Doll land

Lalki

  • wtorek, 24 października 2017
    • Get your motor runnin’, head out on the highway

      W poszukiwaniu świeżych, lalkowych okazów, zabrnęłam w okolice, gdzie wieczorami latarnie świecą tylko połową żarówki, a w ciemnych zaułkach kręcą się długowłose indywidua, które marzą, by poczuć między swymi niespokojnymi udami dziką bestię. Na imię im - harleyowcy!


      Zgodnie z definicją Nonsensopedii archetypiczny rajder mieści w sobie następujący zestaw cech:

      - Harleyowiec musi być umięśniony, a szczególną wagę przywiązuje do mięśnia piwnego,

      - Harleyowiec musi nosić na głowie chustkę, która, jak uważa, z powodzeniem może zastępować kask podczas jazdy.

      - Harleyowiec musi posiadać dużą brodę lub ewentualnie mniejszą brodę, ale duże wąsy,

      - Harleyowiec musi zakładać skórzaną kamizelkę lub częściowo rozpiętą kurtkę, koniecznie na gołe ciało, tak aby było widać włosy na klacie,

      - Harleyowiec musi podziurawić swoje dżinsy, najlepiej, żeby było w nich więcej dziur niż spodni, wyjątkiem są spodnie skórzane,

      - Harleyowiec musi mieć buty przypominające damskie kozaki, lecz gęsto nabijane ćwiekami,

      - Harleyowiec musi mieć wytatuowane ramiona i obowiązkowo przynajmniej jeden tatuaż z flagą USA,

      - Harleyowiec musi używać okularów przeciwsłonecznych przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, nawet w nocy.

       

      Od siebie dodałabym jeszcze:

       

      - Harleyowcy poruszają się w stadach, w których wyróżnić można samca-przewodnika, tzw. „głowę stada”, samców towarzyszących, tzw. „trzon stada” oraz samce pozostające w ogonie stada, zwane pieszczotliwie „dupką”,

      - Przejazd harleyowca rozpoznać można po charakterystycznym dźwięku „pyr, pyr, pyr”, który rozlega się z przodu i z tyłu harleyowca.

       

      I patrzcie no! Jakimś niespotykaniem zrządzeniem losu pod mój dach zabrnęło dwóch takich rodzynków, którzy lubo rozdzielnie nie spełniają wymienionych wyżej warunków, lecz gdy połączyć ich w parę, to (prawie) dają radę.


      Pierwszy z nich jest lalkiem, na którego swego czasu zagięłam parol, bo widział mi się jako bardzo przystojny i godny uwiedzenia. Miałam szczęście i drążący mi dziurę w sercu harleyowiec dostał mi się w stanie NRFB. Smutno napomykać, że mimo tego nie ustrzegł się przed stratami odzieżowymi. Skóropodobny materiał, z którego Mattel wykonał kilka elementów jego stroju, samoczynnie złuszczył się i popękał. Znam ja ten typ tworzywa jak zły szeląg – bo miałam z czegoś podobnego płaszcz. Przechodziłam w nim jeden sezon, schowałam do szafy, a kiedy wyjęłam go po roku, mając nadzieję, że znów będę zadawać w nim szyku, płaszcz objawił mi zupełnie nową postać. W trakcie kilkumiesięcznego urlopu w szafie ciuch nabrał cech węża i postanowił zrzucić wylinkę. W tym czasie zlazły z niego spore połacie ceratopodobnej substancji, odkrywając nieestetyczne, gołe placki.


      Płaszcz poszedł do śmieci, ale z ubrankami Kena nie mogę zrobić tego samego, bo nie mam dla nich porządnego zamiennika. Wielki smutek wbił szpony w moje serce i nielitościwie rwie je na strzępy, bo proces niszczenia sztucznej skórki nadal postępuje. Jak tak dalej pójdzie to Kenio zacznie łyskać golizną. Porażka na całej linii.



      1

       

      * * *

       

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

       1

       

       

      Nieco inaczej sprawa ma się z odzieniem drugiego bohatera dzisiejszej blognotki, który trafił do mnie jako „trupek”, ale w świetnym stanie. Oprócz braku jednego buta nic mu nie dolega. Ciało ma sprawne, włosy – nieprzerzedzone, a do tego ogromną chęć by pokazać się przed aparatem i choć raz zabłysnąć w blasku flesza. Nie ma ku temu wystarczającej urody (tak po prawdzie, który simbowy chłopak ma?), więc jego szczera chęć musi zastąpić brakujące przymioty ciała.


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      Z dwójki harleyowców zdecydowanie wolę bruneta. Natura nie poskąpiła mu ani urody ani figury. Simbowy gentleman gaśnie u jego boku i, przykro powiedzieć, wygląda jak znacznie uboższy, a przy tym starszy krewny. Nie dla niego ochy i achy damskiej społeczności. Nawet Steffi Love, która z racji swojego pochodzenia powinna robić do niego maślane oczy, bez skrępowania ogląda się za przystojniejszym okazem.


      Zrównuje ich tylko jeden fakt – żaden nie ma swojego motoru, więc chcą czy nie chcą – wszędzie muszą chodzić pieszo, co gwarantuje iż w najbliższym czasie nie nabiorą rubensowskich kształtów :)


      1 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Get your motor runnin’, head out on the highway”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 października 2017 10:58
  • sobota, 07 października 2017
    • Po łebkach

      Zimno! Podczas porannych dojazdów do pracy okrutnie marznie mi nos. Chciałabym, żeby choć na chwilę wróciło lato. Tymczasem, w chłodnej, jesiennej atmosferze, przerywanej co jakiś czas posikiwaniem z chmurek, cieszę się towarzystwem rudowłosej „słonecznej” panienki, czyli Solariane.


       

      1


       * * *


      1

       

      * * *

       

      1


      Lalki Solariane, pieczętujące się stempelkiem „Camay” to nic innego jak taniutkie klony lalek Tammy, bardzo popularne w latach 70 i 80-tych na terenie zachodniej Europy. Od oryginałów różnią się przede wszystkim prostotą wykonania – ich ubożuchne, odlane z pustego plastiku ciała, są lekkie i podatne na uszkodzenia. Za to łepetyny to już inna bajka i to akurat z tych bajek, które czyta się z przyjemnością. Główki są odlane z gumy i bogato rootowane. Czupryny są miękkie i miłe w dotyku - aż chce się je trochę poczochrać ;)


      Wiedziona skruchą, iż większość moich notek o lalkach jest uboga w fakty historyczne i pisana „po łebkach”, zadecydowałam, że tym razem włożę w swoją blogową paplaninę trochę więcej pracy i spróbuję odgrzebać jakieś ciekawe, a ogólnie nieznane fakty o Solariankach. Doszukałam się mizernej garsteczki, bo choć lalki te są znane i wzbudzają u zbieraczy ciepłe uczucia, to jednak nikt nie próbował ich dotąd skatalogować.  Stąd fakty o nich, nie zawarte w pierwszych akapitach mojej notki, przedstawiają się następująco:


      Opakowanie. W zależności od kraju sprzedaży Solariane były dostępne w opakowaniu lub bez. Zresztą „opakowanie” to chyba za dużo powiedziane, bo chodzi o przezroczystą saszetkę bez żadnych oznaczeń. Wersje saszetkowe były rozprzestrzenione głównie we Francji. W Niemczech Solariane sprzedawano bez opakowania, w sklepach „dzianinowych”, handlujących akcesoriami do robótek ręcznych. Kiedy gospodyni domowa szła do takiego sklepu zaopatrzyć się we włóczkę (bo na przykład chciała zrobić ukochanemu wnuczkowi sweterek na drutach), to przy okazji mogła dokupić też lalkę. Jak podają źródła internetowe Solarianki dołączano także jako „gratisy” do zestawów, zawierających wzory robótek na drutach i szydełku, czyli były to typowe lalki „do obdziergania”.

       

      Proponowane wzory ubranek mogły wyglądać tak, jak na zdjęciach użytkownika Flickr o pseudonimie Freddycat1:

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Link do konta Freddycat1, skąd pobrałam zdjęcia: https://www.flickr.com/photos/15157516@N02/


      Nazwa. We Francji na lalkę mówiono – Solariane, w Wielkiej Brytanii – Camay, w Niemczech – Pagine. Nazwa Pagine wzięła się od marki włóczki, do której dołączano lalkę w gratisie.


      Dystrybutor. Firma Prisunic,  zarządzającą dość popularną (szczególnie we Francji) siecią sklepów, w których sprzedawano niedrogie towary codziennego użytku: ubrania, utensylia kuchenne, AGD z niższej półki itp.


      Wygląd lalek charakteryzował się dużą powtarzalnością – oczy były niezmiennie szare, z identyczną liczbą rzęs na górnej powiece (trzy rzęski). Włosy – krótkie, zebrane w zgrabną kopkę, która nie bardzo dawała się ułożyć w inny kształt, z powodu krótkości kosmyków. Kolory włosów - od blondu po kruczą czerń. Dziś najtrudniej jest upolować blondynkę. Główki wykonywano z gumy, ciało – z twardego plastiku, pustego w środku. Makijaż nanoszono natryskowo, za pomocą aerografu, za wyjątkiem rzęs i brwi, które malowano ręcznie.


      Ubranka. Niektóre z lalek były wyposażone w materiałowe ubranka. Najpopularniejszym i bardzo często przewijającym się na fotografiach w sieci strojem było niebieskie body z białą oblamówką. Ubranka haniebnie farbowały, o czym przekonałam się dość boleśnie, piorąc trykoty swojej lalki. Farby, których użyto do nadania koloru szmatkom, nie wytrzymują kontaktu z wodą i puszczają sok, który natychmiastowo wżera się we wszystkie białe elementy. Co gorsza, jeśli ubranko długo pozostawało na lalce, to na bank będzie ona upstrzona ciemnymi plamami.  


      Oznaczenia. Na główce brak klejma, natomiast na plecach umieszczono logo firmy „Camay” oraz informacje o miejscu produkcji – „Hong Kong”


      Ze smutkiem stwierdzam, że nie wygrzebałam już więcej informacji z sieci ani z literatury. Kloniki to wciąż czarna dziura na lalkowej mapie wszechświata. Być może udałoby mi się znaleźć trochę wiadomości o nich w jakiejś lalkowej encyklopedii, ale do tej pory żadna  nie powstała. Jedynymi pozycjami, poświęconymi klonom są bardzo trudno dostępne książki, autorstwa lalkowego pasjonata z Flickr, które w ekspresowym tempie zniknęły z serwisu Amazone i teraz trudno je dostać:


       

      1

       

      * * *


      1

      

      Na koniec pozwolę sobie podać kilka linków do stron bogatych w zdjęcia tych laleczek. Są to głównie blogi francuskojęzycznych pasjonatów lalek, którzy mają godne zazdrości kolekcje:

       

      http://nadette62.skyrock.com/3260736878-poupee-Camay-Hong-Kong.html

      http://catinette57.skyrock.com/tags/eYuGbwW93FF-Camay.html

      http://lescathydisa.skyrock.com/tags/fHaIxR9Ju4Q-solariane.html

      http://poupeemod-elle.skyrock.com/tags/jIQEIm4IaPc-Solariane.html

       

      1

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Po łebkach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 07 października 2017 15:39
  • niedziela, 24 września 2017
    • Czarno to widzę!

      I znów muszę zacząć od rzeczy mało chwalebnej, czyli brzydkiego uczucia zazdrości i niezaspokojonej żądzy, które lubią robić mi zamęt w głowie. Wszystkiemu winien jest serwis Flickr, co i rusz wypluwający ze swoich trzewi zdjęcia fantastycznych, trudno dostępnych zabawek, a wśród nich portret uroczej, czarniutkiej jak węgiel Steffi Love, o której nie mogę zapomnieć, choć bardzo bym chciała. Piękna lalka, która zdominowała moje myśli, wygląda tak:


       

      Steffi AA

       

      Czarniutka Stefka przypomina mi zamierzchłe dzieje, kiedy mieszkały u mnie dwie Simbaczki-mulatki, które bardzo lubiłam, ale nie ustrzegłam się przed ich sprzedażą. Dziś pewnie nie podjęłabym takiej decyzji i zostawiłabym je sobie wszystkie na wieczne nieoddanie, jednak u zarania zbieractwa moje wybory były podejmowane spontanicznie, bez głębszych przemyśleń, co w większości przypadków kończyło się smutnym wzdychaniem nad własną niefrasobliwością. Jednak w związku z tym, że sprawa dawno już się przeterminowała i emocje zdążyły opaść, zupełnie nie rozpaczam nad tą niechwalebną przeszłością, tym bardziej, że udało mi się odkupić Stefkę-Esmeraldę; co prawda bez oryginalnego stroju, ale za to całą i nieprzeżutą. Co do jej ubranka, to myślę, że jeszcze do mnie trafi, bo zdarza mu się wypływać na eBayowych aukcjach, a ja wiem, co to cierpliwe oczekiwanie.

       

      Archiwalne zdjęcie "utraconych":

       

       

      1

       

      A tu już odzyskana "Esmeralda":

       

       

      1

       

       

      Zostawiając temat utraconych lalek na boku, przeskoczę do zabawki, która rekompensuje mi brak pięknej Steffi z Flickr. To reprezentantka tego samego gatunku i także czarniutka, ale w mojej opinii nieco mniej urodziwa od dziewuszki w niebieskich słuchawkach.


       

      1

       

      Lalka została znaleziona na aukcji włoskiego kolekcjonera, który zachował ją w oryginalnym pudełku, przypiętą do macierzystej tekturki, wraz ze wszystkimi akcesoriami. Ponieważ laleczka była przymocowana do wkładki za pośrednictwem drucików, co pozwalało na jej łatwe odczepienie, a zarazem przymocowanie z powrotem, więc nie miałam żadnych wątpliwości, że choć na trochę ją uwolnię z trumny i … porządnie wytrę mokrą szmatą, aby pozbyć się drobnych, lepiących się do ciała pyłków. Nowa lalka, a taki brudas!


       

      1


       

      Lalka jest śliczna, oczywiście jak na stefkowe standardy, bo z klasycznymi pięknościami bitwy na urodę raczej nie wygra. Jej okrągła, melancholijna twarzyczka bardzo zyskuje w ciemnej wersji kolorystycznej. Nie wiem, czy mówi teraz przeze mnie radość z jej zdobycia, czy zwykłe chwalipięctwo, ale naprawdę widzę w niej wyjątkową ślicznotkę, choć na dobrą sprawę wcale nie różni się od swoich „białych” sióstr.


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

       

      Czarna Steffi jest pierwszą lalką od firmy Simba Toys, która dotarła do mnie w tak świetnym stanie. Zazwyczaj trafiają mi się podniszczone trupki, których szybko się pozbywam, bo rozebrane i poczochrane dziecięcą ręką stanowią smętny widok i trzeba się nielicho napracować, żeby dokonać ich reanimacji. Najgorzej jest z włosami – splątany „stefowłos” nadaje się już chyba tylko do tego, żeby zamoczyć go w benzynie i przyłożyć płonącą zapałkę. Steffi świeżo wyciągnięta z pudełka to zupełnie co innego – dopiero tu widać, że te lalki to nie żadne kołtunowate kocmołuchy, a fajne zabawki „z potencjałem”.


       

      1

       

       

      Tęsknota za ciepłem lata sprawia, że uaktywniła się we mnie potrzeba zdobywania ciemnoskórych lalek. Nie tylko Steffi zasiliła w ostatnim czasie moje zbiory. Wraz z nią wkradły się też mniej prestiżowe dziewczęta, pochodzące, jak przypuszczam, z dość poślednich, klonikowych linii. Nie znam ich nazw i nie wiem nic o ich producentach, choć ufam, że w bliższej lub dalszej przyszłości natrafię na jakieś ślady ich tożsamości (w końcu Internet jest szeroki i głęboki jak ocean, gdzie kryje się niejedna, tajemnicza rybka). Sądząc po ich wyglądzie mam chyba prawo orzec, że jedna jest kopią Steffi Love, zaś druga miała wśród przodków Barbie Superstar.

       


       

      1

       

      * * *


      1

       

       

      Ponieważ obydwie szalenie mi się podobają, więc muszę trochę poużalać się na niską jakoś materiałów, z których je wykonano. Nie mam wątpliwości że za kilka(naście?, dziesiąt?) lat obydwie laleczki rozsypią się w proch i pył, a już na pewno ich włosy. Czesanie niby-Steffi i niby-Barbie jest niemożliwością – ich czupryny kruszą się pod każdym delikatnym dotknięciem i choć proces zniszczenia nie zaszedł jeszcze za daleko, to wyrok, mówiący że w przyszłości obie będą łysiutkie jak kolano, zapadł już dawno temu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Czarno to widzę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 19:50
  • poniedziałek, 21 sierpnia 2017
    • Upadek

      Bójta się, bo będzie staroć! Już uraczyłam nim ludzi na grupach facebookowych i jeszcze mi mało, więc glebnę go jeszcze i tu. Takie na mnie zrobił wrażenie! Co to będzie, co to będzie? (suchar, rzecz jasna, ale nie uprzedzajmy faktów).



      Jakieś pół roku temu zjechał do mnie hot tojsowski Thor. Oczywiście moja radość była wielka i spaśna, ale nie przełożyła się zupełnie na chęć objawienia go na blogu, bo to i fotki jakieś trzeba zawczasu strzelić i tekst wymyślić, a trafiło akurat na taki moment, że mi się nie chciało ani ruszać mózgownicą, ani bawić aparatem. Mówiąc wprost - zawiesiłam się na dobre, leń mnie opanował i w mem sercu zapanowała atmosfera tumiwisizmu, przekładająca się na ogólną bezwładność i bezczynność.
      


      1

       

      Restart chęci do działania nastąpił z początkiem lata, kiedy dni zrobiły się cieplejsze i dłuższe, i to dlatego w przeciągu przeszłych tygodni sypałam wpisami w większej częstotliwości. Starałam się lalkować „na zaś” ile tylko się dało, żeby z nadejściem jesieni z czystym sercem (przeca wyrobiłam normę, niczym jakiś stachanowiec!) znów spowolnić wszystkie procesy życiowe i popaść w stan lalkowej hibernacji.


       

      Thorów, wyprodukowanych przez Hot Toys było już kilku, ale mocno obstaję przy tym, że to właśnie mój (ma największy i najtwardszy Mjolnir na dzielni) jest najbardziej podobny z twarzy do nadzwyczaj urodziwego oryginału. Którym mogłabym się zachwycać długo i namiętnie, bo dała mu bozia i foremne ciało i kuśliwą twarz. No i właśnie tę piękną po męsku, odlaną w plastiku twarz prawie udało mi się zniszczyć. A było to tak ...

       

      

      Wszystko działo się w piękny, lipcowy dzień pobłogosławiony nadzwyczaj wysoką temperaturą. Kiedy na dworze panują upały staram się schować w jak najchłodniejsze miejsce i nie wyściubiać nosa za drzwi dopóki na dworze nie da się swobodnie oddychać. Dlatego przed chałupę wyszłam dopiero gdy miało się ku wieczorowi i trochę zelżał gorąc. Bardzo chciało mi się łyknąć nieco świeżego powietrza, a przy okazji skorzystać z resztek słońca na niebie, bo wiadomo, że najlepsze oświetlenie w chałupie nigdy nie zastąpi żywego światła. Thor majtał mi się w jednej łapie, aparat w drugiej. Gdybym miała więcej ręców, to może jeszcze to i owo bym przychwyciła, ale że nie urodziłam się ani jako bogini Kali ani ośmiornica, więc lazłam tak jak stałam.

       



      Procedura zdjęciowania jest prosta - najsampierw stawia się modela w jakiejś korzystnej lokalizacji (na murku, na parapecie, czy w inszym miejscu gdzie dociera słońce), a później rozkracza w wygodnej pozycji, dostosowuje ustawienia w aparacie do zastanej sytuacji, po czem zagryzając z przejęcia jęzor można zacząć strzelać do wybranego obiektu seriami z obiektywu.



      Tu małe pytanie: Czy często korzystacie z lalkowych stojaków? Ja z tych, co ich nie lubią, bo irytują się, kiedy fragmenty podstawek pojawiają się na zdjęciach. Wszelakoż złośliwość losu sprawia, że brak afektu do stojaków bywa przyczynkiem do tragedii, szczególnie jeśli model, biorący udział w sesji wpadnie na pomysł, że fajnie byłoby rymnąć z wysokości na jakieś twarde podłoże.

       


      Uczucie, kiedy jedna z twoich ulubionych figurek leci z parapetu na pysk, a ty wiesz, że na dole jest beton, na którym rozmaże się jak skisła żaba, ale nie dasz rady jej złapać, bo trzymasz w rękach aparat, jest tak dojmujące, że miękną ci łydki. Widzisz już z całą wyrazistością rozmiar nadciągającej katastrofy, a w tym czasie twój ulubiony pan figurek robi "plask!", twarzą do przodu, prosto na … mięciutki, owłosiony psi zadek, który w międzyczasie umościł się po cichu pod twoimi nogami. W rezultacie możesz westchnąć z ulgą: "Żyje! Psia dupa go ocaliła!" i przyrzec solennie, że teraz już nigdy, przenigdy nie wyjdziesz z domu bez stojaka.



      Thor przeżył upadek bez szwanku. Pies za to dotkliwie poczuł na własnym ciele trudy lalkowania, co z oburzeniem mi wytknął, strzelając smutne miny, tuląc uszy i patrząc z wyrzutem wielkim jak Mount Everest. Co prawda foch dość szybko mu przeszedł po zadośćuczynieniowym spacerze i masowaniu dupki, ale na wszelki wypadek nie zatrzymywał się tego wieczora w lokalizacjach, gdzie coś mogłoby na niego spaść. Widać uderzenie Thorem zostawiło ślad i na zadku i na psychice.
      

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


       1

       

      * * *

       

      1



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Upadek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 sierpnia 2017 21:41
  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Bazarowe bidy

      Uwaga! Poniższy wpis zawiera zdjęcia i wyrażenia, które nie nadają się dla oczu delikatnych, łatwo gorszących się osób. Moim zdaniem są to rzeczy dość niewinne, ale jako że jesteśmy ludźmi o różnej wrażliwości, więc wolę zawczasu uprzedzić. Proszę, nie bijcie za odrobinę świntuszenia i nie budźcie w sobie inkwizytora ;)

       

       

      Pchle targi mają dla mnie ogromną siłę przyciągania – wracam tam cyklicznie, a gdybym mogła, to jeździłabym w każdy weekend. Moimi ulubionymi miejscami w Warszawie są targ Koło i targ Olimpia, gdzie na rozłożonych na ziemi ceratkach wylegują się cenne artefakty z przeszłości, nierzadko w towarzystwie zwykłych śmieci. Najważniejszą zasadą jest to, by takie bazary odwiedzać w godzinach porannych, bo po pierwsze primo – po południu większość sprzedawców zwija już swój majdan, a po drugie primo - koło godziny 10-tej połowa kupczących mydłem i powidłem jest już po kilku głębszych i ledwo kontaktuje, a druga wchodzi już w stan błogości.

       

       

      Pchle targi mają swoją niepowtarzalną aurę i nawet, jeśli wychodzi się z nich z pustymi rękami, to czego się człowiek nasłucha i napatrzy, bywa cenniejsze od materialnych nabytków. Ze swojej ostatniej wizyty na Olimpii wyniosłam na przykład taką rozmowę między kupującym a sprzedawcą:

       


      - Panie, a co to takiego?
      - A nie wiem, ale stare.  
      - A skąd pan to wziął?
      - Panie, to ze strychu. Kto by tam spamiętał z którego!
      - A do czego to mogłoby służyć?
      Sprzedawca bierze przedmiot w ręce, obraca z góry na dół, ściąga brwi w zamyśleniu: - Na moje oko to część jakiegoś urządzenia, silnika może …
      Klient przestępuje z nogi na nogę, zastanawia się, w końcu pyta: - A drogie to?
      - A dla pana to dziesięć złotych.
      - Takie nie wiadomo co?
      - No niech będzie siedem, szefuniu!
      - Biorę!

       


      Brylant, nie rozmowa, a przecież to nie wszystko, co można na takim bazarze podłapać. Jeśli się dobrze rozejrzeć, to w oko wpadają takie rarytasy, że głowa mała. Na przykład wspaniały egzemplarz krajowej sztuki ceramiczno-erotycznej, hit zdobniczy sprzed kilkudziesięciu lat, czyli statuetka pana Fiucikowskiego czyniącego awanse pani Cycusiowej (pardon za słownictwo, ale inaczej tej dwójki nie da się nazwać).


       

      1

       

      * * *

       

      1


       

      Najgorzej po ryneczkach łazi się w gorące dni. Wiadomo – słońce praży jak na plaży, pot kapie, człek sapie (przaśność tego wersu spowodowała, że ścierpły mi dziąsła). No ale nie ma nic za darmo. Jak się nie nachodzisz, to niczego nie znajdziesz. Dla przykładu – urokliwej królewny Śnieżki, leżącej na kupie Monster Hajów, straszliwie starannej życiem Fleur i pozbawionej rączek Sandy (huraaaa, mam kolejną Sandy!)


       

      Śnieżka zachowała się najlepiej z całej trójki. Oprócz braku stroju zupełnie nic jej nie dolega. Ani jej nikt włosów nie skołtunił, ani głowy nie urwał, ani mazakami nie upiększył. Aż trudno mi było uwierzyć, że taka ładna lalka znalazła się na bazarze.


       

      1

       

       

      Druga dzieweczka została znaleziona u pana, trudniącego się sprzedażą zabawek, stojącego ze swoim majdanem w pełnym słońcu, na samym środku targu. Kiedy tylko zobaczyłam piętrzącą się na jego stoliku kupę lalek, wiedziałam że jestem w raju. Co prawda większość z oferowanych zabawek były to lalki porcelanowe, minki i wymęczone Steffi nowszego typu, ale sam fakt, że mogłam przez chwilę pogrzebać w lalkowej hałdzie, nastroił mnie pozytywnie na resztę dnia, a kiedy wyciągnęłam na światło boże Sandy-inwalidkę, to wręcz chciało mi się tańczyć z radości. Nie szkodzi, że laleczka ma tylko jedną rączkę, w dodatku pozbawioną dłoni. Dzięki podpowiedzi dobrego człowieka wiem, że podobny typ łapek mają Steffi Love z serii „Mystic girls”. Jak tylko jakąś dorwę po taniości, to zrobię Sandy przeszczep. Jeśli ktoś z Was ma na stanie wybawioną „mistyczkę” i nie żywi do niej głębszych uczuć, to niech wie, że chętnie ją przejmę w charakterze dawcy rąk dla Sandy!


       

      1

       

       

      Trzecia bida była brudna, poczochrana i smętna, ale za to względnie cała i ubrana (obecnie w jej ciuchach paraduje Śnieżka). Z niej ucieszyłam się najmniej, bo Fleur jakoś nigdy nie były w centrum moich zainteresowań, ale i tak wzięłam ją ze sobą. Zakładam, że w przyszłości może przydać się na wymianę za jakiś fajny lalkowy artefakt. Na razie dziewuszka porządnie się odmyła i wskoczyła do pudła z lalkowymi sierotami, gdzie odsypia lata zaniedbania i tułaczki. Stopień jej zapuszczenia jest ogromny - laleczka potrzebuje rzęs, nowych włosów oraz porządnego odczyszczenia ciała, szczególnie w okolicach łączenia kończyn z tułowiem, gdzie plastik po prostu się rozpuścił. Widzę przed sobą wiele pracowitych jesiennych wieczorów :)


       

      1

       

      Tyle wieści z bazarów. Mam nadzieję, że za jakiś czas znów zrobię rajd na jakieś targowisko i wyszukam tam kolejne bidule do odratowania, które, oczywiście, ujawnię na blogu, bo co to za frajda zbierać lalki po kryjomu, przed nikim się nie pusząc :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Bazarowe bidy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 18:04
  • piątek, 04 sierpnia 2017
    • Niedługo, niekrótko, a w sam raz

      Nie minęło wiele czasu od chwili, gdy z honorami usadziłam na półce pierwszego Lukasa Mavericka, a tu do domu pcha się następny i to ten właściwy, czyli z dawien dawna obsadzony w roli lalki wymarzonej - Lukas Maverick "Raw Appeal". Niedługo, niekrótko, a w sam raz :)

       

      1


      Informacja o jego wystawieniu na eBayu przyszła do mnie w formie SMS-a podczas rodzinnej posiadówki przy herbacie. Bliscy, zaaferowani dzikim wyrazem mojej twarzy przy odczytywaniu wiadomości, kazali mi wyspowiadać się z jej treści, po czym drogą demokratycznego głosowania podjęli decyzję, że skoro pojawiła się PRAWDZIWA OKAZJA, która w przyszłości może się już nie powtórzyć, to nie ma się co cykać, tylko z niej skorzystać, bo jeśli tego nie zrobię, to będę im stękać i biadolić przy każdej możliwej okazji. Oczywiście, starali się też odwołać do mojego zdrowego rozsądku, ale to już chyba z przyzwyczajenia, bez większej nadziei na spektakularny sukces. W drodze konsultacji wypracowaliśmy jednak pewne rozwiązanie - a mianowicie zero poważnych lalkowych zakupów na nie mniej niż 3 miesiące, na co z ochotą się zgodziłam, bo w większości robię zakupy niepoważne (no i jestem w fazie wyprzedawania lalek, które się ponudziły).

       

      1


      O tym, że jestem wielbicielką wszelkich lalek, przemykających się pod nazwą Lukas Maverick, pisałam już w jednej z poprzednich notek, ale co mi tam, przypomnę ten fakt jeszcze raz, bo a nuż już o tym zapomnieliście. Ich ostre, zmaskulinizowane do potęgi rysy twarzy zainfekowały mnie na dobre i nieodmiennie wywołują reakcję sprzężoną - widok Lukasa wyzwala pełne uczucia kwilenie, wsparte ekspresyjnymi ruchami rąk, niczym u dzierlatki, przeżywającej swoje własne, prywatne wniebowstąpienie na koncercie jakiegoś  boysbandowego idola (to rączka kładzie się  na sercu,  to na rozpalonych z emocji policzkach).

       

      1


      Nie jest wcale tak, że chciałabym mieć wszystkich Lukasów, którzy zeszli z taśm produkcyjnych Integrity Toys, choć każdy, jak leci, jest dla mnie przepiękny. Jednak dość wysokie ceny tych lalków skutecznie wystudzają moje chęci zagęszczania ich ilości na metr kwadratowy mieszkania. Jeśli "Bóg da", to kiedyś jeszcze zaproszę któregoś na włości, a jeśli "nie da", to zwrócę się w inną stronę i nie będę rozpaczać (jeno czekać na okazję).

       

      1


      Jeśli chodzi o dzisiejszego bohatera, to marzył mi się z pobudek estetycznych i egoistycznych.  Estetycznych właściwie nie trzeba tłumaczyć, bo całkiem ładny z niego kawaler, a egoistyczne są takie, że Lukas "Raw Appeal" pochodzi z najstarszej, dość limitowanej serii, co zwiększa jego niedostępność na rynku i niestety, podbija cenę.

       

      1


      Wiedząc, że zawisł na jednej z eBayowych aukcji, doznałam wewnętrznej trzęsawki, przy czym tak silnej, że rodzina trochę się przestraszyła, czy aby nie stało się coś złego. Znają mnie przecież jak łysego konia i wiedzą, że taki stan zdarza mi się nieczęsto, bo tylko w momentach głębokiego poruszenia duszy. Tu po raz kolejny muszę napisać, jak bardzo wdzięczna jestem swoim bliskim za to, że nie wyśmiewają moich nagłych zachceń ani nad nimi nie wydziwiają, za to zawsze wspomogą, kiedy tego potrzebuję. Pewnie dlatego nie wyobrażam sobie żadnych poważniejszych zakupów (również tych lalkowych) bez rodzinnej burzy mózgów.

       

      1

       

      Tak to ich zachęta spowodowała, że moje męskie szeregi wzbogaciły się o najurodziwszego i zarazem najbardziej skwaszonego Lukasa Mavericka wszechdziejów, wszechmiejsc i wszechwyobrażeń. W dodatku paradującego w męskiej spódnicy, która bardzo, ale to bardzo przypomina mi strój szkockiego górala. Nie znam innej lalki od Fashion Royalty, która tak silnie magnetyzowałaby mnie swoim oryginalnym, pudełkowym wyglądem. i liczę na to, że w najbliższym czasie żadna się nie objawi, bo przez Lukasa portfel mi krwawi :P

       

       

      1


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Niedługo, niekrótko, a w sam raz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 04 sierpnia 2017 11:22
  • wtorek, 18 lipca 2017
    • Trup z szafy

      Urlop to taki cudowny czas, kiedy w końcu można porządnie się wyspać i, co równie ważne, wysprzątać mieszkanie na glanc. Nie, wcale nie żartuję, bo naprawdę lubię latać po chałupie ze ścierą i mopem, a w dni robocze nie za bardzo mam na to szansę.


      Przy okazji gruntownego odkurzania podłóg, mycia okien i doprowadzania do stanu czystości wszelkiego pozostałego dobytku jest też czas na spokojne przejrzenie trupiarni lalkowej i przypomnienie sobie o kilku nieboszczkach, które chciałyby w końcu wyleźć z pudła hańby na boży świat.

       

      Skoro w ostatniej notce objawiła się Sindy, postanowiłam pociągnąć jeszcze przez chwilę temat lalek od Pedigree i upublicznić koleżankę panny S., czyli Marie.

       

      1

       

      Patrząc obiektywnie, Marie nie miała najmniejszych szans, by zrównać się z Sindy poziomem popularności. Oczywiście była niebrzydka, ale nie dostawało jej atrybutów śliczności, których Sindy od zawsze miała w nadmiarze. Zresztą co w tym dziwnego, to przecież Sindy była główną lalką linii, więc niejako należało jej się wszystko, co najlepsze - najlepsza twarz, najwięcej miejsca w folderach reklamowych i najbogatsza gama ubranek i akcesoriów, włączając w to najlepszą przyjaciółkę, która pełniła funkcję dodatku do "właściwej" lalki.

       

      Mimo "oryginalnej" urody Marie kupiła mnie swoim szelmowskim wyrazem twarzy i dwuznacznym uśmiechem. Ciut mniej przyciągnęły mnie jej rude (Ble! Fuj! Ble!) włosy, co jednak zostało zrównoważone przez stan garderoby, a konkretnie przez to, że zachowała swoje oryginalne buty (Buty! Yeah! Mogę mieć ich na kopy).

       

      Marie sporo przeszła w życiu. Widać to po stanie jej włosów i zębów. Bardzo ubolewam nad nakłuciami, widocznymi w jej ustach i kwalifikuję je jako jedną z najcięższych zbrodni przeciwko lalkom, za którą paskudnym psujom należałyby się porządne bęcki. Wyrwane włosy można uzupełnić przez reroot, pomazaną twarz da się uratować z pomocą żelu Benzacne, ale nakłutej ostrym narzędziem lub poszczerbionej czyimiś zębami gumy i plastiku nie da się doprowadzić do stanu idealnego, nie posiadając specjalistycznych narzędzi (jak specjalne nagrzewarki). Rany kłute i szarpane zostają w większości przypadków na zawsze.

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Przed ściągnięciem Marie zastanawiałam się, czy laleczka będzie różnić się jakoś drastycznie od Sindy pod względem ciała. Oczywiście bezpodstawnie, bo idea, która stoi za większością  "najlepszych przyjaciółek najważniejszej lalki w serii", polega na tym, żeby lalki mogły bezproblemowo wymieniać się ciuszkami.

       

      Kolorystyka Marie jest wręcz stworzona do tego, by umieszczać lalkę w zielonym otoczeniu. To z kolei sprzyja, by ruszyć się z wysprzątanej chałupy do zarastającego chwastami ogródka, gdzie, wśród rzędów sałaty i innych warzywno-kwietnych dziwotworów, skrada się potwór o czarnym podniebieniu i gorącym języku.

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Potwór nie ma litości, kiedy idzie o spacer. Wymusza, by rzucić lalki w kąt, wziąć do ręki smycz i pognać w kierunku pobliskiego lasu, gdzie można biegać po ścieżkach, wąchać ściółkę i tarzać się na mchu. I to właśnie są czynności, dzięki którym urlop jest tak genialną rzeczą. Lalki są fajne, ale żywe, włochate i nieco śmierdziuchowate towarzystwo jest co najmniej sto razy fajniejsze :)

       

      1

      Człowieku, szybciej! Las czeka, smycz czeka, ja u furty już z piętnaście minut przestępuję z nogi na nogę, a ty się lalkami zabawiasz!


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Trup z szafy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lipca 2017 17:05
  • czwartek, 13 lipca 2017
    • Mały derp

      Znowu w życiu mi nie wyszło. Znowu dałam się ponieść impulsowi zakupowemu i zwlokłam do domu Sindy. Plusy są takie, że Sindy ma ciemne włosy oraz zachowała oryginalny strój i własne pudełko – ergo, powinnam się w niej z miejsca zakochać, ale coś w tym temacie nie klika.

       

      1

      * * *

       

      1

       

      Ogólnie biorąc bardzo lubię wszelkie odmiany lalki Sindy – i te „prawdziwe” od Pedigree i „barbiopodobne” od Hasbro i „superkolekcjonerskie” od Tonnera. Lubię Sindy na sposób stabilny i ciepły, daleki od wrzenia, które, jak na złość, jest wyznacznikiem tego, która lalka ma szansę się u mnie zadomowić, a która nie bardzo.

       

      Los Sindy nie został jeszcze przesądzony, ale mały czorcik (pewnie Rokiś), siedzący na moim prawym ramieniu bardzo głośno skrzeczy mi do ucha: „Precz z nią!”, podszeptując w przerwach na wzięcie oddechu, że laleczka wcale nie jest mi potrzebna. Potrzebna czy nie potrzebna, będzie miała na blogu swoje pięć minut, bo szelmutka ładnie wygląda w obiektywie, choć to "bido-wersja", bez "prawdziwych" rzęs".


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       


      Sindy od Pedigree, to w mojej opinii, lalka idealnie skomponowana. Nie ma w niej nic brzydkiego. Moim ulubionym szczegółem jej fizjonomii jest właściwie każdy element  jej dziecinnego pyszczka, bo podoba mi się i mały, zadarty nosek i usta "w serduszko", ale przede wszystkim podkrążone, wiecznie zmęczone oczyska.

       

      Sindy zachowują dla mnie urok zarówno gdy są ubrane jak i golutkie, choć oczywiście mając wybór między wersją z pełnym oprzyrządowaniem, a bez niego, wybiorę tę pierwszą :)

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Zastanawiam się, czy ktoś z Was zgadł, jaki zawód prezentuje dzisiejsza laleczka. Bez bicia przyznaję się, że sama nie umiałabym tego określić na podstawie jej stroju, który należy do ... (tu fanfary, werble, tysiąc skaczących wkoło małpek i, aby przeciągnąć chwilę oczekiwania, dwie setki tańczących kankana Szkotów w tradycyjnych, tartanowych spódnicach) ... stewardessy.

       

      Tak, tak, ta kwietna sukienka to formalny strój aniołów pokładowych w służbie powietrznej linii BOAC.

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1 

       

      * * *


      1

       

      Fajny, nie skażony zbędnym formalizmem strój, prawda? Nie wyobrażam sobie, żebym zobaczyła taki na pokładzie naszego LOT-u, ale nie jest to w końcu niemożliwe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Mały derp”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 lipca 2017 18:58
  • sobota, 01 lipca 2017
    • O ostrym bzykaniu i zadzieraniu kiecki w nieodpowiednich momentach

      Za każdym razem, kiedy słyszę gdzieś melodię popularnej piosenki „Mam tę moc”, biorą mnie niekontrolowane drgawki, jeszcze silniejsze niż w przypadku „Last Christmas” Georga Michaela. Niewinny utwór z filmu „Frozen” działa na mnie wybitnie drażniąco – nie jestem w stanie znieść go dłużej niż kilkanaście sekund. Samego filmu też nie dałam rady obejrzeć i wyszłam z kina po mniej-więcej pół godziny. Dobrze, że za sprawą jednej z facebookowych rozdawajek bilety były za darmo!


      Kiedy w sklepach zaczął się wysyp lalek wzorowanych na bohaterkach „Frozen” z początku badawczo im się przyglądałam, zastanawiając się nad zakupem jakiejś ładnej Elzy. Oczywiście zanim się porządnie namyśliłam najurodziwsze egzemplarze były dawno wykupione, a po sklepach rozpanoszyły się Elzy od Hasbro, które z urody były zupełnie podobne do rozjechanej żaby. Moje chęci zakupowe uwiędły i wyschły na wiór, więc odpuściłam sobie wszelkie zakusy i zapomniałam, że kiedyś męczyły mnie podobne ciągoty.


      Kiedy już w sercu zapanowała słodka obojętność, na dwóch aukcjach internetowych objawiły się Elzy, które teoretycznie mogłabym do siebie zaprosić, choć nie czułam ku nim poprzedniej mięty. Mimo wszystko zadecydowałam o udziale w jednej z licytacji, zakładając, że prawdopodobnie i tak mnie ktoś mnie przebije. Oczywiście istniała szansa, że aukcją nie zainteresuje się pies z kulawą nogą i lalka trafi do mnie za śmieszną cenę, ale jako pesymista, zawsze wypatrujący za horyzontem burzowej chmury, nie bardzo w tę opcję wierzyłam.


      A jednak po raz kolejny muszę zakrzyknąć „A jednak!” Elzie pisane było zostać moją kolejną domowniczką. Koniec końców, wcale tego nie żałuję, bo przeżywam ostatnio fascynację 16-calowymi lalkami od Disney Store. Nie wszystkie chętnie widziałabym u siebie, ale dla jakichś dwóch-trzech chyba znalazłabym miejsce. Jeśli portfel będzie kiedyś łaskaw odpowiednio spuchnąć, to pokuszę się o ściągnięcie królewny Śnieżki i, być może, dużej Gertrudy?


       

      1

       

      Póki co Elza jest jedyną lalką w skali 1-16, którą mam u siebie. Do Tonnerek, podobnych jej wzrostem, kompletnie nie mam serca, a BJD wolę w większym wymiarze. To oznacza, że Elza jest trochę samotna, bo nie pasuje ani do lalek barbiopodobnych ani do żywicowych olbrzymów. Znaczy – narzeczonego sobie Elza wśród moich lalków nie znajdzie!

       

      Jej uroda nie pozostaje, mimo to, niezauważona. Co gorsza, ściągnęła już stado adoratorów i to całkiem spore, co o mały włos nie skończyło się dla mnie boleśnie. Amanci Elzy byli przybrani w czarno-żółte stroje, wydawali dźwięki jak kołujące Messerschmitty i mieli wygląd srogich rozbójników. Elza okazała się świetnym wabikiem na szerszenie.


      Szerszonki to owady, których bardzo się boję i unikam jak mogę, jednak podczas ostatniej ogródkowej sesji fotograficznej ich obecność zauważyłam dopiero wtedy, kiedy jeden nieziemsko spasiony egzemplarz przeleciał mi tuż nad uchem. Dwaj jego koledzy krążyli leniwie w pobliżu, a w koronie pobliskiego drzewa uwijały się kolejne sztuki. Kiedy do mojego mózgu dotarło, w jakim towarzystwie się obracam, skoczyłam na równe nogi, zadarłam kieckę prawie po pas (była dość szeroka i podczas ucieczki plątałaby się miedzy nogami) i łamiąc wszelkie zasady rozsądnego zachowania pognałam z wrzaskiem do domu, wymachując na wszystkie strony łapami. Lalka została na trawniku, nieświadoma grozy sytuacji, a bzyczące towarzystwo z ciekawością robiło wokół niej kółka w powietrzu. Tu powinnam wspomnieć, że dwaj pasiaści wojownicy poczuli się w obowiązku eskortować mnie do drzwi domu, ale na szczęście żaden z nich nie wpadł na pomysł składania wizyty ani nie próbował wtykać mi żądła, gdzie nie trzeba.


      Odważyłam się wyjść po Elzę późnym wieczorem, kiedy szerszenie odleciały już do swojego gniazda i w powietrzu nic złowieszczo nie bzyczało. Dopiero podczas ostrożnego skradania się w pobliże porzuconej samotnie lalki  przypomniało mi się, że w przypadku spotkania z prążkowanymi indywiduami powinno się zachować spokój i nie wykonywać gwałtownych ruchów, żeby nie sprowokować ich do ataku.

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       1

       

      * * *


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „O ostrym bzykaniu i zadzieraniu kiecki w nieodpowiednich momentach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 01 lipca 2017 14:56
  • sobota, 17 czerwca 2017
    • Życiem rządzi przypadek

      Dzisiejsza notka miała być o lalce Adele Makeda, ale nie będzie, bo z winy zepsutego aparatu nie miałam jak zrobić jej zdjęć. To oznacza, że Adele musi zaczekać, a tymczasem na blogu polansują się Betty teen, które zdążyłam swego czasu uwiecznić, gwoli czego mam ich fotki "w zapasie" na komputerze :) Jak to się mówi - przypadek zrządził!


      Z Betty teen jest jak z pchłami - jak już wlezie na ciebie jedna, to w niedługiej przyszłości pojawią się i następne. Nie bardzo się przed tym bronię, bo strasznie je lubię i żałuję każdej, którą nieopatrznie puściłam kiedyś w świat.


      Choć Betty teen można zdybać coraz rzadziej, to jednak od czasu do czasu pojawiają się jeszcze w sprzedaży. Prawdą jest, że są to najczęściej laleczki w stanie przeżutym i strawionym, ale nawet takie ściągają moją uwagę. Betty to dla mnie lalkowy synonim słowa "kawaii", oznaczającego rzeczy śliczne, niewinne, puszyste, słodkie i co tam jeszcze można wymyślić, mając przed oczami malutkie szczeniaczki i kotki.


      Do tej pory uzbierała mi się ośmioosobowa grupa Betek i tworów betkopodobnych, przy czym jedna z lalek zjechała na włości w swoim oryginalnym pudełku :)


      Pierwszą i najulubieńszą spośród grona tych laleczek jest dla mnie najskromniejsza z nich. Jej jakość łka i kwili jak małe dziecię, któremu duży i zły człowiek zabrał cukierek. Firma "Tong" poskąpiła jej wszystkiego co można - śliczna (acz bardzo rzadko rootowana) główka osadzona jest na wydmuszkowym ciele. Wszystko to razem leciutkie jak puszek - mógłby porwać ją pierwszy lepszy powiew wiatru. A jednak jej twarzyczka wynagradza wszelkie niedostatki jakościowe. Zdecydowanie najładniejsza Betty, jaka kiedykolwiek do mnie trafiła.


       

      1

       

       

      Mam w swoich zbiorach i inne Betty-blondynki - wszystkie z wyższej półki cenowej, z "porządnym" ciałem i włosami, ale szczerze mówiąc żadna z nich nie ma szans zagrozić mojej ulubienicy. Są kochane i śliczne, ale czasami skromna niezapominajka pachnie piękniej niż róża ogrodowa :)


       

      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      1

       

      Co ciekawe, w przypadku ciemnowłosych Betty nie mam zdecydowanej faworytki. Lubię je wszystkie po równo. To zupełnie tak, jakby kolor włosów wywoływał u mnie reakcję jak u psów Pawłowa - widok brunetki automatycznie wyzwala endorfiny :)

       

       

      5

       

      * * *


      4

       

       

      W swojej zbieraninie znalazłam trochę miejsca i dla lalek nie będących oryginalnymi zabawkami od Tong (i M&C), które jednak bezsprzecznie wyszły z matryc, używanych do produkcji Betty. To laleczki regionalne, sprzedawane turystom w charakterze suwenirów, odziane w stroje charakterystyczne dla danej szerokości i długości geograficznej. Na naszym rynku trafiają się rzadko. Myślę, że sprzedawcy nie są zainteresowani bezimiennymi laleczkami o ciemnej skórze. Pewnie nie mają na nie wielu nabywców.


       

      6

       

      * * *


      6

       

      * * *


      7

       

      * * *


      7

       

      Marzy mi się, że do grona zaprezentowanego powyżej, dołączy kiedyś lalka "BABIE", będąca naszym krajowym klonem Betty teen. Choć szanse jej odnalezienia zamykają się w setnych procenta, to wierzę, że gdzieś w Polsce stoi samotny magazyn z zabawkami z poprzedniej epoki, w którym uchowało się kilka egzemplarzy, z których jeden bardzo chciałby przyjechać właśnie do mnie :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Życiem rządzi przypadek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 17 czerwca 2017 17:26

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com