Doll land

Wpisy

  • piątek, 15 lutego 2013
    • Post-walentynkowa bajka z trupkiem w tle

      Uwaga - będzie Harlequin! Czytać na własną odpowiedzialność! Zdjęć lalkowych - cała jedna sztuka, w dodatku, stara i już znana. Dlatego do czytania zachęcam wyłącznie wytrwałych, niezrażających się knotami w pensjonarskim stylu!

       

      Dawno, dawno temu, w odległej krainie żyli sobie król i królowa. Mieli wielki, bogaty pałac, wokół którego rozpościerał się wspaniały ogród. W skarbcu kryły się ogromne bogactwa, złoto, srebro i szlachetne kamienie. Mimo to król i królowa nie byli szczęśliwi. Choć stanowili zgodną i kochającą się parę do szczęścia brakowało im dziecka. Lata mijały, lecz Pan Bóg nie błogosławił. Małżonkowie utracili nadzieję na potomka. Zamartwiali się więc, że odejdą z tego świata nie zaznawszy radości rodzicielstwa.

       

      Pewnego dnia król wyjechał z drużyną z zamku na objazd włości. Na jego spotkanie wychodzili mieszkańcy mijanych wsi, by podzielić się swoimi problemami, poprosić o pomoc, podziękować za łaski. Było ich wielu, a każdy niósł z sobą swoje małe sprawy. Król starał się każdego wysłuchać, wesprzeć pieniądzem lub dobrym słowem. Ludzie tłoczyli się wokół niego, napierali, wrzeszczeli. Od ich krzyków władcę szybko rozbolała głowa. Mimo to, słuchał swoich poddanych cierpliwie i zapisywał w pamięci ich potrzeby i bolączki.

       

      Pod koniec dnia, gdy zapadł zmierzch, a on był już bardzo zmęczony, powiedział: „Wystarczy! Nie mam już sił! Na dziś już dość!” - i skierował konia ku zamkowi. Rycerze i słudzy z radością pośpieszyli za nim. Wszyscy byli bardzo zdrożeni i marzyli już tylko o spoczynku.

       

      Tuż przed zamkiem poczet natknął się na obszarpaną kobietę. Baba była brudna, śmierdząca, ohydna. Zataczała się. Była pijana, a przez to zuchwała. Gdy król przejeżdżał obok niej zaskrzeczała: - „Wasza wysokość, weź mnie ze sobą do zamku. Będę ci wiernie służyć. Ulituj się nad biedną kobietą, która nie ma się gdzie podziać! Twoja królowa nie chce dać ci dziecka, a ja jestem jeszcze młoda, mogę rodzić! Weź mnie ze sobą, a będę twoja!”

       

      Król tylko wzruszył ramionami i pojechał dalej. Ktoś z jego świty rzucił babie złe słowo. Pijaczka popatrzyła z nienawiścią na oddalających się jeźdźców i krzyknęła za nimi: - „Skoro nie miałeś dla mnie litości, królu, to i ja nie będę jej mieć dla ciebie! Za rok urodzi ci się córka. Będzie ona piękna jak kwiat, ale jej serce będzie martwe jak kamień! Nie zaznasz od niej żadnej pociechy!”. Skoro te złowieszcze słowa przebrzmiały, żebraczka zniknęła, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

       

      - „Wiedźma!”, wyszeptali zmrożeni strachem rycerze, „Wiedźma!” – powtórzyli słudzy, a za nimi król. Wszystkich ogarnęło przeczucie zbliżającego się nieszczęścia. Gdy jednak wjechali w cień zamkowej bramy, a w ich nozdrza uderzył zapach smakowitej kolacji, ludzie zapomnieli o zdarzeniu na drodze.

      - - -

      Przepowiednia tajemniczej żebraczki spełniła się. W dziewięć miesięcy później królowa urodziła córkę. Dziecko rosło, nabierało sił, zakwitało niezwyczajną krasą. Z każdym rokiem uroda dziewczynki stawała się coraz bardziej widoczna. Gdy królewna skończyła siedemnaście lat w żadnym królestwie nie było dziewczęcia, które  dorównywało by jej delikatnością rysów czy przymiotami ciała. Wielu młodych ludzi kochało się w niej do szaleństwa, ona jednak pozostawała zimna i nieczuła na ich afekty. Urodziła się bowiem bez serca. Nie rozumiała kierowanych ku sobie gorących spojrzeń, obojętne jej były miłosne westchnienia. Nie znała litości, żalu, łez, nie umiała się uśmiechać. Wiedziała, że czegoś jej w życiu brakuje, ale nie rozumiała istoty tego braku.

       

      Król i królowa gorzko płakali nad kalectwem swojego dziecka. Kochali królewnę, lecz nie umieli przekazać jej swoich uczuć. Młoda kobieta była względem nich całkowicie obojętna. Pomimo to nieustannie zalewali ją swoją miłością, wierząc, że ich oddanie przyniesie jej ozdrowienie, obudzi do życia, wygna z duszy chłód i martwicę. Pomocy szukali także w świecie.

       

      W całej krainie ogłoszono, że ten, kto obudzi serce królewny, otrzyma pół królestwa. Na dwór ściągali wróżbici, uczeni, magowie. Próbowali leczyć dziewczynę tajemniczymi wywarami, zaklęciami, odprawiali nad nią dziwne obrzędy, lecz nic nie pomagało. Królewna obojętnie poddawała się kolejnym próbom uzdrowienia.

       

      Wśród przybyłych do zamku znalazł się także młody rycerz. Zjawił się w siedzibie króla bez żadnego planu, nie znał bowiem sposobu na uzdrowienia królewny. Do zamku zawiodło go żarliwe uczucie. Młody człowiek zakochał się w królewskiej córce od pierwszego wejrzenia, gdy zobaczył ją na uroczystym nabożeństwie, w intencji zdrowia królowej. Uroda dziewczyny poraziła go tak głęboko, że gotów był oddać dla niej życie, byleby tylko uczynić ją szczęśliwą. Rycerz wiedział, że królewna nie może odpowiedzieć na jego uczucie, lecz wcale go to nie zrażało. Jego serce było tak wielkie, że kochało za obydwoje.

       

      Pewnego wieczoru, gdy błądził w rozmarzeniu po rozległym ogrodzie, otaczającym zamek, w jednej z alejek natknął się na ukochaną, spacerującą w otoczeniu dworek. Ogarnięty nagłym szczęściem uklęknął przed nią, jak przed bóstwem, oniemiały od nagłego wzruszenia. Jego usta milczały, lecz oczy wyrażały najgłębszą miłość i radość, której nie są w stanie oddać żadne słowa. Królewna przez moment zapatrzyła się w jego twarz. Jej wzrok splótł się z jego wzrokiem. Martwe, nie wyrażające żadnych uczuć oczy wpiły się w jasne, rozkochane źrenice. I nagle - stał się cud. Pod wpływem wzroku rycerza królewna zaczęła drżeć na całym ciele, na jej policzki wypełzły rumieńce, oczy wezbrały łzami. W tym samym czasie z twarzy młodzieńca odpłynęła cała krew, a on sam zachwiał się i padł bezwładnie na ziemię. Gdy królewska córka nachyliła się ku niemu już nie oddychał. Serce rycerza oddało jej całą swą miłość i siły życiowe, po czym przestało bić.

      - - -

      Młodego człowieka pochowano z wielkimi honorami. A królewna zaniemogła. Nie umiała opanować zalewających ją po śmierci rycerza emocji. Czuła coś, czego nie doświadczyła przez całe dotychczasowe życie – miłość i pożądanie, ból, rozpacz, brak nadziei. Nie umiejąc radzić sobie z odczuciami własnej duszy zapadła na zdrowiu. Jej stan stale się pogarszał. Wróciła obojętność ku światu, tym straszniejsza, że żywiona nigdy nie umierającą tęsknotą. Na jej chorobę nie było lekarstwa, bo nie żył już człowiek, który pokazał jej, czym jest miłość i jednocześnie skazał tę miłość na wieczne niespełnienie. Rodzice królewny płakali nad córką jeszcze więcej niż w czasach, gdy nie wiedziała ona czym jest żywe, kochające, ludzkie serce. Tak właśnie spełniła się klątwa wiedźmy.

       

      01


      A mówiłam, że będzie Harlequin, mówiłam? Sprawcą i winowajcą niniejszego knota jest widoczne powyżej zdjęcie. Jakoś tak mi się na jego podstawie głupiutka bajeczka w łepetynie urodziła. A że lubię melodramy, pozwoliłam sobie przelać ją do blogowego wpisu. W dodatku wczoraj były walentynki, więc uznałam, że notka pozostaje "w temacie". Wszystkim osobom, które dobrnęły do końca i nie porzygały się od natężenia głupot w centymetrze kwadratowym tekstu, bardzo dziękuję. Całej reszcie - takoż  :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Post-walentynkowa bajka z trupkiem w tle”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 15 lutego 2013 21:04
  • niedziela, 03 lutego 2013
    • Bo chłopa mi było trzeba!

      Lalki-dziewczyny są wspaniałe, urocze i kochane, ale kiedy robi się ich za dużo, to automatycznie włącza mi się myślenie o plastikowych samcach. Bez nich mój lalkowy świat zastyga w bezruchu i wyzbywa się sensu. Bez chłopów "Dolland" nie istnieje. Więc dziś - będzie chłop! Z babą u boku.


       

      W świecie Mattel często jest tak, że sympatyczni panowie są do kupienia wyłącznie w zestawach z towarzyszkami. Dla mnie te zestawy są średnio atrakcyjne, bo w większości przypadków Barbie z giftsetów nie są mi do niczego potrzebne. Są trudne do sprzedania, zajmują miejsce w pudełkach i w ogóle nie wiadomo po co istnieją. W dodatku podbijają cenę zestawów do góry, co powoduje u mnie płacz i zgrzytanie zębów, bo to takie niechciane "gratisy", za które trzeba zapłacić swoją krwawicą.

       

       

      Jak widać żywot zbieracza Kenów jest ciężki, niewdzięczny i męczący jak droga pod górę w klapkach kąpielowych. Promienny uśmiech zakwita na stroskanych licach kolekcjonera nadzwyczaj rzadko, ale kiedy już się pojawia, to oślepia swoją mocą.

       

      kuń

       

      Dzieje się to, gdy do rąk spragnionej "kenizmu" osoby wpada jakiś atrakcyjny, plastikowy młodzieniec, którego bez żadnych konsekwencji można rozebrać, wymacać, obfotografować i obwąchać, co, nawiasem mówiąc, właśnie czynię, bo dotarł do mnie dość długo wyczekiwany zestaw "Barbie tango". Wyprodukowano go jako "eks-klusiw" (w tłumaczeniu: ex-klusek) dla popularnego sklepu zabawkarskiego "FAO Schwarz".

       

       

      Taneczna tematyka zestawu jest mi kompletnie obojętna, stroje obydwu lalek zbywam wzruszeniem ramion. Jedynym elementem, dla którego zdecydowałam się na kupno pudła z zawartością jest buziak Kena. Swojego czasu, w rankingu najprzystojniejszych lalkowych mężczyzn od Mattel, uplasowałam go na siódmym miejscu. Teraz, po obejrzeniu lalusia z bliska, stwierdzam, że mogłabym dać mu wyższą notę, bo udał mi się chłopak nad podziw.

       

      Chciałabym to samo napisać o towarzyszce pana ładnego, ale jakoś nie mogę, bo to nie moja bajka. Zresztą, zaraz zobaczycie, co i jak, bo sparło mnie na dłuższy opis zestawu (Hahahahaha - tu włącza się złowieszczy śmiech - będziecie cierpieć męki, podczas jego czytania):

       

      Pudełko - typowe, duże, z szybką. Na tylnej ściance widnieje fotografia obydwu lalek, nieco przekłamująca rzeczywistość, bo prezentująca prototypy oraz kilka bełkotliwych zdań o genezie tańca "tango". Jak dla mnie, to Mattel mógłby sobie odpuścić te pseudonaukowe notki na pudłach. Osoba dorosła niewiele się z nich dowie, a dziecko - no cóż - dzieciom raczej nie daje się takich lalek do zabawy, bo "zaraz zepsują". 

       


      7371 

      7345

      Bla, bla, bla, bla, bla ....

       

      Lalki w środku pudła - przyspawane, jak to u Mattel bywa. Okropna okropność. Ponieważ nie cierpię "uwięzionych" lalek, to czym prędzej uwolniłam je z pudła i objawiła mi się (czego się spodziewałam), pierwszorzędna fuszerka. Łocz dis:

       

      7414

       

      Na zdjęciu widać druciki, które utrzymywały lalki w opakowaniu. Ich fragmenty są pokryte czerwoną farbą. To miejsca styku z garderobą lalek. A teraz - pytanie za sto punktów: skoro ubranka pofarbowały druciki, to czy pofarbowały też ciało Barbie i jej towarzysza? Z przykrością stwierdzam, że tak. Niech to gęś kopnie!  W końcu doszły do mnie wymarzone lale, a jeszcze przed otwarciem pudła były felerne!

       

      7325

       

      Jęków i stęków ciąg dalszy: boli mnie róża, wetknięta na siłę w usta Barbie i dziurawiąca jej twarz. Lubię piercing, ale to przecież piercing nie jest. Wrrrr, osobie, która wymyśliła patent z kwiatem w ustach z chęcią wetknęłabym tę różyczkę w zadek

      Kwiat daje się usunąć z buziaka, ale dziurki jednak zostają! Szkoda mi lalki. Rozumiem, że w zamyśle twórców jej wizerunek tworzy spójną całość, ale na ich miejscu wymyśliłabym jakiś mniej inwazyjny sposób dołączania  akcesoriów.

       

      7452

      Dziura, dziura, dziura!

       

      Barbie została w mojej opinii potraktowana strasznie po macoszemu - ubrano ją w okropną kieckę i rajstopy - antygwałty, które tak mają się do zwiększenia seksapilu lalki jak Jarosław Kaczyński do atrakcyjności Brada Pitta.

       

      7445

      Rajstopy miały w zamyśle twórców udawać kabaretki. Niestety wyglądają jak pozszywane na kształt rajstop sieci rybackie. Zero subtelności.

       

      7406

       

      A tutaj mamy dół kiecki. Kompletny chaos. Frędzle, pióra i bóg wie co jeszcze. Można byłoby to nazwać artystycznym nieładem lub klęską urodzaju, ale, szczerze mówiąc, wolę określenie SNAFU. Situation normal, all fucked up

       

      W tej kupie nieszczęścia jest jednak mały promyczek - wszystkich tych piórkofrędzli można się bezboleśnie pozbyć, bo są elementami schowanej pod suknią halki. Uffff!

      7503 

      W ostatecznym rozrachunku nie jest tragicznie, ale przyznacie, że mogło by być lepiej. Na plus zaliczam fakt, że Barbie jest całkowicie zginalna, ma miłą, choć nie olśniewającą urodą twarz i ciekawą fryzurę a'la "kopiec kreta".


      7441

       

      7440

       

      7443

       

      "Średniość" zestawu ratuje uroda Kena. Gdyby nie ona, to po wyjęciu lalek z pudła, chyba kompletnie bym się załamała i wytoczyła Mattelowi proces.


      No ale! Ale on JEST ŁADNIUTKI i ze względu na przyjemność, czerpaną z gapienia się na jego buziaka, litościwie wybaczam. Mattelu, znaj Zgreda!

       

      ouuouououuo

      A ti ti ti, cukiereczku słodziutki, choć tu, to cię ciocia poczochra.

       

      Kenik bardzo kojarzy mi się z bohaterem cyklu "detektywistycznego" Borisa Akunina - Erastem Pietrowiczem Fandorinem, który nie dość, że był bardzo przystojny i rwał niewieście serca jak zawodowy żigolak, ale i porażał elegancją. W lalku jest coś z wyrafinowanego dandysa, co pozwala mi mieć nadzieję na to, że po zmianie ubranek Ken zmieni się w super eleganckiego gentlemana w stylu angielskim.

       

      7482

       

      7420

      7422

       

      Możliwości ruchowe obu lalek oceniam na poziomie popularnych Fashionistek, choć brakuje mi brdzo zginalnych nadgarstków. Mimo to parę można ustawiać w dość frywolne pozy, przypominające nieco układy taneczne.

       

      7466

       

      W przyszłości planuję rozdzielić tancerzy i połączyć ich w pary z innymi lalkami. Chwilowo pozostają jeszcze razem, w tym samym pudle, ciesząc się ostatnimi chwilami wspólnego życia, ale to nie potrwa już długo. Cóż, mam w sobie psuja, który cieszy się, gdy może wprowadzać zmiany w oryginalne stylizacje. Choć w przypadku lalkowych kolekcjonerów nie jest to pożądana cecha, to za bardzo ją cenię, by się jej pozbyć. Dlatego w przyszłości postaram się wam jeszcze pokazać parę "Tango" w nieco innym wcieleniu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Bo chłopa mi było trzeba!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 03 lutego 2013 14:26
  • sobota, 19 stycznia 2013
    • Smutek papierowych kart

      Wierzę w słuszność powiedzenia:  „Pokaż mi, co czytasz, a powiem ci, kim jesteś”. Nie zaprzyjaźnię się z osobą, która książkę taką, jak „Imię róży” określa mianem chłamu, napisanego przez nawiedzonego idiotę, a cykl „Pan lodowego ogrodu” Jarosława Grzędowicza zbywa wzruszeniem ramion.


      Odkąd pamiętam, w moim domu nigdy nie brakowało książek. Zbierali je dziadkowie, zbierają rodzice, zbieram ja. Na półkach męczą się w ogromnym ścisku powieści historyczne, fantastyka, literatura o zabarwieniu religijnym, panoszą się powieści i zbiory opowiadań Stephena Kinga oraz innych autorów grozy, a gdzieś pod zwałami papieru giną zaczytane prawie na strzępy komiksy: "Thorgal", "Tytus, Romek i a’Tomek", "Kapitan Żbik", uchowały się, wysępione od starszego kolegi, numery czasopisma "Relax". W sypialni, w bliżej nieokreślonej przestrzeni szafy poukrywały się książki kucharskie, podręczniki z lat szkolnych, książki z bajkami. Są jeszcze pudła na strychu i w piwnicy, gdzie upchnęłam niechlubne wspomnienia dziecięcych fascynacji ("Sagę o ludziach lodu")

       

      Czasami znajomi, odwiedzający mnie w celach rozrywkowo-rozmownych pytają: „Czemu nie oddasz części książek do biblioteki? Przecież wszystkie chyba nie są ci potrzebne?”


      A właśnie, że są! Instynkt czytelniczy nie pozwala mi się ich pozbyć. Kto wie, w czyje ręce trafiłyby lubiane przeze mnie egzemplarze. Może skazano by je na powolną dewastację w trzewiach jakiejś biblioteki-molocha, albo, co gorsza, zostałyby wrzucone do makulatury, potraktowane jak zwykłe śmieci. Widziałam kilka razy, jak ludzie wynoszą do śmietnika wielotomowe wydania prac Dostojewskiego, Bratnego,  Byrona. Tylko dlatego, że zajmują za dużo miejsca w mieszkaniu lub nieco się podniszczyły i nie wyglądają już atrakcyjnie na półkach, strasząc swoich właścicieli podniszczonymi obwolutami lub przytartymi okładkami.


      Szkoda mi książek. Szkoda tym bardziej, że słowo drukowane powoli odchodzi do lamusa. Być może jesteśmy ostatnim pokoleniem, które znajduje radość z trzymania w dłoniach zadrukowanych kart? Dziś modne są czytniki elektroniczne, na których można skompletować kilka tysięcy wspaniałych, różnorodnych pozycji i mieć je zawsze przy sobie, niczym przenośną bibliotekę. Rozumiem miłośników elektronicznych gadżetów, bo sama nie wyobrażam sobie życia bez czytnika e-booków, laptopa i tableta. To powszechne „zboczenie cywilizacyjne”, które dotykać będzie coraz młodszych „obywateli świata”.  Ważność tradycyjnych, papierowych książek zminimalizuje się na rzecz ich cyfrowych odpowiedników.


      Nie zrozumcie mnie źle. Nie mam nic przeciwko cyfryzacji życia, stanowiącej znak XXI wieku. Dzięki niej (to paradoks) zdobyłam dostęp do zasobów sprzed wieków. Utworzenie Federacji Bibliotek Cyfrowych (http://fbc.pionier.net.pl) było dla mnie wydarzeniem o doniosłości równej wynalezieniu koła. Nie zmienia to faktu, że po prostu czasami mi żal odchodzącej w dal przeszłości.


      - - -

       

      By przerwać ten smętny nastrój zapraszam do zmiany tematu i obejrzenia zdjęć miłej, ciemnoskórej lali. Choć niedawno zarzekałam się, że nie chcę już zbierać "superstarów", to jak zwykle nie byłam w stanie się powstrzymać.

       

      01

      W czekoladowym wydaniu Barbie "superstar" wygląda bardzo miło, choć oczywiście rysy jej buziaka nijak się mają do typowych twarzy ciemnoskórych ludzi. 

       

      2

      Chyba będę musiała odwołać swoje wcześniejsze stwierdzenie, że Barbie "superstar" są najnudniejsze wśród lalek od Mattel. One wcale nie są nudne, tylko wyprodukowano ich strasznie dużo, stąd wrażenie przesytu.

       

      3

      Jedynym elementem który mnie odrzuca od lalki jest jej suknia. Po pierwsze - wygląda jak koszula nocna (spójrzcie tylko na rozwiązanie w okolicach stanika - toż to typowa babska, nocna koszula!), ozdobiona nędzną imitacją etoli, a po drugie - nie pasuje kolorystycznie do ogólnego wyglądu lalki. W przyszłości pójdzie do wymiany.

       

      4

      Ładna dziewczyna nawet w paskudnej kiecce wygląda miło, tak więc pomimo usilnych starań stylistów Mattela, którzy wybrali jej tę ohydną sukienkę, laleczka prezentuje się dobrze.

      Nie spodziewałam się, że kiedyś jeszcze spodoba mi się superstar. Jak to człowiek słabo zna sam siebie :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Smutek papierowych kart”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 19 stycznia 2013 13:32
  • wtorek, 01 stycznia 2013
    • Bild Lilli

      Na Bild Lilli "zachorowałam" ponad dwa lata temu, w momencie, gdy zaczęłam interesować się historią Barbie. Odkrycie, że wczesne lalki Mattel powstały na wzór i podobieństwo Lilli było z jednej strony wstrząsające (one są klonami!), a z drugiej - wywołało nieugaszoną chęć zdobycia Lilli na własność. Podczas wypadów na targowiska staroci starałam się przeglądać wszystkie poukrywane w kątach placów stoiska, wiedząc, że u sprzedawców handlujących "resztkami na ceratce" nierzadko można za grosze kupić prawdziwe skarby. Znam takie przypadki z autopsji. Kilka lat temu, podczas wypadu na nieistniejący już dziś bazar Różyckiego w Warszawie, kupiłam za bezcen książkę - białego kruka: "Alrauna", autorstwa Hannsa Heinza Ewersa, przekład polski z 1917 roku, dziś dostępny wyłącznie w bibliotekach i prywatnych kolekcjach.

       

      W zdobycie Lilli za pomocą tej metody nie bardzo wierzyłam, ale starań nie zaprzestałam. Bo nie ma nic gorszego niż zwiesić ręce i dać sobie spokój. Tak postępują przegrani w sytuacjach patowych, a jak głosi optymistyczne polskie przysłowie: "Póki życia, poty nadziei". Tego się też trzymałam.

       

      Oczywiście wizytacje targowisk nie były jedynym sposobem poszukiwań. O informacje w naszych czasach najłatwiej w internecie, tak więc grzebałam w sieci i ... wyszukiwałam możliwości sprzedaży, które znacznie przekraczały moje możliwości finansowe. Bo Lilli w internecie można kupić bez problemu. Trzeba się tylko liczyć z wydatkiem rzędu 3 000,00 złotych. NETTO. Jest to więc opcja dla osób majętnych, które nie boją się dużych kosztów, bo ich po prostu nie odczuwają. Ja takiej kwoty na "duperel" przepuścić bym nie umiała. Choć ten duperel marzył mi się bardzo długo.

       

      Dzięki poszukiwaniom w sieci nawiązałam kontakty z kilkoma sympatycznymi kolekcjonerami spoza Polski. Jeden z nich dał mi cynk na osobę, która sprzedawała "pewniaka", to jest oryginalną Lilli, w cenie, która mogła wykrwawić mi kieszeń, ale była do przełknięcia. Na wieść o otwierającej się możliwości dostałam głupawki - wpłaciłam zaliczkę, a kiedy na konto wpłynęła pensja, to równie szybko z niego wypłynęła. Po 12 dniach lalka była u mnie. Pochwaliłam się nią na "Dolls forum", siusiałam ze szczęścia po nogach, a później - okazało się, że to Lilli z Hong Kongu, produkowana co prawda na niemieckiej licencji, ale wcale nie ta, o którą mi chodziło. Zaczął się płacz i zgrzytanie zębów. Na szczęście sprzedawca okazał się uczciwą osobą. Zwrócił mi część kosztów i PRZEPROSIŁ za swoją pomyłkę w identyfikacji lalki. Jego gest wywołał u mnie opad szczęki i powrót wiary w ludzką uczciwość. Lilli z Hong Kongu została u mnie jako substytut "tej właściwej". Oto jej zdjęcie, przed restauracją. Niedługo zaprezentuję  ślicznotkę, po skręceniu jej do kupki:

       

      01

       

      Lalka została kupiona, a apetyt na oryginał się nie zmniejszył. I tu w sprawę włączyła się opatrzność. Wypad do znajomego antykwariatu zaowocował odnalezieniem Lilli, używanej w charakterze ... podstawki do kwiatka. Właścicielka sklepu, zdziwiona moim zainteresowaniem laleczką, dała mi ją za darmo. Do tej pory nie wierzyłam w "interwencję z góry", ale to się w tamtym momencie zmieniło. Można powiedzieć, że nastąpiło "nawrócenie". emotemotemot

       

      I oto jest! Moje lalkowe zwieńczenie 2012 roku i jednocześnie - rozpoczęcie 2013. Najbardziej wyjątkowa podstawka do kwiatka jaką mam w domu. Zniszczona przez czas, wyblakła, prosząca o zakrycie nagości, ale - moja i oryginalna!

       

      Pierwszą rzeczą, którą sprawdziłam, była śrubka w głowie, mocująca "kopułkę" do części twarzowej i pozwalająca na bezbolesną wymianę włosów. Wszystko było na miejscu! Znaczy - Lilli jest prawdziwa :)

       

      01

       

      Włosy laleczki pozostawiają wiele do życzenia - zostały znacznie skrócone i strasznie się mechacą, ale za to nad czołem zachował się charakterystyczny, zawadiacki loczek.


      02

       

      Najbardziej ciekawił mnie pyszczek Lilli. W końcu to na nim Mattel wzorował swoje pierwsze kloniki lalki. Z chęcią postawiłabym obok siebie Lilkę i Barbie numer 1, aby prześledzić podobieństwa i różnice. Może kiedyś uda mi się poznać kolekcjonera, który pozwoliłby mi na sporządzenie sesji porównawczej?

       

      01

       

      Na twarzy mojej Lilli brakuje rumieńców. Musiałam je usunąć, ponieważ policzki lali były bardzo porysowane i farba skawaliła się w obrębie zadrapań. Twarz Lilli wykonana jest z twardego plastiku - stąd dość łatwo usunąć z niej makijaż i bardzo trudno ponownie go nanieść, szczególnie jeśli konieczne jest cieniowanie farby. W przyszłości lalka zostanie poddana odnowieniu i mam nadzieję, że urocze rumieńce wrócą na jej policzki. Na razie opanowuję technikę nakładania farby na klonikach.


      01

       

      W obrębie twarzy najciekawszym elementem są "rzęsy" lalki. Widok z góry pozwala zbadać ich nadnaturalną grubość. Lilli stylizowana była na kobietę-wampa, tak więc ciężki, podkreślający seksapil makijaż był koniecznością.

       

      Dzisiejsze laleczki często mają w uszach eleganckie kolczyki. Lilli też je nosiła, tyle że były one namalowane. Kształt i kolor biżuterii pozostawał niezmienny - każda lalka miała w uszach czarne kwiatki.

       

      01

       

      Pierwsze Barbie odziedziczyły po Lilli kształty ciała, lecz z wyjątkami. Podczas gdy lalki Mattel mogły poruszać rękami tylko w tył i w przód ich poprzedniczka mogła rozkładać ramiona na boki, w geście Chrystusa ze Świebodzina. Nie przyczyniało się to do uzyskania jakiejś nadprzyrodzonej możliwości pozowania, ale cóż to był za fajny patent! owned

       

      01

       

      "Babcię" i "wnuczkę" różniły również pantofelki na stópkach tej pierwszej.

       

      01

       

      W odróżnieniu od Barbie Lilli nie była sygnowana. Stąd w przypadku lalek, które dotrwały do naszych czasów bez ubranek, bardzo trudno określić do jakiej serii należały. Moja ma oryginalny ciuszek - sukienkę tenisistki i, co ciekawe - majteczki! Ubranka są w praniu, mam nadzieję zaprezentować je w kolejnym wpisie. Niestety wymagają dużych napraw, co oznacza cerowanie, na którym się nie znam. Czegóż się jednak nie robi dla ulubienicy?

       

      01

       

      Poza wymienionymi różnicami, między Lilli i Barbie nie było wiele więcej  cech odmiennych. Obie panie były ponętne i miały fumy w nosie, o czym świadczyły ich wiecznie obrażone i nieco nadęte buziaki.

       

      01

       

      01 

      Kończąc wpis pozwolę sobie podziękować za piękne świąteczne i noworoczne życzenia, które składaliście na blogach. Oby dla nas wszystkich Nowy Rok był szczęśliwy, lalkowy i pełen zdrowia!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (32) Pokaż komentarze do wpisu „Bild Lilli”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 01 stycznia 2013 14:07
  • czwartek, 20 grudnia 2012
    • Piękno obrusa

      W związku ze zbliżającymi się świętami postanowiłam poświęcić wpis obrusowi na wigilijny stół. Przygotujcie się na dużo spamu zdjęciowego:

       

       

      01

      Oto obrus w wersji niewyprasowanej. Za chwilę przekonacie się, jak wypięknieje po użyciu żelazka! Stanie się gładki niczym jedwabna chusta, promienieć będzie śnieżną bielą i onieśmielać swoim prostokątnym kształtem. Po uprasowaniu godny będzie pieśni minstreli, prezentacji na królewskim dworze i tytułu "Mistera obrusów 2012".


       

      Wybaczcie głupi żart. Na zdjęciu powyżej widać wcale nie obrus, a fragment sukni lalki, której jeszcze nie miałam okazji zaprezentować. To smutna panna młoda. Smutna jest dlatego, bo tkwi samotnie w pudełku, oczekując na narzeczonego, który nigdy nie nadejdzie, bo nie został przez Mattel wyprodukowany. Stąd na twarzy lalki brak uśmiechu i zrezygnowane spojrzenie.


      01

       

      02


       

      W dziejach firmy Mattel ślubnych lalek było na pęczki. Część z nich sprzedawano z bogatym "wyposażeniem", w skład którego wchodzili panowie młodzi, a czasami nawet i druhny. Takie podejście w pełni rozumiem. W końcu panna młoda powinna mieć u boku ukochanego. Bez niego jej istnienie nie ma sensu. Przecież przed ołtarz nie idzie się samotnie, a z mężczyzną u boku.


       

      03

       

      03

       

       

      Moja samotnica nie ma zbyt dużych szans na spotkanie kena, który założyłby jej na paluszek obrączkę. W serii, w której ją wydano - "Sophisticated Wedding Barbie", pojawiały się wyłącznie lalki-dziewczęta. Z braku odpowiedniego lalkowego mężczyzny mogłabym oczywiście stworzyć parę damsko-damską, ale sęk w tym, że pozostałe laleczki z tej ślubnej serii niespecjalnie mnie porwały. Są piękne, bo każda panna młoda promienieje urodą i wewnętrznym szczęściem, ale "z twarzy" i "z charakteru" nijak do mojej nie pasują.


       

      04

       

       

      Brak pana młodego trochę mi w przypadku mojej Baśki przeszkadza. Gdyby u jej boku stał jakiś przystojny chłopiec, to jej uroda uwidoczniłaby się na jego tle jeszcze bardziej.

       

      - - -

       

      Aby nieco pomóc ślicznotce wysłałam do niej z romantycznym posłannictwem pana wyprodukowanego przez inną firmę niż Mattel. Niestety "Romeo" jest nieśmiały i bardzo się wstydzi, że nie posiada eleganckiego garnituru i butów. Dlatego nie zdecydował się jeszcze przedstawić dziewczynie, czekając na czasy, gdy będzie prezentował się bardziej wytwornie.



      05

       

       

      Nie da się ukryć, że chłopakowi świecą się do dziewczęcia oczy. Trzymam za niego kciuki, aby szybko wystarał się o stosowny strój i z powodzeniem uderzył do smutnej panny w konkury :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Piękno obrusa”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 20 grudnia 2012 15:02
  • środa, 12 grudnia 2012
    • Seksapil to nasza broń kobieca

      Dzięki bardzo ciekawej stronie internetowej, (http://dollreference.com/bild_lilli_clones_competitors.html), udało mi się zidentyfikować sympatycznego klonika, który mieszka u mnie od ponad roku lat, a do tej pory nie doczekał się prezentacji. Lalunia jest maleńka (7,5 cala), zabawna i - Dzięki Ci Panie! - sygnowana na plecach napisem: "British Patent #804566 and U.S. patent #2925684", co pozwala szybko namierzyć kraj jej produkcji, czyli Australię.


      01

       

      Dziewczątko jest świadectwem mojego fisia na punkcie Bild Lilli, rozwijającego się od początku zainteresowania lalkami. Kiedy nadarzyła się okazja zdobycia australijskiej krewniaczki Lilli, to niespecjalnie długo zastanawiałam się nad tym, czy w istocie chcę ją mieć. Wiedziałam, że "tak". Od tamtej pory moje zdanie się nie zmieniło, więc decyzja o jej przygarnięciu była słuszna.


      Paskuda została  nadkąszona nielitościwym zębem czasu, co specjalnie nie dziwi, bo nie była przechowywana "za szybką", a eksploatowane w celach zabawowych. Ma trochę przebarwień na ciele, starł się jej makijaż i wykruszyła część włosów, ale za to jej nogi są pierwsza klasa. To, że ledwie trzymają się na gumkach, to już inna sprawa :P


      02

      Według różnorakich badań psychologicznych nóżki tej lalki stanowią ziszczony fetysz męski. Podobno panowie bardzo często fantazjują o gorącym seksie z piękną kobietą, ubraną tylko w szpilki. A Lila ma szpileczki na stałe i nogi zgrabne, niczym modelka :)


      Buziak lalki wygląda jakby pracował nad nim malarz-kubista: ślepki są nierównej wielkości, a usta - krzywe. Taki to już urok ręcznej roboty. Najlepiej i najbardziej symetrycznie prezentują się chyba dziurki w nosie :P

       

      03

      Twarz trochę się świeci. Została wykonana z twardego plastiku. Jeśli w niego mocniej stuknąć, to się pokruszy. Dlatego nie planuję stukania.

       

      Pomimo niedoskonałości i tak lubię ten pyszczek. Nie mam najmniejszej chęci by go przemalowywać lub poprawiać. Jedyne, co w najbliższym czasie zostanie zmienione - to włosy, które po dotknięciu kruszą się w palcach.


      04

       

      W porównaniu z lalkami Barbie kloniczka jest mikruskiem. Zdecydowanie bliżej jej do laleczki Dawn, niż do "wielkiej" kuzynki od Mattel.


      06

      Dawn czuje się trochę nieswojo w towarzystwie Lilki. Ta dziwna lalka, której stopy są przyrośnięte do pantofelków, patrzy jakoś tak niepokojąco, jak modliszka. Może chce zjeść blondynkę na kolację?

      07

       

      U boku pełnowymiarowej laleczki Lilutka wydaje się wyjątkowo małym potworakiem. W dodatku łysym i pozbawionym górnej części czaszki. Przed wykonaniem zdjęcia musiałam jej usunąć "kopułkę", bo samoczynnie wypadła jej część włosów i nad czołem zrobiła się łysina. W związku z tym dorosłam do decyzji, że koniecznie potrzebna jest zmiana całej fryzury. No i zdobycie ubranek w odpowiedniej skali, co nieco mnie przeraża, bo gdzie się szuka szmatek dla takiej ociupinki? Na szczęscie z butami nie będzie problemu :P

       

      Mam nadzieję, że w jednym z kolejnych wpisów będę miała okazję zaprezentować malucha po tuningu. Czekam na sobotę i niedzielę i dość dobre, poranne światło. Strasznie denerwuje mnie, że mój aparat "śnieży" przy robieniu zdjęć wieczorem.

       

      Chciałabym kiedyś pokazać Lilkę u boku prawdziwej Bild Lilli. Jeśli "Bóg da", to się wydarzy. Na pewno nie dziś, ani nie jutro, ale myślę, że w jakimś skończonym czasie. Strasznie ciekawie byłoby mieć kolekcję składającą się z różnych Lilek, które powstały w odległych zakątkach świata. Nie wiem, czy to mój lalkowy cel na przyszłość, bo miłość do Hot Toys wcale we mnie nie osłabła, ale biorę go pod uwagę.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Seksapil to nasza broń kobieca”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      środa, 12 grudnia 2012 20:50
  • niedziela, 25 listopada 2012
    • To se ne vrati?

      Dzięki snajperskiemu oku kolegi udało mi się namierzyć na eBayu Barbie, która wydawała mi się idealną kopią mojej pierwszej lalki od Mattel z dzieciństwa (swoją drogą, pierwszej i jedynej, którą miałam jako dzieciak, a w dodatku jako współwłaściciel, bo połowa rzeczonej lalki należała do młodszej siostry :P).


      Decyzja była szybka - kupuję! Chcę poczuć jeszcze raz zachwyt, który towarzyszył mi przy odpakowywaniu tego lalkowego cudu z pudła!


       

      Lalka dotarła szybko. Wpatrywałam się w nią jak w tęczę i już, już miałam wyciągnąć ją z trumienki ... - gdy nagle w sercu zrobiło się zimno. Dlaczego na sukni lalki nie ma naszytego centralnie brylancika? Dlaczego z tyłu tekturki, do której przymocowana jest Barbie nie widać charakterystycznego, podobnego do różowego parasola, stojaka? Nie ma! Kupiłam nie tę lalkę, o którą mi chodziło! O rety ...

       

      Z rozgoryczenia nie wyciągnęłam nawet lalki z pudła. Bidula pozostała NRFB. Choć jest ona na pewno "Super style" Barbie z 1988 roku, to niestety nie jest identyczna z moim wspomnieniem sprzed lat. I dlatego - szukam dalej, a duszę mam zwichniętą i zalaną czernią.

       

      Śliczna skądinąd Basia siedzi nadal w swoim pudle, nierozpakowana i czeka na lepsze czasy. Ja zaś głowię się nad nierozwiązywalnym pytaniem: puścić ją dalej w świat, czy zostawić? Bo może już więcej nie trafi mi się okazja zdobycia takiej lalki? Ale znowóż w głowie zaczyna dźwięczeć dzwonek alarmu, który krwawymi zgłoskami krzyczy: TE RÓŻNICE SĄ NIE  DO PRZYJĘCIA! Drobne różnice, ale jednak - znaczące. Rzutujące na odbiór lalki. Wywołujące mętlik w głowie. Bo Baśka w zasadzie jest ta sama, ALE ...

       

      A Wy co byście poradzili?

       

      01

       

      02


      No i co ja mam z tobą zrobić, paskudo?

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „To se ne vrati?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 listopada 2012 19:49
  • sobota, 17 listopada 2012
    • Barbie czy nie Barbie?

      Gdyby spytać przeciętnego rodzica, jak nazywa się producent Barbie, odpowiedź brzmiałaby: Mattel. To samo pytanie, zadane zadeklarowanemu miłośnikowi lalek, wyzwoliłoby dłuższy potok wymowy, bo oprócz Mattel na pewno zostałyby wymienione firmy takie jak CIPSA (Meksyk), Aurimat (Meksyk), Basa (Peru), Leo Toys (Indie), Estrela (Brazylia), Richwell (Filipiny), Rotoplast (Wenezuela) i Congost (Hiszpania). Bo tak się składa, że Mattel, będący firmą-matką lalki Barbie, kilkukrotnie udzielał legalnej koncesji na produkcję legendarnej, plastikowej damy innym wytwórcom zabawek. Stąd lalki, pochodzące z tych firm, należy uznać za pełnoprawne wytwory rynku zabawkarskiego, które w żadnym wypadku nie mogą być uważane za klony.

       

      Wśród międzynarodowych kolekcjonerów największą popularnością cieszą się Barbie wyprodukowane przez meksykańską firmę CIPSA. Na eBayu można oglądać zapudełkowane okazy, których cena zapiera dech w piersiach i powoduje, że od razu nabiera się ochoty, by sprzedać część swego mienia i wzbogacić kolekcję o śliczny, meksykański, lalkowy rodzyneczek.

       

      01

      Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicog.jpg

      02

      Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagico.jpg

      03

      Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicob.jpg

      04

      Zdjęcie pobrałam z aukcji eBay, z adresu: http://home.comcast.net/~romancingthedoll/bmagicoc.jpg

       

      Lalki z CIPSy początkowo korzystały z typu twarzy Steffie. Po pewnym czasie firma zdecydowała się dodać jeszcze jeden facemold i opracowała postać przyjaciółki Barbie o imieniu Valerie, korzystającej z buziaka "Stacey". Piękną wersję Valerci można obejrzeć w galerii użytkownika serwisu Flicr - Nicolenicole, pod adresem:

      http://www.flickr.com/photos/14049636@N00/with/3181699457/#photo_3181699457


      Facemold "Superstar" zawędrował do CIPSy stosunkowo późno i był mniej popularny od moldu "Steffie". Widocznie meksykańskie dzieciaki wiązały ze Steffie swoje najwcześniejsze wspomnienia i dlatego Superstarom nie udało się odbić pierwszego miejsca w ich sercach. W naszym kraju było, zdaje się, odwrotnie, ale to całkowicie zrozumiałe - przecież dovierały do nas głównie uśmiechnięte blondynki.

       

      Świetnie byłoby mieć w zbiorach lalkę Barbie, która została wydana poza firmą-matką. Byłaby ona białym krukiem i fajnym przykładem na to, że Barbie nie zawsze musi pochodzić od Mattel, a mimo to w pełni należy się jej firmowe miano.

       

      A na koniec notki nakabluję - Baśkę od CIPSy ma w swoich zbiorach Jewel Snake: http://playscaledolls.blogspot.com/ Szukajcie na jej blogu fotek, a znajdziecie tę perełkę - "Cipsia" ukryła się na tle "Stefiów" od Mattel.

      -----------------------------------------------------------------------------

      Dzięki Valhalli biorę udział w zabawia blogowej "Liebster blog" :) Dzięki paskudo za miłe wyróżnienie.

      liebster

      Zasady uczestnictwa:

      "Nominacja do Liebster Award jest otrzymywana od innego blogera w ramach uznania za „dobrze wykonaną robotę” Jest przyznawana dla blogów o mniejszej liczbie obserwatorów, więc daje możliwość ich rozpowszechnienia. Po odebraniu nagrody należy odpowiedzieć na 11 pytań otrzymanych od osoby, która Cię nominowała. Następnie Ty nominujesz 11 osób (informujesz ich o tym) oraz zadajesz im 11 pytań. Nie wolno nominować bloga, który Cię nominował."

       

      Valhalla zadała mi następujące pytania:

       

      1.      Gdybyś miała żyć w dowolnie wybranej epoce, jaka by to była?
      W epoce romantyzmu, ale wyłącznie pod warunkiem, że urodziłabym się w rodzinie szlacheckiej lub jakiejś zamożnej rodzinie mieszczańskiej. We wcześniejszych stuleciach ludzie nie mieli w domach pryszniców i ubikacji z bieżącą wodą. Naukowcy udowodnili, że nasi przodkowie dość rzadko się myli i w rezultacie - nie najlepiej pachnieli. Dodatkowym czynnikiem kuszącym byłaby możliwość spotkania na żywo Adama Mickiewicza, którego próbowałabym uwieść (Ach panie Adamie! Pan jest boski!)
       
      2.      Jakie jest Twoje najmilsze wspomnienie z dzieciństwa?
      Noc pod namiotem w Bieszczadach na wycieczce z rodzicami. Miałam strasznego boja, bo tata wmówił mi, że przyjdzie do nas niedźwiedź, a kiedy rano okazało się, że żaden niedźwiedź nas nie nawiedził, to przez chwilę byłam najszczęśliwszym dzieciakiem na ziemi.
       
      3.      Gdybyś resztę życia miała spędzić w jednym miejscu na Ziemi, to co to by było za miejsce?
       
      Ciepłe łóżko. O tak!
       
      4.      Czy wierzysz w życie pozagrobowe?
      Rozum podpowiada, że czegoś takiego nie ma, ale nadzieja każe wierzyć, że po śmierci istnieje "tamten świat". Wychowanie w wierzącej rodzinie też robi swoje.
       
      5.      Na wymarzone śniadanie zjadłabym…
      Jakiś leciutki tort czekoladowy (nom, nom, nom, nom).
       
      6.      Jaki jest Twój ulubiony strój?
      Zdecydowanie - pidżama.
       
      7.      Jaki byłby scenariusz Twojej wymarzonej randki?
      Jakby to ująć - ja i odmłodzony o 20 lat Johnny Depp w jakimś odosobnionym miejscu, gdzie można byłoby go niecnie wykorzystać (Ach jaka szkoda, że nigdy się nie zdarzy, chlip).
       
      8.      Czy boisz się dentysty?
      Boję się i drżę na samą myśl. Oj, już mi słabo, po udzieleniu odpowiedzi na to pytanie.
       
      9.      Jesteś rannym ptaszkiem czy sową?
      Z wyglądu to bardziej przypominam sowę - duże uszy, duże ślepia i upierzenie w ciemnej tonacji.
       
      10.  Ulubiony drink?
      Plebejski - piwo. Na drinkach ni hu-hu się nie znam.
       

      11.  Jakiego utworu muzycznego mogłabyś słuchać na okrągło przez co najmniej tydzień?

      Obawiam się, że nie istnieje. Tydzień to za długo na jeden utwór. Mogłaby być ewentualnie płyta długogrająca, dajmy na to - Tool'a.

       

      Swoje pytania do kolejnej osoby muszę przemyśleć, tak więc pojawią się dopiero za jakiś czas.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Barbie czy nie Barbie?”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 17 listopada 2012 22:47
  • wtorek, 06 listopada 2012
    • Ivanhoe

      Jedyną książką Waltera Scotta, którą obecnie mam w domu, jest "Ivanhoe". Jak na osobę, która połyka powieści historyczne w ilościach hurtowych, to niewiele, bo Scott spłodził przecież ogromną ilość dzieł poświęconych rycerskim dziejom Szkocji. Sęk w tym, że twórczość klasyka nieszczególnie mnie porywa. O ile przed naszym Mickiewiczem gotowa jestem paść plackiem i bić mu pokłony (jestem głęboko przekonana, że był geniuszem, jego utwory czytam z wypiekami na gębie i drżeniem w sercu i generalnie mam daleko posunięte fiksum dyrdum na jego punkcie), to szkocki pisarz mnie "nie rusza".

       

      01

      Nasz wieszcz wyglądał w młodości jak przyćpany muzyk zespołu rockowego, który wszystko ma w nosie i pewnie dlatego kobity tak za nim szalały. Wedle przekazów historycznych, pan Adam korzystał ze sławy ile wlezie i zaliczał fanki na pęczki. W szkołach wszelako nie uczą dzieci, że straszny był z niego jebaka i świntuch, bo to podkopało by świetlany pomnik, który zbudowali mu potomni.

       

      "Ivanhoe" lubię chyba z jednego powodu - i to najmniej istotnego, czyli wątku romansowego. Dla niewtajemniczonych - krótkie wyjaśnienie ze spoilerem. Kto spoilerów nie lubi - niech  notki absolutnie dalej nie czyta, bo zepsuje sobie apetyt na przeczytanie książki i, co gorsza, na obejrzenie nędznych filmideł, które nakręcono na jej podstawie.

       

      02

      Wyjątkowo okropna ekranizacja powieści. Jedynym jasnym punktem jest to, że gra w niej Sam Neill, który niestety pod koniec umiera (ojej, zaspoilerowałam). Ale można sobie na niego trochę popatrzeć jak lata w zbroi i z NAGIM mieczem. Innych, godnych zapamiętania widoków golizny, ku mojemu ubolewaniu, nie ma :(

       

      Otóż na świecie żyje sobie cnotliwy i honorowy rycerz, rzeczony Ivanhoe, który z jakiegoś niewiadomego powodu jest szczególnie pożądany przez kobiety (pewnie jest oszałamiająco przystojny, męski i ma wielką, twardą i wiecznie wzniesioną ku niebu lancę). Los pcha w jego objęcia dwie atrakcyjne damy: narzeczoną - Rowenę (piękna, miła, przepełniona uczuciami patriotycznymi arystokratka) i Rebekę (córka żydowskiego kupca, kobitka wielkiej urody i sporej dzielności). Obie panie chciałyby przygarnąć rycerza do swego łona, przy czym Rebeka zdaje sobie świetnie sprawę z tego, że różnice, nazwijmy to - kulturowe, nie pozwolą jej urzeczywistnić marzenia, więc wzdycha sobie do chrześcijańskiego ciacha po cichu.


      W adoracji Ajwenhoła Rebece przeszkadza nieco porwanie przez napalonego na jej niewieście wdzięki rycerza zakonnego, który stawia kobicie ultimatum: Albo będziesz moja, albo stanie się coś strasznego! (nogi ci zaśmiardną, porazi cię wieczne zatwardzenie  albo kot narobi ci do łóżka itp. itd.).

       

      Ivanhoe rusza na pomoc uwięzionej (patataj, patataj, patataj, ihaaaaa!), odbija Rebekę i ... potulnie wraca do narzeczonej. Uratowana ślicznotka płacze w rękaw i romanca się kończy. Zresztą inaczej nie może być, bo chrześcijański rycerz nie hajtnie się raczej z Żydówką, ani ona z nim, a bez ślubu raczej się nie połączą, choć oboje zapewne mają ochotę i myślą intensywnie o liczbie 69.

       

      Aha! - w tle opowieści szwenda się Robin Hood, Ryszard Lwie Serce, cała kupa nienasyconych seksualnie Templariuszy, jak również błazen, chłopstwo i szlachta w ilościach niepoliczalnych.

       

      A teraz "clue" tego całego wpisu, żeby nie było zupełnie od czapy. Gdyby bohaterki powieści były lalkami, to w mojej inscenizacji, wyglądałyby następująco:

       

      Rowena

      Blondyniasta Rowena (w tej roli plażowa P.J.)


      Rowena 2

      Mówię wam, średniowieczne damy na bank chodziły w bikini ;)


      Rebeka

      Czarrrrrrrnowłosa Rebeka (w postać Izraelitki wcieliła się Barbie-Hawajka)


      Rebeka 2

      Niebrzydka jest skubana :P


      panie razem

      Brygada "RR" - Rowena i Rebeka

      Ja się w zasadzie nie dziwię, czemu Ivanhoe miał rozterki sercowe. Obie dziewuchy były przyjemne dla oka i miały fajne nogi :P

       

       

      Aha, ten wpis to właściwie jest pożegnanie z P.J., która na dniach pojedzie do nowej właścicielki. Zachciało mi się uwiecznić ją na zdjęciach (ku pamięci), a że w porównaniu z ciemnowłosa koleżanką tchnie słodyczą i miękkością charakteru, więc idealnie nadała się do roli Roweny.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Ivanhoe”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 06 listopada 2012 20:44
  • czwartek, 18 października 2012
    • 9,75

      Musical to dla mnie forma niestrawna. Próbowałam ją przyswoić i polubić, ale zwyczajnie nie dałam rady. Swoje spotkania z przedstawieniami i filmami muzycznymi wspominam jako epickie klapy. Z tego powodu obejrzenie filmu "Sweeney Todd - demoniczny golibroda z Fleet Street" było dla mnie sporym i bolesnym wyzwaniem. Dusza wprost buntowała się przeciwko musicalowemu wyciu. Mękę seansu osłodziła mi wyłącznie obecność w filmie Johnny'ego Deppa, którego twarz "od zawsze" wywołuje u mnie zachwyt i niedowierzanie, że natura była w stanie stworzyć tak harmonijne i doskonałe męskie oblicze.

       

      johnny

      Bardzo ładny pan :)

       

      Johnny Depp, ucharakteryzowany na pomysłowego zabójcę, spodobał mi się na tyle, że nabyłam jego podobiznę od Hot Toys, o czym już doskonale wiecie, bo piałam z radości gdzie tylko się dało. Dziś moje emocje pozakupowe już tak nie szaleją, lecz nadal powodują uporczywe powracanie myśli do ostatniego nabytku. W związku z tym chciałabym jeszcze raz zatrzymać się przy postaci Sweeneya, tym razem próbując spojrzeć na niego jak na produkt. Jeśli nie znudziła Was dotąd postać morderczego golibrody to zapraszam na jeszcze jedno spotkanie z tym londyńskim gentlemanem, tym razem - w formie recenzji.


      01

       

      ---------------------------------------------------------------------

       

      1. Opakowanie.

      Przy odpakowywaniu większości lalek, które do mnie docierają, wzdycham sobie smutno pod nosem: "Gdzież, och, gdzież podziały się piękne czasy, gdy zabawki sprzedawano w prostych pudełkach, nie opancerzonych poplątanymi drucikami, taśmą klejącą i innymi diabelskimi wynalazkami współczesności!" Przy wyjmowaniu Sweeneya z opakowania nie musiałam uruchamiać zwyczajowego zestawu jęków. Nie było ku temu podstaw. Producent umieścił figurkę w kilku warstwach wyprofilowanego plastiku, który nie tylko skutecznie ochronił ją od jakichkolwiek uszkodzeń ale i pozwolił na szybkie uwolnienie Sweeney'a z wnętrza pudła. Obyło się bez cięcia taśm, rwania drucików, walki z oporną tekturą. Alleluja, niech pochwalone będzie imię lalkowego Pana!


      02

      Akcesoria Sweeney'a umieszczone w plastikowej przekładce. Czas wyjęcia - poniżej 1 sekundy. Czas ponownego umieszczenia w opakowaniu - także poniżej 1 sekundy.

       

      Opakowanie zewnętrzne zabawki różni się znacząco od pudełek, w których przybywały do mnie poprzednie lalki formatu 1:12. Po pierwsze - jest bardzo duże. "Trumienka" Barbie wygląda na jego tle niezbyt okazale i wydaje się maciupka. Po drugie, tekturowy "dom" Sweeneya wyróżnia się mroczną kolorystyką, która powinna zadowolić każdego wampira  :)


      boxes


      "Czarna skrzynia" jest wykonana bardzo starannie i przede wszystkim - w taki sposób, że jej otwieranie nie nastręcza żadnych trudności. Ciekawym akcentem jest biegnący z przodu pudła "krwawy ślad" brzytwy. Poza tym na opakowaniu brak ozdób. Ascetyczny styl pasuje do "mrocznej" zawartości i jest nienatarczywy. W mojej opinii ta prostota zasługuje na pochwałę.


      Podsumowując: Opakowanie nie tylko spełnia rolę ochronną ale i cieszy swoją estetyką. Całokształt "na duży plus". Pudełko zgarnia 10 punktów na 10 możliwych.

       

      2. Dokładność odwzorowania rysów i fryzury Sweeneya.


      Pierwsze spojrzenie na twarz figurki rozwiewa wszelkie wątpliwości - przed nami stoi Sweeney, czy raczej ucharakteryzowany na demonicznego zabójcę Johnny Depp. Podobieństwo zabawki do ludzkiego pierwowzoru jest porażające. Największe wrażenie robią oczy, które wydają się należeć do żywego człowieka. Równie dobrze prezentuje się "makijaż" i cieniowanie twarzy - każdą plamkę farby naniesiono z niezwykłą precyzją, tak, aby wywołać wrażenie obcowania z prawdziwą osobą (oczywiście 12 razy zmniejszoną ).


      Sposób, w jaki artyści z Hot Toys opracowali twarz Sweeneya, uznaję za godny tytułu mistrzowskiego.

       

      front

       

      03

      Oczy golibrody błyszczą jakoś tak podejrzanie. Albo ma bestia gorączkę, albo planuje kolejny mord ...

       

       

      Można by powiedzieć - głowa idealna. Na tej doskonałej kopii jest niestety rysa. Przyjrzyjmy się fryzurze Todda w perspektywie "z lotu ptaka". Przez środek bujnej (plastikowej) czupryny biegnie niepokojące pęknięcie, sygnalizujące miejsce łączenia "włosów" z częścią twarzową figurki.


       

      z lotu ptaka

       

      W mojej opinii to rozwiązanie chybione. U innych zabawek od Hot Toys zastosowano sprytniejsze typy maskowania łączeń. Ze względu na tę "niedoróbkę", w kategorii "podobieństwo" przyznaję produktowi 9 punktów na 10 możliwych.

       

      3. Strój

       

      Sweeney ubrany jest w strój, będący doskonałą kopią kostiumu ekranowego, co oznacza, że jego ubranie jest wielowarstwowe: pod czarnym płaszczem kryje się ekstrawagancka pół-marynarka, pod marynarką - koszula. Spodnie przytrzymywane są "prawdziwymi" szelkami, a pod nimi schowana jest ... bielizna. Jestem pełna podziwu dla firmy Hot Toys, której chciało się szyć dla Sweeneya gaciorki :D

       

      Każda część garderoby jest uszyta bardzo starannie, z oddaniem charakterystycznych detali. Wierzchnie części są wyposażone podszewką, tak jak ubrania prawdziwych ludzi.

       

      Negatywną cechą wielowarstwowej odzieży jest znaczne ograniczenie ruchów Sweeneya. Teoretycznie może on "wyginać śmiało ciało", bo macierzysta firma zaopatrzyła go w trzydzieści dwa punkty artykulacji. Jak tu jednak przybierać różnorakie pozy, gdy jest się skrępowanym trzema warstwami ciuchów? Po prostu się nie da. Aby móc "działać" konieczne jest zdjęcie nadmiarowych elementów garderoby.


      05

      Jak sobie człowiek wyskoczy z ciuszków, to można złapać brzytwę do ręki, za pas zatknąć białą chustę i zacząć zarzynać klientów :D

       

      Dzięki starannie uszytemu strojowi plastikowy gentleman może śmiało kandydować do tytułu najbardziej eleganckiego dandysa-zabójcy wszechczasów :)

       

      Przy okazji może także zawalczyć o miano dziwadła roku. Bo chodzi tutaj, proszę Szanownego Państwa, o coś takiego:


      06

      Buciki niby fajne ....

       

      07

      ... ale gdzie u licha podziały się stopy?

       

      Otóż to! Wzmiankowany Sweeney nie ma stóp! Buty robione są "na wkrętkę". Po ich zdjęciu ukazuje się od spodu dziura w nodze. Można w nią włożyć stópkę od innego "hottojsa", ale właściwie po co? Sweeney na bosaka wyglądałby przecież niepoważnie.

       

      Z tego powodu, pomimo dość dziwnego rozwiązania w kwestii obuwia, całokształt stroju i tak oceniam na 10 punktów.

       

      4. Akcesoria

       

      W minionych czasach pannom na wydaniu dawano z domu wiano, a w dzisiejszych - plastikowe figurki też takowe dostają.


      Na wyprawę Sweeneya składają się mordercze narzędzia pracy, stojak oraz diorama. Watch this:

       

      08

       

      11

       

      12

       

      diorama

       

      Wszystko toto fajne, tylko ... plastikowe, a diorama z tektury. Brzytwami nie da się nikogo zaciąć, nawet, gdyby bardzo się chciało. Nie mam żalu do Hot toys, że akcesoria są "udawane", ale fajnie byłoby zobaczyć takie bardziej zbliżone do oryginałów.

       

      Na stanie są też dwie pary rączek w różnych rękawiczkach. Jeśli Sweeneyowi znudzą się nałożone obecnie dłonie, to może je sobie wymienić na inne. Też bym tak chciała.


      10

       

      W kategorii "akcesoria" nie mogę przyznać mniej niż 10 punktów. Jest to wskazane, ale sumienie mi nie pozwala. Toż Sweeney jest uposażony lepiej niż niejedna barbiowa panna (sorry, Mattel'u!)

       

      A teraz, o Wielce Szanowni Czytacze, nadszedł czas na zsumowanie punktów. Moja genialna intuicja matematyczna mówi mi, aby wykonać następujące działanie:

      10+9+10+10 = 39

      39/4 = 9,75

       

      9,75 = tytuł dzisiejszego wpisu

       

      Jak widać Sweeney nie otrzymał ode mnie oceny maksymalnej. Rezerwuję ją dla lalki lub figurki, na której widok spadną mi kapcie, załzawią oczy, z uszu pójdzie para i w dodatku rozpoczną się sensacje żołądkowe. Zakładam, że kiedyś ją znajdę. A nawet jeśli nie, to przyjemnie będzie gonić za ideałem.

       

      Tym światłym i głęboko filozoficznym spostrzeżeniem żegnam się dziś z Wami. Dziękuję za wytrwałość przy czytaniu notki! Niech Bóg Wam w dzieciach wynagrodzi, albo w naturze (do wyboru!).

       

      - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - - -

       

      Na koniec wpisu zareklamuję nazwiska osób, dzięki którym powstała moja figurka. Uważam, że należy im się darmowa promocja - ludzie ci wykonali kawał świetnej roboty!

       

      credits

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „9,75”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 18 października 2012 22:53

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com