolekcjonerów, nadspodziewanie długo nie umiałam go zaaprobować. Myślę, że wydawał mi się zbyt ciężki, a przez to odpychający niczym socrealistyczna rzeźba z sierpem w dłoni. Zmiana opinii nastąpiła dopiero w momencie, gdy zobaczyłam po raz pierwszy Christie o jaśniejszej, niż zwykle to bywa, karnacji. To właśnie był klucz do zrozumienia sprawy - bo to wcale nie mold był brzydki, tylko ja nie lubię mattelek o bardzo ciemnej skórze. Ta zasada w ogóle nie działa, jeśli chodzi o lalki od innych producentów. Dajcie mi pierwszą lepszą Adele Makeda i będę śpiewać o swojej radości z najwyższego dachu w Warszawie, ale lalki od Mattel - nie, te lalki lubię co najwyżej w wersji "mulatka/mulat".


      Marokanka wygląda, jakby wybielał ją w mydlinach sam wielki mistrz zakonu praczy, Zygmunt Chajzer, a co za tym idzie, z sukcesem wychodzi naprzeciw moim wymaganiom co do odpowiedniego odcienia skóry. Głęboka czerń skryła się tylko w jej włosach i obramowaniu oczu, które na wschodnią modłę pociągnięte zostały kohlem.


      1

       

       

      Biblijna maksyma, przełamana przez moją niepamięć do klasycznych tekstów, głosi: "Temu, kto ma, będzie dane jeszcze więcej" - i rzeczywiście, laleczka oprócz urody dostała jeszcze wyróżniający się strój. Można powiedzieć, że jej ubiór wręcz rwie oczy, a to przez nasycenie jaskrawym, różowym kolorem, przełamanym w niektórych miejscach złotym błyskiem ornamentu lub biżuterii.

       

      Bogactwo wizualne nie przepada za konkurencją - Marokanka wymaga stosownego wyeksponowania, bo schowana w tłumie, zamieszkującym moją witrynę, niknie i gaśnie, tracąc swoje właściwości ozdobne. A tu klops - bo od zawsze brakowało mi w domu półeczki, na której mogłabym ją z honorami umieścić. Głowiąc się nad nową lokalizacją, której nie byłam w stanie zapewnić, dałam się już ze dwa razy ponieść emocjom i wrzuciłam Marokankę na Allegro. Wtedy przyszły rozterki, bo przecież lalka jest urodziwa i możliwe, że tęskniłabym po jej utracie. Już ja dobrze znam to uczucie! Nieraz przez decyzje "na szybko" pozbywałam się fajnych okazów z kolekcji, a później śniły mi się one nocami, doprowadzając mnie do stanu wrzenia. Dlatego,  zamiast podejmować po raz kolejny pochopną decyzję, schowałam powód rozterek do pudła z nieużywanymi lalkami i pozwoliłam sobie zapomnieć o nim na pół roku.  Przez ten czas umysł ochłódł na tyle, by powrócić do stanu równowagi, w którym problemy związane z brakiem porządnego lokum dla lalek nie popychają do bezmyślnego trzebienia stada.


      Myślę, że stało się dobrze. Marokanka co prawda nadal kisi się w ciasnocie witryny, ale od pewnego czasu ma u swego boku "mrocznego krzyżowca", który wbrew swojemu powołaniu nie tylko nie planuje walk z saraceńskimi rycerzami, ale za sprawą hożej dziewoi myśli raczej o zapuszczeniu korzeni i otoczeniu się rodziną. Tak to już z plastikami bywa - ani się obejrzysz, a one już połączyły się w pary :)



      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Maroko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 18:52
  • niedziela, 25 grudnia 2016
    • Jaka brzydka!

      Wierzcie mi, drodzy czytelnicy, lub nie wierzcie, ale gdybyście poznali mnie ładnych kilka lat temu, to pewnie uznalibyście, że jestem członkiem subkultury gotyckiej. I bardzo słusznie! Dziś po dawnym wyglądzie zostało już tylko wspomnienie, ale w szafie nadal wisi kilka czarnych sukienek, w których zadawałam szyku na Castle Party i zlotach DarkPlanet, czyli pierwszego i największego chyba w Polsce portalu zrzeszającego wielbicieli ciężkich brzmień, dań z kota i potańcówek w zadymionych i pitnym miodem płynących poznańskich klubach.

       

      Lata buntu i biegania po mieście w skórzanych płaszczach i glanach mam już dawno za sobą, ale serce nadal pika mi w szybszym rytmie, gdy w polu widzenia objawi się obraz nawiązujący do młodzieńczej stylistyki, a już szczególnie, jeśli jest to obraz lalkowy podobny poniższemu:

       

      01

       

      "Hola, hola!" - zakrzykniecie - "Ale co wspólnego ma to niewyględne lalkowe oblicze ze stylistyką gotycką?"

       

      Tak na dobrą sprawę, to niewiele (poza ekspresyjnym makijażem oczu, bliskim niejednemu goth-artyście), ale wiecie-rozumiecie, chciałam zacząć dzisiejszy blogo-wpis od jakiegoś fajnego wstępu, a że wstępów pisać nie umiem, to po raz kolejny włączyłam tematykę wspominkową. Wybaczcie mnie nieszczęsnej (i obżartej do granic wytrzymałości sernikiem, makowcem i keksem)! Obiecuję, że dalej będzie w miarę logicznie i bez wtrętów nie na temat (baju, baju...).

       

      A zatem - lalka jaka jest, każdy widzi. Miała być zapewne pełnoprawnym matellowskim superstarem, ale coś poszło nie tak i zamiast ślicznej księżniczki/królewny/astronautki/baletnicy/dżokejki narodziło się coś zupełnie innego, mającego wyraźne ciągoty ku czerwonym szminkom i artystycznie rozmazanej kredce do oczu.

       

      Dziwolążek został odkryty na Allegro, skąd przyjechał do mnie bez żadnych przeszkód, bo nikt inny go nie chciał. W zaufaniu przyznam się Wam, że liczyłam na to, że brzydula okaże się jakimś niezmiernie rzadkim meksykańskim, barbiowatym wypustem, ale jednak nie - ta lalka to zwykły, nikomu nie znany klon.

       

      Tu muszę zrobić wyznanie: "Ach, jakże kocham klony!" Nie są one z pewnością trzonem kolekcji, ale trzymają się w niej mocno. Klony to tajemnicze stworzenia - w większości przypadków nie wiadomo kto powołał je do życia i skąd przybyły. Można je oceniać na podstawie tego, co się widzi, słyszy i (ewentualnie) wyczuje nosem. W przypadku mojej paskudy zapach niczego nie podpowiada, za to wrażenia wzrokowe są ciekawe, bo lalka jest strasznie dziwaczna :)

       

      Nietypowy makijaż to tylko pierwsza z jej "zalet". Kolejnymi są:

       

      1. Wysokie czoło:

       

       

      1

      Oj, można by o takim czole pisać pieśni lub wiersze. Lub poematy epickie.  Trzynastozgłoskowcem. Jak prawdziwy mistrz :)

       

      2. Pusty, "dmuchany" korpus:

       

       

      1

      Mówi się, że piękne kobiety (czyli "lalki"!) są puste w środku. No to ja mam złą wiadomość dla tych, co wierzyli, że te brzydkie są inne. Otóż nie! One także mogą być pustymi lalami z ubogim wnętrzem, jak widać na zaprezentowanym przykładzie :P

       

       

      3. Rąsie, które umieją miękko, niczym płatek śniegu, opaść na biodra, bo są z gumy:

       

       

      1

       

       

      4. Egipskie hieroglify na plecach, będące zapewne śladem nieśmiałych prób oznaczenia lalki nazwą producenta. Niewiele da się z nich odczytać. Być może są to jakieś znaki dla niewidomych (bo wypukłe).

       

       

      1

       

       

      5. Nóżki zginane na dwa kliknięcia, niczym u starych Barbie. W dobie MtM nie jest to żadna szczególna umiejętność, ale lepsza taka niż żadna, a zresztą lalkowym starowinkom pewnych spraw się nie wypomina (no chyba, że śmierdzą kocim sikiem, ale to temat na inny wpis).

       

       

      1

       

      Szczerze mówiąc nie wiem po co mi taka piękna inaczej laleczka. Gdyby osądzać ją na trzeźwo, to powinna z powrotem trafić na Allegro. A jednak w związku z tym, że przy okazji świąt urżnęłam się okrutnie kompotem z suszu, grzybkami z bigosu i makiem z makowca (jak wiadomo wszystkie te potrawy wprowadzają w stan nadzwyczajnej błogości i połączenia z niebem), gwoli czego nie jestem w stanie myśleć jasno, skazuję ją na bycie drugą połówką dla sztywniaka, który wczoraj wyskoczył mi spod choinki. Są, co prawda, z innych epok i bajek, ale to błahe przeszkody dla miłości, prawda?

       

       

      1

       

      No i wydało się, po co ja tę notkę pisałam. Toż chciałam Wam Kenika od Mikołaja pokazać, ot co! A siliłam się na to przez całą długość wpisu ;)

       

       

      1

       

      EDIT! Jest 29 stycznia 2017 roku, a ja właśnie dowiedziałam się, dzięki dobremu człowiekowi z Flickr'a, kim jest moja paskuda. To niejaka Betty! Poniżej wklejam jej zdjęcia w zapudełkowanej wersji, ściągnięte za zgodą ich autora z eBay. Ochhh, czuję się, jakbym była Kolumbem odkrywającym Amerykę!

       


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Jaka brzydka!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 grudnia 2016 22:38
  • poniedziałek, 19 grudnia 2016
    • Callum i Callum

      Kocham lalki, ale nie zmienia to faktu, że patrzę na nie krytycznym okiem i oceniam w większości negatywnie. Najbardziej lubię pastwić się nad schodzącymi na psy pod względem jakości barbiopodobnymi (Mattel już na całość poszedł w sztywne cielska, wtłaczane w coraz to brzydsze stroje, którym skąpi się nie tylko wcięcia w talii, lecz nawet estetycznego obrębienia brzegów), ale nie stosuję żadnej taryfy ulgowej i dla innych gatunków. Na równi wyżywam się choćby na dostępnych obecnie lalkach od Integrity Toys, których elitarność jest li wyłącznie sprawą mniejszych nakładów poszczególnych serii.


      Wyraz swojemu rozczarowaniu dałam już w notce o Poppy Parker, a teraz pociągnę temat dalej, bo mimo licznych zarzutów zapraszam przecież do siebie kolejne twory wypchnięte z fabryki Integrity Toys, i, co bardzo mnie śmieszy, są to kolejne "całuśnice". Przez całuśnice rozumiem lalki o specyficznym, ssąco-cmokającym ułożeniu ust, które sugeruje, że za chwilę, niczym stare ciotki, zaatakują kogoś mokrym całusem w policzek lub w czółko. Z lat dziecinnych pamiętam, że szczerze nie cierpiałam takich oznak rodzinnych afektów i próbowałam się od nich wykręcić, gdy tylko mogłam.


      Ponieważ obecność Poppy w pełni zaspokaja moją próżność posiadania całuśnicy-kobitki, dla zachowania przeciwwagi "płciowej" zaopatrzyłam się w dwóch całuśnych typków z męskich wybiegów mody, czyli Callumów Windsorów.


      Callumowie wyszli z łona tej samej matki, ale ojców musieli mieć różnych, bo choć gęby są z tego samego odlewu, to zupełnie niepodobne. Cieszy mnie to niepomiernie, bo mogą być używani przy różnych okazjach - ciemnowłosy, gdy podniesie mi się poziom zapotrzebowania na klasyczną ładność, a blondyn w chwilach, gdy po głowie kocić się będzie obraz zarośniętego drwala ;)


      księciunio

       

      * * *


      drwal

       

       

      W związku z tym, że towarzystwo zjechało na włości w stanie gołym i wesołym, zostałam zmuszona do poszukiwań jakiejś znośnej konfekcji męskiej, co okazało się dość trudne, z braku takowej na rynku. Na początku, łudząc się, że jakoś to będzie, zapakowałam dziadygi w oryginalne ubrania zrabowane matellowskim Fashionistom, które okazały się, jak to było do przewidzenia, sporo za ciasne. Nawet biorąc pod uwagę stopień mojego ubraniowego zboczenia, które dopuszcza w orbitę zainteresowań naprawdę obcisłe stroje, to upychanie lalek w spodnie, nie dopinające się w okolicy rozporka, było nie do przyjęcia. Co innego ubiór podkreślający seksapil, a co innego, kiedy z dziury na siedzeniu lub innej lokalizacji wygląda coś, co nie powinno.

       

      Na ratunek przybyło Allegro, które co jakiś czas kokietuje nieprzewidzianymi okazjami zakupowymi. Tym razem były to zestawy dla nowszej generacji Kenów "Basics", które przy użyciu odpowiedniej siły, zaprawionej desperacją, dały się wciągnąć na obydwu młodzieńców i zakryć rejony cielesnego rozpasania.

       

      Sukces odzieżowy sprawił, że spoczęłam wdzięcznie na laurach, a sporządzenie notki o chłopakach odłożyłam na zaś. Minęło pół roku, a mnie olśniło, że właściwie mogłabym coś o nich skrobnąć, bo idą grudniowe święta, a chciałam pokazać ich jeszcze w tym roku, więc jeśli się nie zbiorę za robotę, to więcej już takiej okazji nie będzie. Przez głowę przechodziły mi nawet myśli, żeby zasponsorować Callumom porządną sesję na śniegu, ale że białego puchu mieliśmy tyle, co kot napłakał, więc mi się odechciało i poszłam na łatwiznę, czyli jak zwykle strzeliłam fotki "z łapy" przy sztucznym oświetleniu i na tle jakiejś przypadkowej szmaty (wywyższenia do roli tła fotograficznego doznała zasłonka w przedpokoju).


      Z całego serca chciałam ukazać urodę obydwu obwiesi, ale im bardziej gnębiłam ich zdjęciami, tym bardziej docierało do mnie, że wyglądają niczym sfochane karpie maszerujące w pochodzie pod tęczową flagą. Mnie ten stan rzeczy nie przeszkadza, ale nie obrażę się, jeśli ktoś zasugeruje, że Callumowie wyglądają z deczka (albo i z kilogramka) jak transwestyci.

       

      Jakościowo panowie nie odbiegają od bieżącej produkcji IT, czyli nie ma się czym zachwycać. Oszpecono ich zarówno liniami odlewowymi na ciele jak i niską jakością kompletnie nie układającego się włosia. Właśnie dlatego tak starannie zakryłam jak największe połacie ich ciał, aby zgodnie z wczesnodziecięcym przekonaniem "jak czegoś nie widać, to tego nie ma", udawać, że są znacznie fajniejsi niż w rzeczywistości. Dla potwierdzenia tej tezy sypnę garścią zdjęć. A nuż ktoś z Was da się trochę oszukać i stwierdzi, że chłopcy nie są wcale tacy najgorsi, a nawet mogą budzić ciepłe uczucia :)


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Callum i Callum”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 19 grudnia 2016 23:11
  • piątek, 09 grudnia 2016
    • Coś dla ciała

      Podejmowanie decyzji „na szybko” to działanie nierozsądne i przynoszące straty. Wiem to nie od dziś, ale i tak po raz kolejny zrobiłam bezrozumnie swoje, przez co stałam się właścicielką kompletnie niepotrzebnego mi zestawu barbiowych bucików. Naklikałam bez zastanowienia na Allegro, pomyliłam aukcje, w których chciałam licytować i stało się - trzeba było łyknąć tego omyłkowego kluska z godnością.



      Wijąc się z boleści (łojezu, cóżem to ja narobiła!) i jojcząc, sprawiłam, że ulitowała się nade mną dobra, fejsbookowa dusza, gotowa przejąć niechciane buty. Problem spadł z cyca i rozbił się na sto kawałków, a moje smętne stękanie gładko przeszło w kozaczenie, jakich to ja nie robię genialnych interesów, które zawsze kończą się szczęśliwie (gucio prawda!), ale co zmarnowałam sobie i sprzedawcy czasu i nerwów (odbiór osobisty w zimny, grudniowy dzień, to nie jest dobry pomysł), tego się już nie odwyrtnie.  Chyba nadszedł najwyższy czas by wyhaftować sobie makatkę z hasłem „Zanim cokolwiek zrobisz – pomyśl!”, a dla większej pewności wystrugać mały młotek i prewencyjnie  pukać się nim w głowę, gdy tylko wpłyną do niej podejrzanie nierozsądne pomysły.



      Zanim rzeczone buty trafią do potrzebujących, czyli na bose lalkowe kopytka, to przez chwilę będą u mnie gościć, co daje mi asumpt do rzewnych wspomnień, bo właśnie takie pantofelki pamiętam z dzieciństwa. Eleganckie Superstary, które uśmiechały się do mnie w reklamach przed "Dobranocką", prawie zawsze nosiły szpileczki i właśnie ten rodzaj bucików najbardziej do dziś mi się podoba. Buty na obcasie pięknie wydłużają i wyszczuplają nogi i sama chętnie bym w takich biegała, gdybym tylko umiała to robić.



      1

      * * *

      1

      * * *

      1

       


      Eleganckie pantofle to moja zadawniona zmora. Jeśli nie muszę, to w nich nie chadzam. Nigdy nie opracowałam sposobu, który pozwoliłby mi swobodnie się w nich poruszać na dłuższych dystansach. Godzina chodzenia po mieście w szpilkach oznacza dwa kolejne tygodnie nalepiania na stopy plastrów i smarowania pięt i paluchów maściami przyśpieszającymi gojenie ranek. Oczywiście najładniejsze pantofelki ścierają stopy z największą maestrią i są w stanie przeobrazić mnie z kobiety w ładnym stroju w dyszącego z bólu i frustracji nosorożca, który bez mrugnięcia okiem zamordowałby każdego, kto sprzeciwiłby się jego chęci natychmiastowego zrzucenia z nóg krępujących je imadeł.


       

      Oj, jak mnie nózie bolą!

      Weźmy takiego Jacka Torranca z filmu (i książki) „Lśnienie”. Zastanawialiście się, czemu był tak zwariowany i krwiożerczy? Ja nie muszę, bo wiem! Buty go piły, to się wściekał :P

       

       

      Podobno kobiety szaleją na punkcie butów. Jeśli tak, to kiepska ze mnie przedstawicielka babstwa, bo zachwycają mnie tylko te w skali 1/6. Oczywiście, mam w szafie kilka par pełnowymiarowych, eleganckich kajaków „na wielkie okazje”, ale żeby się nimi podniecać? Nieee, na to są za nudne. Nie mam zamiłowania ani do pantofli, ani do sztybletów, ani do łapci wyplatanych z wiklinowych gałązek. Mówiąc brutalnie, buty to nie moja bajka. 


       

      Fajny but to taki, który zdobi plastikową nóżkę i nieważne, z jakiego jest materiału, byleby dobrze wyglądał i dawał się gładko założyć na stopę. A o to, jak na złość, obecnie jest dość trudno. Namnożyło się nowych rodzajów lalek, które nie mogą wymieniać się między sobą obuwiem, ze względu na kompletnie różną wielkość i budowę nóżek. Nawet dość jednolity pod tym względem przez długie lata świat Barbie wyewoluował w końcu i wypluł z siebie stopy zupełnie płaskie i z wysokim podbiciem, stopy malutkie niczym u Japoneczki i plażowe platfusiska. I połap się tu, biedny kolekcjonerze, w tej niemożliwej do spamiętania i obucia różnorodności!



      1

      * * *

      1

      * * *

      1 

      * * *

      1

      * * *

      1

       

       

      Jako stara skleroza nawet nie próbuję robić rozeznania w bucianej materii, a jedynie, gdy trafi się okazja kupienia większego zestawu różnorodnych pantofelków, strzelam na oślep, bo może uda się upolować coś przystające do wiecznie rosnących potrzeb. W większości przypadków są to celne strzały, choć zdarza się, że wśród trepowej gromadki trafiają się zupełnie nieprzydatne pantofelki, wyprodukowane przez przedsiębiorczych Chińczyków dla lalek o stopie mniejszej od krasnoludka. To chyba jedyne buciki, których bez żalu się pozbywam. Są tak niepraktyczne, że szkoda dla nich miejsca w szufladzie.


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Coś dla ciała”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 09 grudnia 2016 21:57
  • poniedziałek, 21 listopada 2016
    • Smutek Agaty

      Wszyscy mamy w swoich zbiorach lalki tak ładne, że na ich widok robi się ciepło w sercu i przednówek w portfelu. Kochamy je za nieprzemijającą urodę, za klasę czy awangardę stroju. Ulubienice stoją na naszych półkach latami, zrastając się z wystrojem domu tak bardzo, że nie do pomyślenia jest usunięcie ich z miejsca zasiedzenia.

       

      Kiedy myślę o lalkach, które nigdy nie zawiodły mnie pod względem urody i prezencji, to nie mam wątpliwości, że prym wiodą wśród nich mattelki z moldem „Goddess”. Dzięki Bogu nie dano im twarzy, która wołałyby natarczywie: „Patrz na mnie, jestem olśniewająca”, a oblicze, które robi wrażenie ze względu na swoją łagodność, klasę i harmonijność. Ich melancholijny wzrok sugeruje czystą i niewinną naturę, lecz prawdziwy charakter zdradzają zmysłowe usta. Te lalki stworzono po to, by kusiły do grzechu! Mnie kuszą nieodmiennie od wielu lat.

       

      01

       

      Goddeskę z powyższego zdjęcia już widzieliście – była w paczce z innymi zaplamionymi lalkami, które cierpliwie ratowałam Benzacne. Ona najdłużej opierała się działaniu specyfiku, ale koniec końców uległa, transformując ze smutnego brudasa w pewną swej urody królową. Ze smutkiem stwierdzam, że jedyną suknią, która pasowała do niej kolorystycznie jest retro-beza, w której drobne ciało lalki nabiera niezdrowej ciężkości.

       

      1

       

      1

       

      W co by jej jednak nie ubrać, to Goddeska i tak będzie olśniewać doskonałą twarzą. Nie to, co prawdziwa bohaterka tej notki – czyli lalka Agata.

       

      1

       

      Agata jest smutnym reliktem z czasów, kiedy na sklepowych półkach w Polsce królowały sól i ocet. Choć rości sobie prawo do miana oryginalnej polskiej lalki, to jest zaledwie klonem Fleur i to klonem o bardzo niskiej jakości.


      Nie wyobrażam sobie, że coś tak paskudnego mogło mieć kiedykolwiek wzięcie wśród dzieci. Moje przypuszczenia potwierdzają się, gdy buszuję wśród ogłoszeń na Allegro, lub po Waszych blogach. Szpetna Agata wypływa w tych miejscach nader rzadko.

       

      1

       

      Pod względem estetycznym Agata plasuje się poniżej poziomu rozkładającego się kota. Aby odkryć jej urok trzeba być albo szaleńcem z kilkuletnim stażem, albo zaopatrzyć się w dużą ilość napojów wyskokowych i lać je w gardło, póki cały świat, łącznie z nią, nie zrobi się piękniejszy. Moim zdaniem Agata jest tak brzydka, że przegrałaby bitwę nawet z niesławną Lizą od firmy Marbella.

       

      1

       

      Choć nie zachowały się żadne informacje, w jakich warunkach odbywała się produkcja Agaty, to łatwo wyobrazić sobie, jak mogło to wyglądać: smutny garaż na przedmieściach któregoś z miast, samodzielnie skonstruowane formy odlewnicze, kadzie ze śmierdzącym plastikiem niewiadomego pochodzenia, pijany w sztok artysta malarz, który nigdy w życiu nie miał pędzla w ręku oraz krążący gdzieś w tle autor przedsięwzięcia, który widział już przed sobą góry złota i wietrzył interes życia :P (żaden ze mnie czarownik, ale moja szklana kula mówi mi, że Agata nie zapoczątkowała kariery żadnego Rockefellera)

       

      Współdziałanie powyższych czynników zrodziło zabawkowego potwora Frankensteina, który, tak jak literackie monstrum, zarażony jest śmiertelnym smutkiem, bo każdy, kto go ujrzy, z niesmakiem krzywi twarz. 

       

      Dostać taką lalkę to jak dostać karę, bo ani się nią pochwalić przyjaciołom, ani postawić koło bardziej estetycznych zabawek. Najwłaściwszym miejscem dla Agaty byłoby zapewne muzeum osobliwości, gdzie mogłaby swobodnie straszyć wśród podobnych jej eksponatów.

       

      Agata jest zlepkiem niewspółgrających z sobą i smętnie taniutkich elementów. Jej włosy to nalepiony na czubku głowy, watopodobny kołtun. Kolor ciała walczy drapieżnie z kolorem twarzy, a rączki i nóżki to już prędzej nibyrączki i nibynóżki. Nawet majteczki, będące częścią oryginalnego stroju, uszyto jakoś na wyrost. Nie pomogą płomienne różyczki, jeśli na chudą dupkę wpycha się namiot o rozmiarach "mama size". Jako-tako bronią się właściwie tylko buciki. Tu klonowanie oryginału odbyło się z sukcesem - pantofelki leżą na stopach całkiem ściśle i ani myślą z nich spadać.

       

      1

       

      1

       

      1

       

       1

       

       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      Żal mi Agaty. Dostała ładne imię i nic poza tym. Przez jakiś czas myślałam, że dobrze byłoby przemalować jej twarz i zafundować perukę, ale wnet przyszło otrzeźwienie. Potworków, podobnych do niej jest niewiele. Właściciele tych lalek najprawdopodobniej pozbywali się ich, wyrzucając brzydule na śmietnik. Agaty nie dawały pewności, że po latach ktokolwiek zaliczy je w rzędy lalek kolekcjonerskich, co pozwoli im nabrać wartości w pieniądzu. Pozbywano się ich, bo były koszmarnie nieatrakcyjne, a rynek dawał możliwości znacznie ciekawsze pod względem estetycznym.

       

      Tu apel: jeśli znajdziecie gdzieś takie potworki, to uratujcie je przed zniszczeniem. To prawda, że nie wynagrodzą właściciela widokiem ślicznej buzi, ale jest ich tak strasznie mało, że grzechem byłoby pozwolić którejkolwiek zginąć.



      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Smutek Agaty”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 listopada 2016 19:17
  • piątek, 11 listopada 2016
    • Za mundurem panny sznurem, za rycerzem panny jeżem

      01

       

       

      O Boże, jak mi się go chciało! Śliniłam się do niego od momentu, kiedy firma Pangaea pokazała prototyp na targach w Pekinie. Nie przerażało mnie nawet to, że miał dostać twarz średnio lubianego przeze mnie Orlando Blooma, bo nawet Bloom miewa od czasu do czasu zacne role, a występu w filmie „Królestwo niebieskie”, na podstawie którego stworzono tę figurkę, wcale nie musi się wstydzić.


      01

       

       

      Najważniejsze było to, że pan figurek będzie rycerzem w „prawdziwej” zbroi. Bijcie mnie, gryźcie i drapcie, ale będę twardo obstawać przy tym, że nic tak nie dodaje chłopu seksapilu, jak dobrze skrojony strój bojowy. Czym byłby Superman bez swojego kultowego, obcisłego wdzianka lub Batman bez zbroi?* No właśnie! Nikim szczególnym. Panowie w ich typie robią się nieodparcie pociągający dopiero w chwili, gdy wciągają na grzbiet stosowne przebranie i ruszają do walki o słuszną sprawę. Takoż rzecz ma się i z rycerzami. Zakuci w stal herosi stanowią widok nad wyraz ponętny i skłaniający serce do czułych potknięć.


       

      01

       * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       

       

      Balian z Ibelinu jest moją pierwszą figurką, która nie została wyprodukowana przez firmę Hot Toys.  Miałam w związku z tym lekkie obawy, które okazały się zupełnie niesłuszne, bo Pangaea wypuściła produkt równie wypieszczony, co figurkowy gigant, a może nawet i lepszy, bo tańszy (a jak wiadomo Stare Zgredy lubią to, co najlepsze i najdorodniejsze, a jednocześnie najtańsze i w największej obfitości).

       

       

      01

       

       

      Rycerz, jak przystało na ciężkozbrojnego wojownika, przyjechał w pełnym rynsztunku i z mieczem w dłoni, gotowy, by spuścić komuś łomot, lecz jego chęć walki z Saracenami przerodziła się gwałtownie w miłosne gruchanie, bo zamiast brodatych rycerzy Saladyna bitny templariusz natknął się na urodziwą Saracenkę i stało się – Amor po raz kolejny odniósł sukces nad Marsem.


       

      01

      Oto hoża Saracenka. Będę o niej pisać w jednej z kolejnych notek :)


      Pudło, z którego wyłuskałam Baliana, jak to z opakowaniami od figurek bywa, jest wielkie i nieporęczne, co po raz kolejny wymusza na mnie główkowanie, jak upchnąć taki kawał tektury w ograniczonym metrażu, tak, aby nikomu nie wadził. Właściwie to mogłabym się go pozbyć, ale nie zrobię tego ze względu na jego funkcjonalność – dzięki systemowi plastikowych przegródek pudełko mieści w sobie dużą ilość drobnych akcesoriów, które lubią się gubić lub walać po nieodpowiednich miejscach.



      Design pudła jest bardzo prosty, ale za to mylący. Otóż zdjęcie, zdobiące frontową ścianę, przedstawia prototyp figurki, który znacznie różni się od produktu finalnego. Muszę przyznać, że do zakupu skusił mnie właśnie wygląd prototypu, przedstawiającego mężczyznę po trzydziestce, o ostrej i wyrazistej twarzy, pełnej zacięcia i bojowego ducha. Rycerz, skrywający się w czeluściach opakowania, ma natomiast twarz łagodną i melancholijną. Gdyby wygolić mu na czubku głowy tonsurę i przebrać w habit, to byłby z niego sympatyczny braciszek zakonny. 

       

      Oto twarz prototypu:


       

      prototyp

       

      A tu już na powrót "the real deal":


       

      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *


      01

       


      Podobieństwo do Orlando Blooma, którego tak się bałam, jest, ku mojej radości, dość nikłe. Wiele osób, które oglądały figurkę z bliska, rozpoznało w niej zupełnie innego hollywoodzkiego aktora, a mianowicie Kita Harringtona, gwiazdę serialu „Gra o tron”. Niektórzy wysuwali nawet tezę, że jest to przebrany w rycerski strój Jezus Chrystus. Być może miałoby to pewien sens w świecie Mortimera Madderdina, wykreowanym przez Jacka Piekarę (pamiętacie obrazoburczy cytat z okładki, promujący cykl?)



      01

       

       


      Tak czy siak krzyżowiec dostał twarz dość przyjemną dla oka, w dodatku okoloną „prawdziwymi”, lubiącymi się puszyć włosami. Ponieważ moja cierpliwość do powiewających frywolnie kosmyków jest nadzwyczaj niska, Balian był zmuszony przejść wieczystą stylizację fryzury za pomocą pianki i lakieru do włosów. Gąszcz na głowie został ulizany, przyklepany i związany gustownym rzemykiem. Fryzura poprawiła się na jakieś pół godziny, a później samoistnie powróciła do stanu pierwotnego. Strasznie nieusłuchane te kłaki. Nie mam do nich siły. Jeśli chcą fruwać na wszystkie strony, to ja im wolności ograniczać nie będę.


       

      01

       


      Myślę, że prawdziwy że Balian z Ibelinu, czyli postać historyczna, której oddano hołd filmem „Królestwo niebieskie” i później przekuto na figurkę, nie nosił aż tak długich włosów, no i nie był młodzieniaszkiem o pyszczku zatroskanego yorkshire terriera, ale że do dziś zachowało się niewiele jego podobizn, więc i tak nie da się tego sprawdzić.

       



      01

       

      * * *

       

      01

       

      * * *

       

      01

       

      „*” Dość oczywista odpowiedź na tak postawione pytanie brzmi: „Byliby bardzo przystojnymi golasami”

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Za mundurem panny sznurem, za rycerzem panny jeżem”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 11 listopada 2016 19:22

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com