Doll land

Wpisy

  • niedziela, 21 maja 2017
    • Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie

      Kobitki lecą na drani – prawda to od wieków znana. Kilka czułych słówek, ogniste spojrzenie sięgające samego dna serca i aura awanturniczej przygody, otaczająca szemranych osobników, sprawiają, że niejednej babinie w nieodpowiedniej chwili miękną kolana ("serce im pika, jak klapa od śmietnika" - jakby to ujął mistrz rymu i taktu, Tytus de Zoo). O finale takiego mięknięcia raczej się już nie mówi, bo grawituje ono w kierunku niechcianych ciąż i walki o alimenty, a więc wkracza na grunt tematów grząskich i niebezpiecznych.

       

      Urok rzezimieszków nie jest jednak afrodyzjakiem doskonałym. Dziewczęta o niezłomnych zasadach moralnych są na niego dość odporne. Weźmy taką Bellę z bajki „Piękna i bestia”. Nie zmiękczyło jej ani miłosne ćwierkanie, ani imponujące fizys głównego antagonisty tej historii, przystojnego Gastona. Mimo to i tak wylądowała z nim w jednym pudełku. Oczywiście w postaci lalkowej.

       

      Na set „Belle and Gaston film collection doll set” czaiłam się od momentu gdy Disney Store ogłosił, że ma go w planach. Skusiły mnie zdjęcia promocyjne, na których było wyraźnie widać, że lalki dostaną twarze po aktorach, odtwarzających główne role w filmie. Nie jestem, co prawda, wielbicielką Emmy Watson, ale, jak to słusznie zauważyły internety, jej lalkowe wcielenie nawiązuje wyglądem raczej do  Justina Biebera, więc decydując się na Bellę zdecydowałam się w istocie na dziwotwornego babochłopa. Tu nadmienię, że takie niejednoznaczne z wyglądu lalki kocham namiętnie, więc wszystko pozostaje w normie.


       

      1

       

       

      Mimo „bieberowskiej” twarzy i głowy, wielkiej jak słoik na ogórki, Bella bardzo mnie cieszy. Udała mi się dziewucha mimo swoich mankamentów! Najważniejsze jest to, że patrzy całkiem rozumnie i nie szczerzy się jak głupi do sera. Bardzo podoba mi się jej wielowarstwowy i kolorowy strój, który jest miłą różnicą w stosunku tego, co obecnie serwuje nastawiony minimalistycznie, lalkowy rynek.


       

      7

       

       

      6

       

      Jedyną rzeczą, którą chciałabym w niej poprawić, jest fryzura, zbyt śmiało odsłaniająca czoło. Nie sądzę, aby mi się opatrzyła, bo Belle ma czoło rozległe jak pas startowy dla Boeinga. Szperając w sieci zauważyłam, że niektórzy właściciele tej lalki zrobili już z tym porządek. Ja niestety z tych, co to i chcieliby i boją się. Znając własny antytalent przy układaniu lalkowych fryzur przypuszczam, że kompletnie zniszczę to, nad czym producent trochę się jednak napracował (sądząc po ilości lakieru, którym zabezpieczył fryzurę, to miał nadzieję, że przetrwa ona potop, atak terrorystyczny i rządy PiS) i zostanę z poczochraną, lub koślawo uczesaną lalką. Oczywiście, jest jeszcze opcja, że kiedyś kupię sobie samolot i wtedy czoło Belli będzie jak znalazł, wszelako powiem Wam w zaufaniu, że chyba się na to nie zanosi.

       

       

      5

       

      Z Gastonem wszystko jest o wiele prostsze, bo w jego przypadku problem wielkogłowia i gigantyzmu "czołowego" po prostu nie istnieje. To właśnie Gaston natchnął mnie do zakupu całego setu i w związku ztym nie zostanie poddany krytyce. No, może troszkę poskarżę się na kształt jego brwi. Myślę, że mogłyby by być delikatniejsze, a nie tak ostro zarysowane, jak u jakiegoś Mefistofelesa. To, że Gaston ma w sobie pierwiastek zła, to fakt niepodważalny, ale kudy mu do piekielnego wielmoży? No kudy?


       

      2

       

       

      8

       

       

      10

       

       

      11

       

       

      Gaston z oczywistych względów nie sprawdzi się jako życiowy partner dla Belli, która gustuje w wielkich, owłosionych facetach z rogami na głowie, tak więc przeznaczam go do roli siewcy zamętu w damskiej, niezrzeszonej z Kenami części mojego lalkowego stada. To przyjemna, acz niebezpieczna fucha, bo istnieje możliwość, że moi panowie dorwą go którejś nocy, obedrą z bajeranckich łaszków i nauczą właściwego podejścia do kobiet. Gaston to oporny typek, ale jak uczy historia, czasami i takiej jednostce udaje się nalać oleju do głowy. Szczególnie jeśli leje się z pełnej beczki, przy użyciu właściwej siły :)

       

       

      3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 maja 2017 14:51
  • środa, 03 maja 2017
    • 20 maja - WEEKEND FANÓW LALEK w Warszawie

      Szanowni,



      Chciałabym przekazać informację o warszawskim spotkaniu lalkolubów, planowanych przez moich Facebookowych znajomych na 20 maja. Poniżej zamieszczam (za zgodą i aprobatą organizatorów) informację o spotkaniu:



      Termin: 20 maja, 12:00 - 20:00
      Miejsce: Klubokawiarnia Kicia Kocia, Al. Stanów Zjednoczonych 68, Grochów, Warszawa



      Garść informacji wstępnych/treść zaproszenia:
      Zapraszamy serdecznie wszystkich zainteresowanych i kolekcjonerów na zjazd fanów lalek.
      Szczegółowy harmonogram pojawi się na dniach, ale w planach:
      - sobotnie spotkanie integracyjne
      - pogawędki przy kawie, herbacie i innych napojach
      - możliwość wystawienia swoich skarbów by zaprezentować całość lub część swojej kolekcji
      - mile widziane osoby szyjące, rerootujące, naprawiające lalki - możliwość zrobienia galerii "przed-po" lub zaprezentowania na lalkach efektów swoich działań
      - SKLEPIK i możliwość wymianek! Dla osób chcących sprzedać swoje lalki/akcesoria przeznaczony będzie olbrzymi stół na którym każdy sprzedawca umieści swoje artykuły wraz z cenami (trzeba je samemu przygotować). Ponadto "wesoły koszyczek wymian" - czyli po ustalonym wcześniej kursie 1 do 1 wymiana butów, ubranek, akcesoriów i innych dodatków!



      Gdy tylko pojawią się nowe informacje o spotkaniu, zamieszczę je w tym wątku. Tymczasem zapraszam do przemyślenia sprawy i mam nadzieję, że zobaczymy się 20-go!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (6) Pokaż komentarze do wpisu „20 maja - WEEKEND FANÓW LALEK w Warszawie”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      środa, 03 maja 2017 11:52
  • niedziela, 30 kwietnia 2017
    • Serce to samotny myśliwy

      Jeśli wybierać się na bazar lub pchli targ, to egoistycznie i w pojedynkę, ewentualnie z członkiem rodziny, wtajemniczonym w hobby. Z koleżanką lub kolegą ze środowiska - kategorycznie "NIE", bo wspólne zakupy z innym lalkomaniakiem są jak wyścig o nagrody - każdy chce jak najszybciej dopaść wszystkie ciekawe lalki, a czując na karku oddech "rywala", który kroczy między stoiskami tuż przy naszym boku, zamiast cieszyć się z zakupów, człowiek leci jak petarda przed siebie, wiercąc dookoła głową i złoszcząc się, gdy to kolega znajdzie coś ciekawego.



      Zakupy "solo" dają szersze pole do manewru. Nie śpiesząc się ("bo mnie przyjaciel wyprzedzi") można więcej dojrzeć i dokładniej zmacać, po czym podjąć na spokojnie decyzję o zakupie lub odłożeniu towaru z powrotem na stoisko sprzedawcy.

       


      W myśl powyższych zasad wybrałam się dziś na jedno z popularnych, warszawskich targowisk. Wstałam rano (bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje) i zerkając lękliwie na niebo, które straszyło deszczowymi chmurami, pomknęłam w kierunku pchlego targu. Ludzi na bazarze było mnóstwo - zarówno sprzedawców jak i kupujących. Lalek też całkiem sporo, z tym że większość natrętnie współczesnych lub przynależących do niezbyt lubianej przeze mnie serii "Equestria girls". Wśród rozłożonych na kocykach rupieci można było także wypatrzeć całkiem dużo Steffi love starszego typu (pekińczyk) i lalek-szmacianek. U jednego sprzedawcy mignął mi także PRL-owski murzynek, którego jednak nie zdecydowałam się zabrać ze sobą ze względu na horrendalnie wysoką cenę.

       


      Przyznaję z ukontentowaniem, że (za pominięciem murzynka) zakupy całkiem się udały - upolowałam pięć lalek za łączną kwotę 11 złotych. Wszystkie dzisiejsze zdobycze to barbiowate. Cztery z nich nie mają jeszcze dość śmiałości, by się tu zaprezentować, przechodzą bowiem kurację kremem Benzacne (do ich rekonwalescencji na bank przyczynili się nieletni makijażyści, hołdujący prastarym tradycjom upiększania zabawek przy pomocy długopisu), więc pokażę Wam laleczkę numer 5, jedyną niezniszczoną członkinię upolowanej dziś gromadki.


       

       1

       


      Blondyna, która próbuje czarować niebieskimi oczami z powyższego zdjęcia, to klon Barbie z lat 80 - znany szerzej pod nazwą SANDY. To bardzo charakterystyczna osobistość, pieczętująca się ekscentrycznym, wieczorowym makijażem (zabójcze cienie do powiek + szminka czerwona jak maki na Monte Cassino) i oddana strojom oraz fryzurom z epoki wczesnej Majki Jeżowskiej. Mówiąc krótko - gwiazda wielkiego formatu! Nawet kształt jej brwi krzyczy o tym, że to niezwykłe zjawisko na lalkowym nieboskłonie :P

       


       

      5

       


      Nie wiem jaki splot okoliczności sprawił, że tak wielka dama znalazła się na kocyku sprzedającego "mydło i powidło" dziadka, ale dobrze się stało, bo trafiła stamtąd do mojej przepastnej torby, a później pod prysznic, na kaloryfer i przed obiektyw aparatu.


       

      6

       


      Serce mi łka i kwiczy z żalu, że przed rozpoczęciem foto-sesji musiałam drastycznie skrócić jej włosy, ale stopień pokudłania był tak wysoki, że w grę wchodziły już tylko dobrze naostrzone nożyczki. Sandy mają okropnej jakości włosy, porównywalne z czuprynami Betty teen. Ich kudełki można tylko podziwiać, bo czesane - niemiłosiernie się puszą i zbijają w kołtuny, na które nie pomaga ani porządna odżywka do włosów, ani olejek arganowy, ani nawet modlitwa do Aleksandra Macedońskiego, słynnego pogromcy węzła gordyjskiego. Moja Sandy nie miała wyboru - musiała pożegnać się z plątaniną na głowie na rzecz bardziej nowoczesnej i znacznie krótszej fryzury.


       

      4

       


      Sukienkę i buty zostawiłam jej za to oryginalne, bo i jedne i drugie były w świetnym stanie. Nie wiem, czy jest to strój firmowy Sandy, ale mam podejrzenia, że mogłam trafić full-set. Pamięć podpowiada mi, że w młodości widziałam lalki w podobnych wdziankach. Stuprocentowej pewności, rzecz jasna, mieć nie mogę, ale i tak zawierzę instynktowi, który każe wierzyć, że moja Sandy właśnie tak wyglądała po zejściu z taśmy produkcyjnej.

       

       

      3

       


      Za tydzień jadę na kolejny bazar, szukać lalkowego szczęścia. Z góry przepraszam, że nikogo z sobą nie zabiorę, ale tak to już jest, że niedobrze czuję się podczas polowania z nagonką. Serce to samotny myśliwy, a Stary Zgred to samotny łowca okazji :)


       

      2

       

      7

       

       

      I jeszcze drobny dopisek z ostatniej chwili (18.05.2017, godzina 20:36). Właśnie znalazłam zdjęcie bliźniaczej siostry mojej Sandy w sieci. W dodatku fabrycznie doczepionej do ojczystej tekturki! Co pozwala mi stwierdzić, że moja laleczka ma swój oryginalne strój. Yeeeeeeah!

       

      Sandy z sieci

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Serce to samotny myśliwy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 kwietnia 2017 19:17
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
    • Zwyklaski

      Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że gdy tylko wypatrzę w sklepie z zabawkami jakąś ciekawą lalkę płci brzydkiej, to powinnam ją jak najszybciej kupić, bo za rok nigdzie już nie będzie po niej śladu, a nowości, które zajmą jej miejsce, będą miały siłę rażenia niedosolonej wody po ziemniakach.



      Z każdą wizytą w pobliskich sklepach z zabawkami widzę coraz mniej atrakcyjnych dla siebie opcji. To, co zalega na półkach, to jakaś straszna bida z nędzą. Nie ma na czym zawiesić oka. Tęsknię za czasami, kiedy słowo lalka, oznaczało zabawkę bez wmoldowanych części garderoby i posiadającą w pudełku co najmniej jeden dodatek (choćby miał to być i symboliczny grzebyk).



      Podczas ostatnich zakupów aż do przesytu napatrzyłam się na nowych Kenów-Fashionistów i powiem Wam, nie jest dobrze! Nie tak dawno temu chłopcy z tej serii zginali jeszcze ręce i nogi, a na głowach mieli „prawdziwe” włosy, ale ktoś „z góry” postanowił, że to zbyteczny luksus i zmienił ich w smętnych nieruchawców o plastikowych koafiurach. Nie przypuszczam, aby matellowscy panowie, nie będący lalkami kolekcjonerskimi, mieli w najbliższym czasie odzyskać mobilność. Przepowiadam im przyszłość równie świetlaną, co kołkom w płocie. Ładnym kołkom, bo buziaki mają przez cały czas ujmujące, ale bądźmy szczerzy – gładkie liczko to bardzo mało, jeśli nie idą za nim inne przymioty.



      Jako zbieracz zafiksowany na lalkach płci brzydkiej zawczasu zadbałam, żeby wzbogacić swój „męski harem” wczesnymi wypustami Fashionistów. Uzbierałam zaledwie cztery lalki, bo nie zależało mi aby zastawić półki wszystkimi dostępnymi typami, a jedynie o to, by móc za kilka lat popatrzeć na zachomikowanych Kenów i za ich sprawą przypomnieć sobie, co było kiedyś na topie. Dlatego w witrynie znalazło się miejsce dla małej garstki nowożytnych młodzieńców. Czterech, to, jak na moje warunki, i tak całkiem sporo. Dla kontrastu napomknę, że Kenów z lat 80-tych w ogóle nie mam, bo szkoda mi zagracać mieszkanie lalkami, które kompletnie mi się nie podobają (w moim odczuciu doskonała większość "starych" Kenów idealnie oddaje prymitywną krzepę głupawych wiejskich parobków i nie zmieni tego fakt, że Mattel często ubierał ich, z uporem godnym lepszej sprawy, w stroje wieczorowe, które pasowały im jak krowie cylinder).

       



      Wiele osób sarka na to, że nowożytni Kenowie przypominają wymoczkowatych, boysbandowych lalusiów, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. Ich twarze bez wątpienia nie są twarzami nastolatków, a młodych i atrakcyjnych mężczyzn. Także ciała noszą znamiona „dorosłości”. Szczeniacki sznyt bierze się z pastelowych ciuchów i fryzur, mających nawiązywać stylem do nowoczesnych uczesań (nawiasem mówiąc, w bardzo nieudany sposób). Item - wystarczy zabrać Kenikom gimnazjalne szmatki i nieco przygładzić gniazda na ich głowach, a w mig robią się z nich eleganccy dżentelmeni.

       

       

      Życzyłabym sobie, aby tak miłych dla oka młodzieńców było więcej i w świecie realnym, tak aby każde wyjście na ulicę powodowało zawrót głowy i zafiksowanie oczu na jakiejś świeżej, atrakcyjnej mordce i figurze. I jeszcze, żeby za takim wyglądam szły odpowiednie cechy charakteru: życzliwość dla ludzi i zwierząt, uprzejmość w codziennych kontaktach, bezkonfliktowość, znajomość podstaw grzecznego zachowania. Ufff, ale się rozmarzyłam! No ale mamy wiosnę. Ta pora roku wywołuje kocenie się myśli w głowie, a że kocenie jest przyjemne, więc zamierzam folgować wyobraźni i wymyślać ile wlezie.  
      

       

      1

       

      * * *


      2

       

      * * *

       

      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      6

       

      * * *


      7 

       

      * * *

       

      5

       

      * * *

       8


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Zwyklaski”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 17:19
  • czwartek, 30 marca 2017
    • Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2

      Ojeju, ojeju, ojeju! Dzisiejszy dzień zaczął się tak po lalkowemu cudnie, że już bardziej się nie dało. Koleżanka z Facebookowej grupy opublikowała zdjęcie laleczki, której szukałam bez powodzenia od kilku lat. Zamieszczałam nawet w tej sprawie apel na blogu: http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html Wpis z prośbą o pomoc datowany jest 23 września 2011 roku, czyli gonitwa za wspomnieniem zajęła mi 6 lat, macie pojęcie?

       


      W mojej interpretacji malarskiej poszukiwana wyglądała tak:


      01

       

       

      A naprawdę, tak:


      2

      Zdjęcie dzięki ogromnej życzliwości i wsparciu koleżanki z Facebooka: Magdaleny Mroczek-Stachowiak. Magdalena jest autorką zdjęcia i właścicielką laleczki.

       

       

      Nie bardzo wierzyłam, że jeszcze kiedyś zobaczę laleczkę z tej serii, a tymczasem możliwe jest, że wśród znajomych mają ją aż trzy osoby, i to w różnych wersjach kolorystycznych włosów!


       

      Z rok temu, kiedy któraś z koleżanek napomknęła, że laleczki te pojawiły się na Olx, przeszukałam ten serwis wzdłuż i wszerz, wracając co kilka dni do haseł: mini Fleur, minnie Fleur, mała lalka, mała laleczka, drobna laleczka, malutka laleczka, laleczka PRL, laleczka pamiątka, laleczka kioskowiec, pamiątka PRL, zabawki PRL, stara lalka, stara laleczka itd. itp. Desperacja podpowiadała coraz to nowe kombinacje słowne, które, jak i poprzednie, wiodły na manowce.

       

       

      Tymczasem ociupinka nie chciała dać się odszukać. Dopiero teraz uśmiechnęła się do mnie ze zdjęcia i spowodowała, że moje serce zrobiło fikołka. Strasznie tęskniłam za jej widokiem. Wiem, że ta drobinka jest najprawdopodobniej naszym krajowym klonikiem serii "Little kiddles", co stawia ją o stopień niżej niż pełnoprawny wzór, ale jest moim wspomnieniem z dzieciństwa i gdybym mogła, to dałabym za nią i sto oryginałów.


       

      To wszystko dlatego, że taką samą kupiła mi za ostatni grosz mama. Pamiętam to jak dziś - była zima, a my brnęłyśmy w śniegu na przystanek autobusowy ze szpitala lub przychodni. Po drodze był kiosk ruchu, do którego, z jakiegoś powodu weszłyśmy. Chyba chodziło o zapałki. W tym kiosku przy kasie stał kosz, wypełniony po brzegi malutkimi laleczkami. Pamiętam, że nie mogłam od niego oderwać wzroku i że sprzedawczyni zrobiła uwagę, że małej księżniczce podobają się laleczki, a potem zaproponowała "A może pani córci kupi?" Pamiętam jak mama sprawdzała zawartość portfela i wygrzebała z niego kilka monet, które starczyły na jedną panienkę. Pamiętam też, jak ostrożnie wybierałam laleczkę z kosza, chcąc znaleźć najładniejszą i jak nagle trzeba było się spieszyć, bo autobus ucieknie, a drugi będzie nieprędko. Nie pamiętam tylko gdzie zgubiłam swoją białowłosą drobinę w białej sukienusi. Myślę, że tamtej, starutkiej już nie odnajdę, ale może kiedyś zdarzy się jeszcze cud i te śmieszne calineczki gdzieś wypłyną. Na wszelki wypadek od czasu do czasu sprawdzam znajome serwisy, wpisując hasło "mała laleczka PRL".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 marca 2017 19:29
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Aplauz dla Dzwoneczka

      Trwa adwent z jego wyrzeczeniami i „suchymi”, postnymi dniami. Lubię ten okres, bo pomaga okiełznać rozbuchane apetyty (nie tylko mięsno-czekoladowe), i świetnie przygotowuje do wybuchu wielkanocnej radości. Schlebianie swoim zachciankom to rzecz przyjemna, ale tylko do czasu, gdy nie zorientujemy się, że wieczna pogoń za nowościami zobojętnia na to, co mamy wprost pod nosem. Zatem, korzystając z dobrodziejstw adwentowego wyciszenia, wstrzymałam nieustające lalkowe polowania, koncentrując się na posiadanych zbiorach. Przecież one też są fajne, choć opadły już z nich fajerwerki nowości.


      W związku z powyższym zadecydowałam, że najwyższy czas rozpocząć cykl wpisów o „wykopkach archeologicznych”, czyli lalkach zamieszkujących ze mną już szmat czasu, ale dotychczas nie rozpieszczanych ani seriami z aparatu (fotograficznego) ani ciepłymi słowami na blogu. Przygotujcie się, proszę, na starocie. Dziś, przykładowo, pochylimy się nad Dzwoneczkiem z firmy Applause Inc.


       

      1


      O firmie-matce Dzwoneczka nie wiem zbyt dużo. Wikipedia podpowiada, że ma ona za sobą dość długą historię, której początki sięgają zamierzchłego 1966 roku. Firma trwa prężnie do dziś i jak u praźródeł swojego istnienia zajmuje się zabawkotwórstwem,  wypuszczając na rynek klocki, pluszaki, plastikowe figurki, lalki, jak również zestawy różnokształtnych ustrojstw wspomagających rozwój  najmłodszych. Przekrój jest szeroki, ale mnie interesuje tylko wąski wycinek, znaczy lalki.


      Lalki od Applause Inc. są w większości słusznych rozmiarów (skala 16') i dość wyraziste z twarzy. Wystarczy zrobić szybki przegląd eBaya, żeby zauważyć, że spora część z nich emanuje obłąkańczym czarem filmowego Jokera. Uśmiechy jak rozwarta paszcza rekina, szaleńczy wzrok, artystycznie stargany włos. Weźmy taką Arielkę. Jej uśmiech toczka w toczkę przypomina mi złowieszcze grymasy klauna-mordercy z filmu „To!”


      2

       

       

      Reszta towarzystwa, sygnowanego logo Applause Inc., wcale nie wypada mniej intrygująco. Moją faworytką jest przedziwnej urody Esmeralda – babsko duże i tęgie, promieniujące z oczu czystym bzikiem. Jest w tej lalce coś chorobliwego, co przywodzi mi na myśl pensjonariuszy zamkniętych zakładów psychiatrycznych, których  w dowód zasług uznano za szczególnie niebezpiecznych.


       

      2

       

      Za to applausowska Pocahontas jest śliczna i gdybym tylko mogła, to wzięłabym ją do siebie, nie bacząc na to, że głowę ma nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty ciała.


      3

       

       

      Mój Dzwoneczek wyrodził się z tej szajki dziwotworów i nie zaznał upiększeń typu wywalone z orbit gały i wyszczerz dentystyczny. Stało się tak najpewniej dlatego, że trudno byłoby upchnąć te okropieństwa w jej malutkiej twarzyczce. Kiedy Panbuczek rozdawał wzrost, Dzwoneczek stał na końcu kolejki i w związku z tym oszczędzono mu brzydoty większych, lalkowych sióstr. Wróżeczka jest karlicą (Prawie jak Tyrion Lannister. Osoby, które wiedzą kto zacz, mają u mnie chody) i mierzy  dokładnie tyle samo, co Skipper z lat 80-tych, choć jest nieco obfitsza w kobiece krągłości i znacznie cięższa. Od matellowskiej koleżanki różni się też materiałem, z którego ją wykonano - wszystkie jej części poza głową zostały odlane z twardego plastiku, tak więc jej zginalność jest symboliczna.


       

      4



      Niewielki rozmiar sprawia, że Dzwoneczek gładko wciska się w ubranka potworów z Monster High. Niestety ich buty już na nią nie pasują, bo stopy ma jak kajaki i w dodatku płaskie. Nieciekawie przedstawia się też sprawa jej włosów, które wszyte są tylko dookoła głowy, co zostawia na środku gładki, smutny placek (którego Wam nie pokażę, żeby nie kusić do wieczornego podjadania).


       

      5



      Choć w założeniu lalka ma oddawać drobną i delikatną istotę, jej tężyzna nijak nie przystaje do fruwającej między kwiatami wróżki. To już raczej lekkoatletka uprawiająca jakąś wymagającą krzepy dyscyplinę sportu – rzut młotem, rwanie ciężarów lub zapasy. Nie mogę wygnać z głowy myśli, że mój Dzwoneczek to dziewczę po  odżywkach białkowych, któremu marzy się kariera na igrzyskach ;P



      Bardzo lubię swojego "spasionego" Dzwoneczka. Może to kwestia odruchu warunkowego jak u psów Pawłowa – jak coś jest małe i napakowane, to uruchamia się we mnie miłosne połączenie na trasie: oczy-serce-mózg, a przystanki na tym szlaku mają znamienne nazwy: „Zobaczyłam”, "Zaśliniłam się z chcicy", „Kupiłam”, „Trzymam na półce”, „Dalej w świat nie puszczę”.


       

      6


       

      7

      

      Wszystkie zdjęcia Disneyowskich księżniczek - z eBaya!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Aplauz dla Dzwoneczka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 20:48
  • niedziela, 05 marca 2017
    • Momoko

      Po rozpakowaniu mattelowskiego zestawu „Jude Deveraux” jęknęłam i posmutniałam jak górnik, któremu żona kazała przed świętem Barbórki wleźć do balii i wyszorować się na glanc ryżową szczotką. Urodziwy pan lalek okazał się o pół głowy niższy od swojej partnerki. Różnica wzrostu uwypukliła się po ustawieniu tej dwójki w witrynie, w związku z czym, chcąc – nie chcąc, rozdzieliłam zakochanych, bo stojąc w parze wyglądali zbyt komicznie. Ona – jasna panienka o delikatności motylka i mlecznej cerze, spoglądająca na swojego napakowanego ukochanego z perspektywy żyrafy i on - konusik, o rozbudowanych ambicjach, potężny wszerz, choć pewnie wolałby wzdłuż.  



      Tego, co złączył Mattel, nie powinno się rozdzielać, ale lekce sobie ważę tę zasadę, bo moja krnąbrna natura nie godzi się na zestawianie niekompatybilnych połówek. Nie będę gnębić lalek rażącym niedopasowaniem tylko dlatego, że tak zachciało się producentowi. Wręcz przeciwnie, z dziką rozkoszą rozbiję łańcuch lalkowego zniewolenia, wymieszam lalki między sobą i tak je po kątach poustawiam, że nikt, kto do mnie zawita, nie zgadnie, z jakiego pudełka która pochodzi! Ha!



      Lubię wsadzać paluchy w świeżo zaczynione ciasto, mieszać w garnkach i motać wśród lalek. Właśnie dlatego wykluł mi w głowie pomysł ukonstytuowania u boku Raidera Momoko – laleczki w stu procentach odpowiadającej mu wielkością, choć pochodzącej z innego kontynentu i obcego mu kulturowo środowiska (dla przypomnienia, on pochodzi ze Stanów Zjednoczonych, ona – z Japonii). Zastąpiłam jeden dysonans innym dysonansem i bardzo mi z tym dobrze!

       

       

      32452052323_9fb16e5b1c_z

       


      Momoko to dla mnie lalka nieoczywista pod kątem posiadania i słabo rozpoznawalna „w stadzie”. Jestem perfekcyjnym momokowym profanem – wszystkie Momo wydają mi się identyczne, pomimo różnic w stroju, kolorze włosów i makijażu. To chyba jakiś rodzaj lalkowego daltonizmu, bo kiedy spojrzę na grupę Momoczek - widzę odbitą w kilku egzemplarzach sztampę. Taka lalkowa krótkowzroczność to rzecz dość smutna, ale za to pozwalająca na swojego rodzaju oszczędność - do szczęścia wystarcza mi nie więcej niż jedna taka lalka. Momokowy daltonizm pomógł mi też przy wyborze tej właściwej - po prostu kupiłam pierwszą lepszą, która napatoczyła się w znośnej cenie, bez parcia w kierunku jakiegoś szczególnie wyjątkowego egzemplarza.

       

       

      33266687095_3b32c5e86e_z

       


      Do Momoko czaiłam się jak pies do jeża, bo przez długi czas odstręczała mnie myśl o jej kruchości. Jak z przekonaniem twierdzą posiadacze tej zabawki, Momo cierpi na zaawansowaną osteoporozę, co najjaskrawiej przejawia się w okolicach kostek u nóg. Są one podatne na złamania i ukruszenia, nawet jeśli lalka jest troskliwie przechowywana w pudełku. Takie informacje nie napawały mnie szaloną chęcią, by przygarnąć jakiegoś potencjalnego połamańca pod swój dach. A jednak zmieniłam zdanie za przyczyną poznanej na OLX warszawskiej kolekcjonerki. Dzięki możliwości odbioru osobistego zdecydowałam się otworzyć serce na chrupką mamzelkę, pomimo tego, że była ruda (nie lubię rudego!) i uszkodzona w okolicach chudej pęcinki.

       

       

      32451949023_668029266f_z

       


      Nadłamaną nogę Momo udało się dość ładnie skleić i oszlifować, co napełniło moją poczerniałą, psujowatą duszę niemałą dumą.  Aby oszczędzić sobie w przyszłości widoku zaklajstrowanego uszkodzenia zapakowałam Momoczkę w buty za kostkę, aby na wieki zakryć jej wstydliwy sekret.

       


      Z ubraniami dla Mo nie było większych problemów - sukienkę odziedziczyła po chudym kloniku Ori princess, a buty po Pullipie. Z garderoby Barbie nie mogła skorzystać – wyślizgiwała się z każdej kiecki i spódnicy. Trochę mi żal, że nie trafiły do mnie jej oryginalne ubranka. Stroje od firmy Sekiguchi są bardzo starannie uszyte (o tak równiutkich ściegach i poprawnych proporcjach ubranek Barbie mogą tylko pomarzyć, nawet te kolekcjonerskie) i w przeciwieństwie do matellowskich łaszków, które bazują na workowatych wykrojach i tanich, połyskliwych, łatwo siepiących się materiałach, wiernie nawiązują do współczesnego stylu modnych ulic. Ktoś stwierdził kiedyś, że cała siła Momoko tkwi w ich strojach. Myślę, że tym stwierdzeniem trafił w samo sedno. Tak ładnych i funkcjonalnych ubranek nie ma żadna inna lalka w skali 11 1/5.

       

       

      32883664160_b170fe04e9_z

       


      Z twarzy Momoko przypomina mi długonose postaci z książeczek o Muminkach: Włóczykija, Małą Mi i Mimblę, choć zdecydowanie odróżnia się od nich smukłą figurą. Jej buźka jest młodzieńczo pyzata i mangopodobna, a makijaż cechuje daleko idący minimalizm. Szczególnie wyraźnie widać to po oczach, które prostotą przypominają oczka Steffi love. Przyznaję, że trochę mi to przeszkadza, bo lubię lalki o bystrym, „śledzącym za celem” spojrzeniu. Nie mogę się za to nachwalić proporcji jej ciała – laleczka jest filigranowa i szczuplutka, co pozwala jej skryć się z sukcesem w ramionach każdego, każdziuteńkiego Kena. W objęciach Raidera Momo wygląda jak malutki i nieporadny kwiatuszek. Właśnie taka powinna być rozmiarowo jego oryginalna partnerka.

       

       

      33266582395_d5251b9cfe_z

       


      Momo jest jedyną rezydującą u mnie lalką-nastolatką. Nie mając w sercu miłości do niedorostków nie wlokłam nigdy do domu ani Skipper, ani Stacie ani innych dzieciopodobnych tworów. Momo będzie wyjątkiem na tle moich „starczych” zbiorów. Jedna lolita w stadzie jest w sam raz.

       

       

      32883761450_3e9d5e2e88_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Momoko”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 05 marca 2017 18:15
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Uparciuszysko

      Mam w domu kilka lalek, z którymi non-stop bawimy się w złą macochę i Kopciuszka - ja ze wszelkich sił próbuję wygonić je w świat, a one jak ten rzep na psim ogonie, trzymają się półek i za nic dają się stamtąd zegnać. Wypróbowałam już kilka sposobów usuwania tego plastikowego balastu, ale żaden nie poskutkował. Kiedy wrzucam takie lale na Allegro, to mogę mieć pewność, że pojawi się kilku obserwatorów, ale ani jeden licytujący, a kiedy proponuję komuś wymianę, to finalnie i tak kończę w punkcie wyjścia, bo ludzie w ostatniej chwili wycofują swoje propozycje. Czego by nie zrobić – te zdradliwe, plastikowe zarazy i tak postawią na swoim i nie dadzą się wykurzyć za próg (co najwyżej zagnać do „pudła hańby”).

       

      Stare, chińskie przysłowie głosi: "Skoro nie możesz pozbyć się wroga, to spróbuj zwyciężyć go miłością"* Inaczej mówiąc - skoro już jesteś na coś skazany, to obrażaj się na nielubiany przedmiot a spróbuj go polubić. To, że  każda rzecz dysponuje pewnymi chwalebnymi przymiotami, trochę ułatwi sprawę.

       

      Wychodząc z tego  punktu widzenia spróbuję zacząć od pochwał w kierunku przedstawianej dziś, wielce nielubianej laleczki. Mogę na przykład napisać, i zrobię to zupełnie szczerze, że ma ładne oczy. Fioletowe tęczówki z purpurową plamką nie są powszechne wśród Barbie, a ona ma to szczęście, że dostała właśnie takie urokliwe kolorystycznie patrzałki. Gdyby przebrać ją w dothracki strój i dać na ramię smoka, to może mogłaby nawet udawać Daenerys Targaryen (tu pozdrawiam fanów cyklu "Pieśń lodu i ognia". A żeby nie było, że mi się na blogu zagnieździła nierówność społeczna i wykluczenie, to wszystkich pozostałych też pozdrawiam).

       

       

      32549577301_00fb0239c2_z

       

       

      32518874122_f4888b3922_z

       

       

      32518939442_3651db675c_z

       

      Plusik należy się jej także za długie, platynowo-słomkowe włosy. To trudny kolor i nie każdej przedstawicielce płci pięknej pasuje. Dobrze wiem co mówię, bo przez pewien czas miałam taką bladą łepetynę i w opinii znajomych i bliskich wyglądałam jak śmierć na chorągwi. Dlatego teraz szczerze doceniam każdą kobitkę, która umie z sukcesem nosić na sobie taką barwę.

       

      Gdyby te obłędne włosy skombinowano z mleczną cerą, to już dawno jęczałabym z zachwytu, ale nie – twarz i ciało laleczki są różowiutkie jak skórka na małym prosiaku. Niby żaden wielki zarzut, ale o szlachetności wyglądu w takim kontekście mówić się już raczej nie da.

       

      Nie da się też ukryć, że lalka należy do serii świątecznej (Holiday Barbie), w której przez lata trafiały się szlachetniejsze i mniej szlachetne wypusty. Moja Barbie należy do pośledniejszych lalek, które nie są zbytnio cenione przez kolekcjonerów. Szperając po Internecie znalazłam stronę poświęconą wycenom Holidayek (http://happyholidaybarbies.blogspot.com/p/blog-page_8.html), gdzie moja platynowłosa plasuje się na najniższych miejscach listy. Czy jest brzydsza od pozostałych koleżanek z serii? Chyba nie. Znaczenie może mieć to, że wydano ją w dużej liczbie egzemplarzy, bardzo rzutującej na popularność lalek.

       

       

      31828877114_7f9c398d5f_z

       

       

      32631140116_ae701bbc9c_z

       

       

      31828955244_c509897640_z

       

      Holidayka jest dla mnie lalkowym symbolem zimy i świąt, które odeszły od nas wraz z choinkami kilka dni temu. Zgodnie z tradycją tradycji ustrojone drzewka mogą stać w domach do 2 lutego, czyli Święta Ofiarowania Pańskiego, zwanego popularnie świętem Matki Boskiej Gromnicznej. Tego dnia rozbiera się choinkę stojącą na Placu św. Piotra w Watykanie, zamykając symbolicznie okres bożonarodzeniowy.

       

      Moja choinka wyprowadziła się już do ogródka, a Holidayka – no cóż – wlazła z powrotem do witryny, aby za rok znów dać mi powód do jojczenia jak to za nic nie mogę usunąć jej z domu ;)

       

       

      32631244486_accd3e5de8_z

       

       

      32292651510_162bdaf28d_z

       

      * - stare, chińskie przysłowie zostało wymyślone na potrzeby dzisiejszej notki :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Uparciuszysko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 09:07
  • sobota, 28 stycznia 2017
    • Roszpunka

      Jak to z bajkami Disneya jest dziwnie - wizualnie są piękne, a treściowo - mdłe. Ostatnią, na której zatrzymałam się w animacyjnym rozwoju była "Piękna i bestia", która, o zgrozo, niedługo trafi znów na ekrany kin; tym razem w wersji aktorskiej. Już czuję swąd odgrzewanego kotleta, choć może jest to tylko dusząca woń smogu, który od ponad miesiąca panuje w majestacie nad Warszawą.

       

       

      W zasadzie nie śledzę już disnejowskich nowości, ale czasami coś tam sobie jednak obejrzę, jak choćby "Zaplątanych", którzy zaskoczyli mnie ponadprzeciętnie przystojnym bohaterem i popsutą jak wnętrze próchniczego zęba, złą macochą. Tego pierwszego ściągnęłam do domu, tej drugiej jakoś się nie udało. No i ku mojemu ubolewaniu, mam poważne braki w zakresie Roszpunki.


       

      1

       

       

      Julek/Flynn bez Roszpunki robi wrażenie zagubionego, więc podrzucenie mu partnerki jest, w pewnym sensie, sprawą kluczową i nie cierpiącą zwłoki. Idąc na łatwiznę mogłabym przysposobić którąkolwiek z łatwo dostępnych Roszpunek od Hasbro, ale co na jakąś spojrzę w sklepie, to mi się łeb sam w drugą stronę odwraca. Księżniczek od Simby nawet nie biorę pod uwagę, a oryginalne, disney-storowskie "Raszple" były i nadal są drogie, więc mój melancholijnie skrzywiony Julisław Flynnowicz Bezroszpunkow musi póki co tolerować substytut.


      Substytut w ogóle nie jest podobny do oryginału, ba, nawet nie jest lalkową kobietą, ale ma bezsprzecznie najdłuższe włosy w lalkowym towarzystwie i lubi od czasu do czasu nosić warkocz, więc imię pasuje do niego jak ulał.


       

      32528212496_04a059de49_z

       

       

      Zanim Roszpunka został ochrzczony Roszpunką, przekradał się przez życie pod innymi imionami. Na początku miał być z niego Lolo, ale brzmiało to niepoważnie i pachniało mi tanią knajpą, gdzie non-stop serwuje się  grochówkę, więc został przemianowany na Jerzego. Jerzy utrzymał się w siodle z miesiąc czy dwa, czyli do czasu, kiedy znajoma osoba nie rzuciła w jego kierunku imieniem: "Jarosław", które na jakiś czas przylgnęło do jego skóry, ale opadło jesienią na rzecz Piętaszka. Piętaszek zmył się razem z listopadowymi deszczami i nastało imienne bezkrólewie, które zakończyło się w momencie, gdy bezimienny założył na głowę nową perukę. Po jej zapleceniu w warkocz stało się jasne, że były Piętaszek od zawsze był Roszpunką i Roszpunką już zostanie.


       

      32416258502_5eeccaacb8_z

       

       

      Roszpunka z racji swoich gabarytów, nijak nie nadaje się dla Julka, więc stoi półkę niżej niż on, w towarzystwie innych gigantów, udając, że jest dobrotliwą i przyjacielską lalką. Trochę mu to nie wychodzi, bo twarz ma osowiałą, jakby cierpiał na jakieś kompromitujące dolegliwości gastryczne. Znajoma, z którą bardzo, ale to bardzo się nie lubimy, twierdzi, że to zbolała mina kota, który nażarł się za dużo wątróbki i dostał zatwardzenia. Ja wolę mówić, że Roszpunkę gnębi ból zęba i polip w nosie, ewentualnie naoglądał się za dużo "Zmierzchu", co spowodowało u niego permanentny smutek i zniechęcenie.


       

      32416239292_de3f931e4e_z

       

       

      Roszpunka pławi się w swoim ponuractwie jak rybka w stawie i nie ma zamiaru przywoływać na twarz uśmiechu. Co ciekawe, taką tendencję przejawia większość moich lalek. Chyba najbardziej lubię właśnie te o neutralnym wyrazie twarzy, choć u początków mojej działalności zbieraczej prym oddawałam wesoło wyszczerzonym superstarom. Dziś moje półki goszczą głównie smutnych panów i panie, a radosnych lalek ubywa z każdym rokiem. Uśmiechnięte są dla mnie za mało uniwersalne. Smutasy lepiej wypadają w  obiektywie aparatu i często do nich wracam, podczas gdy wesołe, jedna za drugą, wskakują na Allegro i odpływają w nieznane.


       

      31725222464_c4c42bd878_z

       

       

      Zastanawiając się, co właściwie chciałam przekazać Wam w dzisiejszej notce, spojrzałam w lustro - i już wiem! Czy te wszystkie melancholijnie - smutne lalki, które u nas rezydują, nie przypominają nas samych, tuż po porannym zerwaniu się z łóżka, kiedy trzeba szybko wyszykować się do pracy? Daję głowę, że o szóstej rano w poniedziałek wyglądam toczka w toczkę jak Roszpunka (nawet stawy skrzypią mi prawie tak jak jemu), z tym że nieco bardziej przypominam zombie. Z odrętwienia budzę się dopiero w biurze, w okolicy godziny ósmej, już po wlaniu w siebie kubka kawy i przegryzieniu jakichś kalorii. Poranne wstawanie zimą nie jest moją ulubioną formą rozrywki, oj nie, ale jeszcze mniej ciepła w sercu żywię dla dojazdów komunikacją miejską, kiedy trzeba się kisić w towarzystwie ludzi o smutno wyciągniętych w dół twarzach. W porannych autobusach śmiało można by kręcić film o depresji. Dlatego wolę te wieczorne, choć można się w nich często natknąć na panie i panów, którzy popijali napoje rozweselające. Komunikacja miejska to temat na dłuuugie opowieści, które już plączą mi się pod językiem, ale ja tu przecież powinnam nawijać krótko i na temat, czyli o lalkach, a nie o bzdetach i bólach okołoporodowych :) Obiecuję poprawę, szczerze i zdecydowanie, tyle, że jeszcze nie teraz, bo jeśli od czasu do czasu nie dostanę słowotoku, to się zaduszę.

       

       

      32189982630_e752f58994_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Roszpunka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2017 15:30
  • piątek, 06 stycznia 2017
    • Dwugłowy potwór, co ma w karku otwór

      Jako nałogowy przeglądacz okazji na Allegro i Olx oraz łapacz przecen, oferowanych przez internetowe sklepy z zabawkami, muszę ze smutkiem stwierdzić, że w Polsce skończyła się już definitywnie moda na My Scene. Jeszcze do niedawna lalki te można było dostać dosłownie wszędzie - zarówno te pudełkowe jak i używane; obecnie ich zasoby drastycznie się skurczyły. Przeszukiwanie stron z rozszerzeniem "PL" pozwala trafić na pojedyncze egzemplarze z najpopularniejszych serii, ale o tych z "wyższej półki" można zapomnieć. Nie chcę krakać, ale wydaje mi się, że już niedługo Scenki będą kosztowną rzadkością, sprowadzaną z eBaya i innych zagranicznych serwisów.


      Przestraszona perspektywą ich całkowitego zniknięcia zadecydowałam o ściągnięciu jednej z Allegro, póki jest to jeszcze możliwe. Zależało mi na egzemplarzu w idealnym stanie, żeby poczuć przez chwilę to, co czuły dzieci, dostając do swoich rąk tak kolorowe i bogato wyposażone lalki. Oczywiście Scenki już do mnie w przeszłości trafiały, ale wszystkie dotkliwie poranione w zabawach z małoletnimi i nagusieńkie, a mnie oprócz lalek zależało na pełnym i niezniszczonym stroju. 


      Allegro zaproponowało dwa warianty zapudełkowanych lalek - Scenki z serii "Street art" i "Swappin' styles". Padło na tę ostatnią, z powodu osobliwości zestawu, składającego się z ciała oraz dwóch wymiennych główek i dodatkowego ubranka. Pewne znaczenie miało też to, że swappianka otrzymała karnawałowo skrzący się, a więc modny i na czasie, makijaż. Tyle brokatu, ile sypie się z jej (ich?) twarzy, nie widziałam nawet przy odpakowywaniu ozdób choinkowych!


       

      1


       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      Wymienne głowy u matellowskich lalek to lubiany w firmie patent - do tej pory wypuszczono takich dziwadełek kilkanaście, w tym sporą część właśnie w serii "My Scene". Wielkogłowe dziewczęta eksperymentowały także z rosnącymi ciałami (Growing up glam), zmianą wyrazu twarzy (Fab Faces), a nawet wymiennymi twarzami (Lots of looks). Gdybym miała możliwość, to chętnie przygarnęłabym którąkolwiek laleczkę z każdego z tych wypustów. Pomysły, które za nimi stoją, są jak dotknięcie palcem szalonego boga - na poły przerażają i jednocześnie uwodzą swoją śmiałością.

       

      1

       


      1


      1

       

       

      Póki moja lalkowa zbieranina nie została jeszcze skażona obecnością pokazanych wyżej potworów*, mam czas, by nacieszyć się z dwugłowego maszkarona, którego wbrew własnym zasadom nie odczepiłam na razie od macierzystej tekturki. Muszę przyznać, że całkiem ładnie na niej wygląda, pomijając skołtunione od nowości włosy, cisnące się we wszystkie możliwe zakamarki pudełka.

       

      W związku z tym, że całkowicie ominął mnie hype na Scenki, dopiero dziś odkrywam, że były to całkiem przyjemne, choć oczywiście kontrowersyjne lalki. Ich przesadzone makijaże i kuse, fikuśne stroje nie raz wywołały internetowe debaty. Nie znam innych lalek, które w czasie, gdy interesowałam się już zabawkami "na poważnie", siały równe Scenkom zgorszenie. Kontrowersyjność bezspornie przyczyniła się do ich ogromnego sukcesu, zakończonego bolesnym upadkiem i dyskontynuacją linii.

       

      Dziś, kiedy wspomnienie ich świetności nieśmiało wystawia głowę z lamusa, na wielkogłowe panienki patrzy się znacznie czulej, a nawet z nutą melancholii. Jakież one miały fantazyjne stroje! Koronki, lateks, kolorowe tasiemki, jeans - wszystkie te materiały były kombinowane w setki odważnych kreacji, do których wzdycha dziś niejeden kolekcjoner, nawet jeśli nie należał do miłośników Scenek.

       

      Obdarte ze swoich fantastycznych strojów Scenki nie robią tak potężnego wrażenia jak wersje pudełkowe. Ich ciała widzieliśmy już wiele razy, bo przecież to standardowe, matellowskie kadłubki, na których rezydowały liczne jak szarańcza Barbiowate z innych playlinowych serii.  Scenkowe dziewczęta odróżniały się na ich tle tylko "rozdętymi" główkami o nierealistycznych rysach twarzy i właściwie to tyle, jeśli chodzi o ich "innowacyjność".

       

      Scenkowi panowie (scenarzyści?) mieli więcej szczęścia u projektantów, bo ich wielkie łepetyny nasadzono na odpowiednie rozmiarem ciała, które w dodatku całkiem nieźle się zginały. Nie dziwota, że mieli rwanie u koleżanek - któraż dziewoja nie byłaby oczarowana młodzieńczą twarzą, fryzurą w typie "dziś czesał mnie kot" i silnymi, męskimi ramionami, które bez problemu mogą otoczyć jej kibić?

       

       

      1

       

      Scenkowie mieli jeszcze jedno przezacne zastosowanie - otóż w sam raz nadawali się na partnerów dla wielkogłowych lalek z przeszłości - Fleur i Sindy bardzo wdzięcznie wyglądają w ich objęciach i wcale nie razi, że takie oblubienice są kilka razy starsze od młodzieńczych Don Juanów.

       

      Sindy i Fleur u mnie brak, więc chcąc uchronić jedynego męskiego przedstawiciela scenkowego gatunku od starokawalerstwa ... przylutowałam go drucikami go do tekturki, na której przebywa jego dwugłowa połówka, narzucona przez Mattel. Nie uwolniłam jej z oków opakowania, bo mam wrażenie, że nie dam rady znaleźć jej lepszego tła niż złota ściana, na której ją umocowano.

       

      Żartowałam ;) Żadna lalka nie uchowała mi się w pudełku dłużej niż pół dnia. Scenki uwolniłam prawie zaraz po odebraniu paczki z przesyłką od listonosza :)

       

       

      1

       

       

      1


       1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

       

      1

       

      Błogosławiony między niewiastami :) Bidul jest zmuszony, by chodzić na podwójne randki z dwoma różnymi wcieleniami tej samej dziewczyny. Doprawdy nie wiem jak sobie z tym radzi psychicznie.

       

      * Wszystkie zdjęcia nietypowych Scenek znalazłam i pobrałam z najbardziej chyba znanego scenkowego bloga w Internecie, czyli http://wyscene.blog.cz/

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Dwugłowy potwór, co ma w karku otwór”
      Tagi:
      brak
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 06 stycznia 2017 14:32

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com