Doll land

Lalki

  • wtorek, 04 grudnia 2018
    • Piękna lalka, brzydka tradycja

      Bardzo lubię matellowską serię „Dolls of the world” (w skrócie - DOTW). Wchodzące w jej skład lalki są świetnymi ambasadorkami swoich krajów. Ich stroje, wzorowane na regionalnych ubiorach z różnych stron świata, robią wrażenie ilością detali oraz starannością wykonania, zaś same lalki bardzo wyraźnie odznaczają się na tle swoich playlinowych koleżanek, przede wszystkim niestandardowymi makijażami i kunsztownymi fryzurami. DOTeWuczki (mój neologizm obejmujący Barbie z serii DOTW) wyróżniają się w kolekcjach nawet wtedy, gdy obok nich stoją lalki z droższych i bardziej ekskluzywnych serii. Dlatego trochę mi przykro, że DOTeWuczka, o której będę dziś pisać, promuje wyjątkowo okrutną tradycję.

       

      41812211834_c59aa3d682_z

       

      W swoim długim życiu Barbie wykonywała wiele zawodów – była modelką, tańczyła w balecie, ubiegała się o fotel prezydenta, leciała w kosmos, a w 1999 roku zdecydowała się na dość ryzykowny krok i została matadorem, czyli zabójcą byków z areny.

       

      Corrida, która w uproszczonej formie znana była już w czasach starożytnych, jest widowiskiem żerującym na najniższych ludzkich instynktach. Chodzi w niej o to, by pod aplauz publiczności umęczyć i zabić zwierzę, uznawane za symbol siły i odwagi. Walka na arenie jest nierówna, bo na jednego byka przypada kilku uzbrojonych i dobrze zorganizowanych przeciwników, którzy biją się na śmierć, bez prawa łaski dla przegranego. Zasady starcia są uświęcone tradycją – byka kolejno drażni się i rani czułe miejsca na jego ciele, aby na koniec przedstawienia ogłupiałe z bólu i szoku zwierzę mogło zostać powalone eleganckim pchnięciem szpady matadora. Chwała tym z matadorów, którzy kończą starcie szybko, uśmiercając byka poprzez przerwanie jego rdzenia kręgowego, lecz w tym niewdzięcznym zawodzie pracują przecież i tacy, którzy morderczy kunszt opanowali  znacznie gorzej i śmierć z ich ręki rozciąga się na długi, bolesne minuty.

       

      Corrida jest dla mnie spektaklem ze wszech miar obrzydliwym, stąd ciężko mi polubić lalkę, w tak dosłowny sposób uosabiającą ducha tego widowiska.  Widzę w niej wcielenie agresji, krwiożerczości i bezmyślnego niszczycielstwa. Można by rzec, że to lalka – rzeźnik. Chyba dlatego nie jestem w stanie znieść jej obecności na półce, choć jest obdarzona urodziwym obliczem i ciekawym strojem.

       

      31176435767_83293e05db_z

       

      Zastanawiam się, co pchnęło mnie do jej zakupu i sądzę, że otumaniła mnie "promocyjna" cena. Rozterki, związane z zapleczem kulturowym lalki pojawiły się dopiero gdy już miałam ją w ręku. Wierzyłam, że dam radę je przełamać, ale niektóre skojarzenia są zbyt silne, by zbyć je wzruszeniem ramion. Podejrzewam, że nie pomoże nawet zmiana stroju na bardziej „cywilny”. DOTeWuczka za bardzo obrosła dla mnie negatywnymi skojarzeniami, żebym dała radę się z nią zaprzyjaźnić. Jej dni są policzone. Ufam, że Allegro przyjmie ją z otwartymi ramionami, bo ja nie dam rady jej ukochać. A kysz mi z chaty, krwiożercza Barbaro!

       

       46127689142_99cbe329bf_z

       

      * * *

       

      32306710888_0f433d75d0_z

       

      * * *

       

      46178588411_68d3408aa2_z

       

      * * *

       

      45454510674_d88034a083_z

       

      * * *

       

      46178637331_0f7bfc7a9a_z

       

      Smutno się zrobiło, prawda? No to włączmy przerywnik muzyczny w temacie hiszpańskim, żeby nie było, że te Hiszpany to tylko corrida, krew i galaretka z małych, słodkich kiciusiów.

       

       

      Ale, ale! Ten wpis wcale się jeszcze nie skończył! Bo widzicie, chciałabym jeszcze wrócić do konkursu na limeryki, który rozpoczął się w lipcu po czym trwał, trwał, trwał, aż wszyscy, łącznie ze mną o nim zapomnieli, ale do czasu, bo oto poniżej ujawniają się przysłane na konkurs wierszyki:

       

      Żył Pan Ekscentryk w centrum Galaktyki
      Który zabawkom robił różne triki
      Jedną zabawkę pięknie umalował
      Drugą zabawkę na części ćwiartował
      Bo w centrum Galaktyki żyją takie ekscentryki

      (Autorka - Iga Elsaid)

       

      "Limeryk z eufemizmem"

      Raz snobki na konwencie w stolicy
      Wiodły spór o wyższości żywicy
      Rzekła Barbie wkurzona
      Jak potrafi to ona
      Macie rozum w tylnej części spódnicy.
      (Autorka – Szara Sowa)

       

      "Smutny limeryk"
      Raz mała psuja spod Mławy
      Tylko dla czystej wprawy
      Urwała lalce rączki
      Potem poszła na pączki
      I to był koniec zabawy
      (Autorka – Szara Sowa)
       
      I w związku z powyższym chciałabym ogłosić, że konkurs wygrywa Szara Sowa i to do niej pojedzie Lottie, zaś Iga zajmuje miejsce na srebrnym podium i do niej też ktoś pojedzie :) Baby, podajta mi emailem adresy wysyłkowe!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Piękna lalka, brzydka tradycja”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 04 grudnia 2018 19:16
  • piątek, 13 lipca 2018
    • Motyla noga

      Lottie

       

      Jak to się stało, że choć nie miałam najmniejszego zamiaru nabywać Lottie, pewnego pięknego dnia znalazłam ją w skrzynce na listy? Otóż wręcz banalnie. Był sobie pewien sklep internetowy, obracający, między innymi, towarami okołodziecięcymi (ubrankami, zabawkami i innymi rzeczami, przeznaczonymi dla małoletnich). Sklep ten prowadził prężną działalność na Allegro i wszczynał wiele aukcji. Jako człowiek wiecznie czymś zainteresowany (to taki stan umysłu, że gdzie nie spojrzysz, to coś ci się podoba), od niechcenia zadeklarowałam w jednej z aukcji drobną kwotę, zakładając, że za moment i tak ktoś mnie przelicytuje. O swoim głupim wyczynie zapomniałam w jakieś pięć minut i nielicho zdziwiłam się, kiedy po pewnym czasie dostałam od Allegro przypominajkę o nieuregulowanej należności za niechcianą lalę. Po odświeżeniu sprawy w pamięci doszłam do wniosku, że faktycznie kiedyś coś w powyższym zakresie zmajdrowałam i że nijak nie wytłumaczę się żadną pomrocznością jasną ani tendencją do sklerozy. Było nie było, ale wypadało lalkę kupić, bo niehonornie byłoby wykręcać się z obowiązku już po fakcie. No to kupiłam. I mam.

       

      Lottie

       

      W Internecie wyczytałam, że Lottie to laleczki powołane do życia w wyniku długich badań, zmagań i pieriepałek. Oddajmy głos producentowi: ”Nasza pierwsza lalka powstała po 18 miesiącach badań. Rozmawialiśmy z dostawcami, ekspertami od zabawek, psychologami dziecięcymi, ekspertami żywieniowymi, rodzicami i co najważniejsze, z dziećmi. Nasze lalki wyglądają jak dzieci. Są ubrane w wygodne ubranka, uszyte z kolorowych i miłych w dotyku materiałów. Są wyposażone w akcesoria, które zachęcają do zabaw na dworze, takich jak łowienie ryb, łapanie fali (body-boarding), czy zbieranie skamielin.” Łohoho, to się teraz nowocześnie dzieciaki bawią! W moich czasach nie uprawiało się body-boardingu (zajęcie pokrewne pływaniu na desce), a co najwyżej pławiło w beczce (którą koledzy spuszczali do jeziora z wysokiej górki), pływało na oponie albo kajakiem, jeśli ktoś takowy posiadał.

       

      Lottie

       

      Moja Lottie nie propaguje równie żywiołowych rozrywek i woli uganiać się po ogrodzie za motylami. Na jej pudełku widnieje informacja, że laleczka pełni funkcję „butterfly protector”, czyli przyjaciółki uskrzydlonej i sześcionogiej przyrody. To dobry wzór do naśladowania dla małych sadystów, którzy lubią znęcać się nad owadami. Nie słyszałam, aby wbijanie co okazalszych okazów na szpilkę i eksponowanie ususzonych trupków w przeszklonych gablotach cieszyło się obecnie wśród dzieciarni jakąś szaloną popularnością, ale wyrywanie motylom skrzydełek to chyba nadal uniwersalna zabawa młodych potworów na całym świecie. Szczęściem u boku Lottie motyle nogi i skrzydełka są całkowicie bezpieczne.

       

      Lottie

      Lalka jest niewielka i obdarzona kształtami kilkuletniej dziewczynki, co oznacza, że biustu u niej nie uświadczysz. To samo tyczy się makijażu – twarz Lottie nie została upiększona żadnymi kosmetykami - ostrą szminką, imprezowymi cieniami do oczu czy różem na policzkach. Producent zabawki postawił na naturalność i upodobnił Lottie do małej dziewczynki, która nie korzysta jeszcze z dobrodziejstw makijażu. To zabawka z którą dziecko może się zidentyfikować.

       

      Mój zaawansowany wiek nie pozwolił mi nawiązać z Lottie bliskiej więzi. Lalka podoba mi się ze względu na skromny wygląd i solidność wykonania, jednak nie umiem wyobrazić jej sobie jako ozdoby mojej półki przez dłuższy czas. Jedyną częścią tej laleczki, do której się przywiązałam są ... jej buty, ale cóż to za nędzne uczucie, kiedy obuwie ceni się bardziej od tego, kto je nosi.

       

      Lottie

       

      W związku z powyższym doszłam do wniosku, że nie zostawię Lottie u siebie, a puszczę ją w drogę i zaproszę wszystkich, którym się spodobała, do udziału w zabawie, w której będzie ona nagrodą. Zasady zabawy są następujące:

       

      1. Aby wziąć udział w konkursie, należy na mój adres e-mailowy: stary_zgred1@gazeta.pl, przesłać limeryk, poświęcony dowolnej lalce. Gdyby ktoś nie wiedział, czym jest limeryk, kieruję go do definicji na Wikipedii (https://pl.wikipedia.org/wiki/Limeryk) i dla zobrazowania podaję też mizerny przykład mojego autorstwa:


      Pewna Barbie spopod miasta Mławy
      Miała wygląd ponuro-głupawy
      Choć się bardzo wdzięczyła
      I starała być miła
      Nikt jej brał do żadnej zabawy


      2. Termin na przesłanie zgłoszenia, uzbrojonego w limeryk, upłynie 22.07.2018 r. o godzinie 24:00

      3. Zwycięzca zostanie wyłoniony drogą losowania, zaś wszystkie limeryki zostaną opublikowane w kolejnej notce :)

       

      Lottie

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Motyla noga”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 13 lipca 2018 19:04
  • sobota, 17 marca 2018
    • 11 cm

      Na początku roku wzięłam udział w kilku akcjach na eBayu, prowadzonych wielowątkowo przez tego samego sprzedawcę. W związku z tym, że nie kontrolowałam ich przebiegu w dostatecznie wnikliwy sposób, przegapiłam moment, w którym należało „sypnąć groszem” i udało mi się wygrać tylko w jednej z nich.



      W aukcji, którą gapowato odpuściłam, był do zdobycia zestaw laleczek z serii Dazzle dolls, wydawanych przez Mattel w latach 1981 - 1983. Laleczki Dazzle to miniaturki 30-centymetrowych Barbie, które, tak jak ich większe koleżanki, przeznaczone były do tego, by je czesać, przebierać i .. kupować jak najwięcej, kompilując kolorową i wesołą kolekcję. Wśród dóbr, które miały zatopić życie lalek Dazzle w luksusie, były zestawy ubranek, mebelki i rozkładany domek. Dazzletki miały także swojego czworonożnego ulubieńca – konika Blaze’a oraz (last but not least) dwóch adoratorów – Ace’a i Glint’a, noszących nietwarzowe, staroświecko skrojone marynarki i różniących się od siebie kolorem identycznie odlanych, plastikowych fryzur (blond i brąz).


       

      Laleczki Dazzle występowały w dwóch „gatunkach”, które łatwo było rozpoznać na podstawie moldu twarzy. Ich buziaki to pomniejszone wersje całuśnej Steffie i poczciwego Superstara. Na moje oko rysy Steffie nieco lepiej sprawdziły się po zminimalizowaniu. Twarz Superstara zatraciła wraz z pomniejszeniem swoją koronną cechę – to jest promienny uśmiech (przez niektórych zwany wyszczerzem). Dazzletki-Superstarki uśmiechają się z zamkniętymi ustami, bo z jakiegoś powodu (pewnie chodzi o ograniczenia techniczne), producent zapomniał nałożyć białą farbę na ich ząbki. Niby małe niedopatrzenie, a z wyglądu takiej mini-Barbie jednak umyka coś charakterystycznego. Zresztą cały makijaż Dazzletek jest dość umowny. Te kilka maźnięć pędzla, które widać na twarzach maciupków nijak się mają do skomplikowanych make-upów ich większych odpowiedniczek. Jak widać mała skala trochę „pobrzydza” matellowskie lalki.


       

      Dość jednak narzekań! Skoro w czasach, gdy produkowano te laleczki, nie znano jeszcze technik, które umożliwiłyby bardziej staranne nałożenie farb na ich pyszczki, to trzeba je przyjąć takie, jakimi są, bo jednak do obrzydłych potworów to im daleko.


       

      Szczęśliwie mogę to naocznie stwierdzić, bo na przekór niepowodzeniu w eBayowej aukcji i tak trafiły do mnie dwie takie panienki. Szczególnie cieszyłam się z zapudełkowanej, ciemnoskórej Steffie o imieniu "Spangle", którą mogłam podziwiać mając pewność, że zupełnie niczego jej nie brakuje. Nie powstrzymało mnie to jednak od jej wyjęcia z opakowania – chęć dotknięcia lalki okazała się silniejsza niż podziw dla jej świeżo-dziewiczej, pudełkowej wersji.

       

       

      1

       

       

       1

       

       

      Blondynka, która już trochę w życiu przeszła i dawno straciła swoje opakowanie, została moją laleczką „podróżną”. Jej malutki rozmiar jest wprost idealny do tego, by móc schować ją w jakimś zakamarku torby lub plecaka. Zaś brunetka, jako panienka „z dobrego domu pudełka”, nie będzie się szwendać po świecie, lecz zagrzeje miejsce na półce obok innych przedstawicielek barbiowego rodu.


       

       1

       

       

      A teraz ciekawostka. Jak sprawić, by lalki tak małe jak Dazzletki nie zgubiły mikroskopijnych bucików? Najlepiej wmoldować je w stópki i już można śmiało dawać stuprocentową gwarancję, że utrata obuwia lalkom zupełnie niestraszna. Sprytne, prawda?


       

      1

       

       

      Dziurki w podeszwach butów pomagają zakotwiczyć lalkę na stojaku, który wygląda nieco inaczej, niż stojaki przeznaczone dla pełnowymiarowych Barbiów.


       

      1

       

       

      1

       

       

      Zgubić za to można miniaturowy grzebyk, dołączony do zestawu. Choć jest on przeuroczy, to gadżet z niego raczej niepraktyczny. Nie ośmieliłabym się nim czesać tych malutkich łepków. Już sobie wyobrażam co by to było, gdybym przypadkiem wydarła choć kilka kłaczków z rzadkich, dazzletkowych fryzurek. Ani tego zrerootować, ani ukryć. To ja już wolę dmuchać na zimne i zostawić ich włosięta nieruszone na wieki!

       

       

      Na koniec podzielę się z Wami ciekawym linkiem. Jeśli zerkniecie, co pod nim się chowa, odkryjecie świetną stronę, poświęconą lalkowym drobinkom, z których wiele jest słabo znanych w naszym zakątku świata. Przyznaję się, że spędziłam w towarzystwie tej strony bardzo przyjemne wieczory i teraz bardziej będę zwracać uwagę na lalkowy drobiazg, który widuję czasami na targach lub w SH.


      http://craftydollgal.blogspot.com/
      

       

      I jeszcze małe porównanie wielkości dwóch drobin - Spangletki i "Paskudy". Jak widać są równego wzrostu, choć ich głowy to zupełnie inny kaliber.

       


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „11 cm”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 17 marca 2018 17:41
  • niedziela, 31 grudnia 2017
    • Czas odnaleziony. Mini Fleur. Sprawa dla Sherlocka Holmesa już zamknięta.

      Kończąc 2017 rok chciałabym podzielić się z Wami najradośniejszym lalkowym wydarzeniem z ostatnich 365 dni, które utwierdziło moją wiarę, że uparte dążenie do celu pozwala dojść do rezultatów, nawet jeśli w powszechnej opinii są one mało realne. Otóż dzięki życzliwości dobrego człowieka z Facebooka mogłam pożyczyć na jakiś czas Mini Fleur - zabawkę, której wszędzie wyglądałam przez ostatnie siedem lat, a która wydawała się wspomnieniem, które nigdy do mnie nie wróci. Tym samym mogę zamknąć krucjatę poszukiwawczą i spokojnie odetchnąć - możliwość dotknięcia maleńkiej Fleurki świetnie uspokoiła dawne tęsknoty.

       

      Dwa poprzednie wpisy na temat tej lalki-widma znajdują się pod poniższymi adresami:

      1. http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html

      2. http://dolland.blox.pl/2017/03/Because-Im-happy-clap-along-if-you-feel-like-a.html

       

      Zanim pokażę Wam maleństwo, za sprawą którego wybuchła wielka radość, pozwolę sobie napisać kilka słów o jego antenatach, tak bowiem się składa, że Mini Fleur jest zapomnianym klonikiem bardzo popularnej, matellowskiej serii "The Littles".


       

      "The Littles" zadebiutowali na rynku w latach 80-tych. Seria składała się z kilku laleczek, tworzących rodzinę - byli w niej tatuś i mamusia, oraz gromadka dzieci, a wszyscy oni drobniutcy i malusieńcy, bo w skali 2 i 1/2. Laleczki można było nabyć w opakowaniach, zawierających świetne mebelki. W sprzedaży był też domek, zdolny pomieścić całą rodzinę. W naszym kraju te maleństwa nie były popularne - chyba ich do nas w ogóle nie sprowadzano. Natomiast zachodni kolekcjonerzy pamiętają te laleczki bardzo dobrze, zresztą są one nadal dostępne w serwisach takich jak eBay czy Etsy.


       

      W sieci nie ma o nich zbyt dużo informacji, ale mimo to znalazłam świetny wpis na blogu u angielskojęzycznej koleżanki: https://ostrobogulation.com/2010/10/21/mattel-the-littles-dollhouse/ Zachęcam Was do wizyty i obejrzenia jej zdjęć - dziewczyna zebrała nie tylko cały komplet najważniejszych postaci lecz posiada też w swych zbiorach piękny i bogato wyposażony domek. Jest na co popatrzeć!


       

      Tymczasem i ja pokażę u siebie jak wyglądali Maluśkiewicze, posiłkując się zdjęciami z serwisu http://www.vecchigiocattoli.it i z eBaya

       

      the Littles

       

       

      the Littles

       

       

      the Littles

       

       

       

      1

       

       

       

      1

       

       

      Miłe maluszki, prawda? Nie zostało ich obecnie zbyt dużo - stąd ich ceny na eBayu przyprawiają o zawrót głowy.


       

      Nasi lokalni przedsiębiorcy pokusili się o sklonowanie the Littles i przeszczepili te laleczki na polski grunt pod nazwą "Mini Fleur". Tak przynajmniej utkwiły one w pamięci kolegów - lalkozbieraczy. Dowodu, w postaci opakowania, gdzie wyszczególnione byłyby nazwy producenta i  produktu, nie udało mi się odszukać w formie zdjęcia. Dlatego muszę zawierzyć wspomnieniom znajomych lalkowiczów i przyjąć, że nasza kopia Maluśkiewiczów rzeczywiście miała na imię, jak wspomniałam wyżej.


       

      Mini Fleur była ubogą krewną amerykańskich laleczek. Przede wszystkim nie miała swojej rodziny - ani "męża" ani "dzieci". Z jakiegoś powodu sklonowano wyłącznie jedną członkinię rodziny Littles'ów. Sądząc po kształtach Fleur musiała być to jedna z młodszych, dziewczęcych latorośli.

       

       

      Fleur robiono na szybko. Świadczy o tym zarówno jakość samej lalki jak i jej stroju. Włosy wykonano z materiału przypominającego zbitą wełnę czesankową i naklejane na główkę jak czapeczkę (u egzemplarza, który u mnie gości włosów brak i bida świeci łysiną), zaś sukienkę stanowiło kółeczko, wycięte z materiału, w którym wycięto otwory na szyję i rączki. Rzecz jasna, żadna z krawędzi stroju nie była obrębiona. Laleczka nie miała także bucików. Niedbałość przy jej wykonaniu wychodzi z każdego kąta i aż razi. Biedny okruszek.


       

      1

       

      Twarzyczkę malowano ręcznie, co było dość ryzykowne przy jej niewielkich rozmiarach, bo pędzel, trzymany niewprawną dłonią, ma tendencję trochę błądzić i niejednokrotnie wyczarowuje niezapomniane, ekstrawaganckie makijaże.

       

      Fleur był "trudną" zabawką. Ze względu na zaburzone proporcje i duży ciężar główki nie mogła samodzielnie stać ani siedzieć. Dodatkowo, ze względu na słabą jakość gumy, której użyto na jej odlanie, była wybitnie podatna na uszkodzenia, a jeśli się ktoś nią bawił zbyt intensywnie, to lalka szybko kończyła w kawałkach.


       

      2

       

       

      2

       

       

      3

       

       

      Mini Fleur wydaje się być naszą krajową osobliwością, której popularność nie przedarła się poza granice Polski. Próbowałam rozpytać się o nią u kolegów z innych krajów (Rosja, Litwa, Ukraina, Włochy, Czechy, Słowacja), ale zupełnie o niej nie słyszeli, choć znane są im inne lalki naszej produkcji.


       

      Jedna jaskółka wiosny nie czyni, ale marzy mi się, że krążąc kiedyś po jakimś targu, natknę się na pana lub panią, który na swoim stoisku będzie miał stosik takich drobin. W końcu na targach dzieją się cuda, a mamy jeszcze okres świąteczny, kiedy takie nieprawdopodobne historie mają prawo się wydarzyć. Kto wie, co przyniesie Nowy Rok? Mam nadzieję, że będzie to dużo dobrego dla nas wszystkich - na wszelkich płaszczyznach życia, także lalkowych :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Czas odnaleziony. Mini Fleur. Sprawa dla Sherlocka Holmesa już zamknięta.”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 31 grudnia 2017 19:18
  • wtorek, 26 grudnia 2017
    • Stachanowiec

      Stachanowcem to ja nie jestem :) Ileż to ja miałam lalkowych planów na koniec roku, ale nie zrealizowałam żadnego. Może to i dobrze, bo nadmierny apetyt to prosta droga do przejedzenia :P


      Oczywiście po drodze wpadła cała kupa nieplanowanych lalek, których nie opisałam nawet po łebkach. W grudniu już chyba nie dam rady tego zrobić, więc zaprezentuję tylko teaser tego, co zacznie się u mnie na blogu objawiać w 2018 roku. A będzie tego sporo - bo i kloniki z bazarów i lalki ze sklepowych półek i efekty wymiany ze znajomymi, dzielącymi pasje zbieracze. Tymczasem, korzystając z ostatnich godzin Bożego Narodzenia, czyli już po fakcie, pozwolę sobie życzyć Wam jak najprzyjemniejszej i najweselszej końcówki świąt i wszelkiego dostatku w nowym roku. No, nie ględzę już więcej, tylko wykładam na ławę to, co chciałabym pokazać w nadchodzących miesiącach. Możecie trzymać mnie za słowo, że to zrobię, byle nie za mocno, żeby nie bolało :D

       

      1

       

      * * *


      2

       

      * * *


      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      5

       

      * * *

       

      6

       

      * * *

       

      7

       

      * * *

       

      8

       

      * * *

       

      10

       

      * * *


      11

       

      * * *


      12

       

      * * *

       

      12

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Stachanowiec”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 26 grudnia 2017 20:57
  • wtorek, 24 października 2017
    • Get your motor runnin’, head out on the highway

      W poszukiwaniu świeżych, lalkowych okazów, zabrnęłam w okolice, gdzie wieczorami latarnie świecą tylko połową żarówki, a w ciemnych zaułkach kręcą się długowłose indywidua, które marzą, by poczuć między swymi niespokojnymi udami dziką bestię. Na imię im - harleyowcy!


      Zgodnie z definicją Nonsensopedii archetypiczny rajder mieści w sobie następujący zestaw cech:

      - Harleyowiec musi być umięśniony, a szczególną wagę przywiązuje do mięśnia piwnego,

      - Harleyowiec musi nosić na głowie chustkę, która, jak uważa, z powodzeniem może zastępować kask podczas jazdy.

      - Harleyowiec musi posiadać dużą brodę lub ewentualnie mniejszą brodę, ale duże wąsy,

      - Harleyowiec musi zakładać skórzaną kamizelkę lub częściowo rozpiętą kurtkę, koniecznie na gołe ciało, tak aby było widać włosy na klacie,

      - Harleyowiec musi podziurawić swoje dżinsy, najlepiej, żeby było w nich więcej dziur niż spodni, wyjątkiem są spodnie skórzane,

      - Harleyowiec musi mieć buty przypominające damskie kozaki, lecz gęsto nabijane ćwiekami,

      - Harleyowiec musi mieć wytatuowane ramiona i obowiązkowo przynajmniej jeden tatuaż z flagą USA,

      - Harleyowiec musi używać okularów przeciwsłonecznych przez całą dobę, siedem dni w tygodniu, nawet w nocy.

       

      Od siebie dodałabym jeszcze:

       

      - Harleyowcy poruszają się w stadach, w których wyróżnić można samca-przewodnika, tzw. „głowę stada”, samców towarzyszących, tzw. „trzon stada” oraz samce pozostające w ogonie stada, zwane pieszczotliwie „dupką”,

      - Przejazd harleyowca rozpoznać można po charakterystycznym dźwięku „pyr, pyr, pyr”, który rozlega się z przodu i z tyłu harleyowca.

       

      I patrzcie no! Jakimś niespotykaniem zrządzeniem losu pod mój dach zabrnęło dwóch takich rodzynków, którzy lubo rozdzielnie nie spełniają wymienionych wyżej warunków, lecz gdy połączyć ich w parę, to (prawie) dają radę.


      Pierwszy z nich jest lalkiem, na którego swego czasu zagięłam parol, bo widział mi się jako bardzo przystojny i godny uwiedzenia. Miałam szczęście i drążący mi dziurę w sercu harleyowiec dostał mi się w stanie NRFB. Smutno napomykać, że mimo tego nie ustrzegł się przed stratami odzieżowymi. Skóropodobny materiał, z którego Mattel wykonał kilka elementów jego stroju, samoczynnie złuszczył się i popękał. Znam ja ten typ tworzywa jak zły szeląg – bo miałam z czegoś podobnego płaszcz. Przechodziłam w nim jeden sezon, schowałam do szafy, a kiedy wyjęłam go po roku, mając nadzieję, że znów będę zadawać w nim szyku, płaszcz objawił mi zupełnie nową postać. W trakcie kilkumiesięcznego urlopu w szafie ciuch nabrał cech węża i postanowił zrzucić wylinkę. W tym czasie zlazły z niego spore połacie ceratopodobnej substancji, odkrywając nieestetyczne, gołe placki.


      Płaszcz poszedł do śmieci, ale z ubrankami Kena nie mogę zrobić tego samego, bo nie mam dla nich porządnego zamiennika. Wielki smutek wbił szpony w moje serce i nielitościwie rwie je na strzępy, bo proces niszczenia sztucznej skórki nadal postępuje. Jak tak dalej pójdzie to Kenio zacznie łyskać golizną. Porażka na całej linii.



      1

       

      * * *

       

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

       1

       

       

      Nieco inaczej sprawa ma się z odzieniem drugiego bohatera dzisiejszej blognotki, który trafił do mnie jako „trupek”, ale w świetnym stanie. Oprócz braku jednego buta nic mu nie dolega. Ciało ma sprawne, włosy – nieprzerzedzone, a do tego ogromną chęć by pokazać się przed aparatem i choć raz zabłysnąć w blasku flesza. Nie ma ku temu wystarczającej urody (tak po prawdzie, który simbowy chłopak ma?), więc jego szczera chęć musi zastąpić brakujące przymioty ciała.


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      Z dwójki harleyowców zdecydowanie wolę bruneta. Natura nie poskąpiła mu ani urody ani figury. Simbowy gentleman gaśnie u jego boku i, przykro powiedzieć, wygląda jak znacznie uboższy, a przy tym starszy krewny. Nie dla niego ochy i achy damskiej społeczności. Nawet Steffi Love, która z racji swojego pochodzenia powinna robić do niego maślane oczy, bez skrępowania ogląda się za przystojniejszym okazem.


      Zrównuje ich tylko jeden fakt – żaden nie ma swojego motoru, więc chcą czy nie chcą – wszędzie muszą chodzić pieszo, co gwarantuje iż w najbliższym czasie nie nabiorą rubensowskich kształtów :)


      1 


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (21) Pokaż komentarze do wpisu „Get your motor runnin’, head out on the highway”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 24 października 2017 10:58
  • sobota, 07 października 2017
    • Po łebkach

      Zimno! Podczas porannych dojazdów do pracy okrutnie marznie mi nos. Chciałabym, żeby choć na chwilę wróciło lato. Tymczasem, w chłodnej, jesiennej atmosferze, przerywanej co jakiś czas posikiwaniem z chmurek, cieszę się towarzystwem rudowłosej „słonecznej” panienki, czyli Solariane.


       

      1


       * * *


      1

       

      * * *

       

      1


      Lalki Solariane, pieczętujące się stempelkiem „Camay” to nic innego jak taniutkie klony lalek Tammy, bardzo popularne w latach 70 i 80-tych na terenie zachodniej Europy. Od oryginałów różnią się przede wszystkim prostotą wykonania – ich ubożuchne, odlane z pustego plastiku ciała, są lekkie i podatne na uszkodzenia. Za to łepetyny to już inna bajka i to akurat z tych bajek, które czyta się z przyjemnością. Główki są odlane z gumy i bogato rootowane. Czupryny są miękkie i miłe w dotyku - aż chce się je trochę poczochrać ;)


      Wiedziona skruchą, iż większość moich notek o lalkach jest uboga w fakty historyczne i pisana „po łebkach”, zadecydowałam, że tym razem włożę w swoją blogową paplaninę trochę więcej pracy i spróbuję odgrzebać jakieś ciekawe, a ogólnie nieznane fakty o Solariankach. Doszukałam się mizernej garsteczki, bo choć lalki te są znane i wzbudzają u zbieraczy ciepłe uczucia, to jednak nikt nie próbował ich dotąd skatalogować.  Stąd fakty o nich, nie zawarte w pierwszych akapitach mojej notki, przedstawiają się następująco:


      Opakowanie. W zależności od kraju sprzedaży Solariane były dostępne w opakowaniu lub bez. Zresztą „opakowanie” to chyba za dużo powiedziane, bo chodzi o przezroczystą saszetkę bez żadnych oznaczeń. Wersje saszetkowe były rozprzestrzenione głównie we Francji. W Niemczech Solariane sprzedawano bez opakowania, w sklepach „dzianinowych”, handlujących akcesoriami do robótek ręcznych. Kiedy gospodyni domowa szła do takiego sklepu zaopatrzyć się we włóczkę (bo na przykład chciała zrobić ukochanemu wnuczkowi sweterek na drutach), to przy okazji mogła dokupić też lalkę. Jak podają źródła internetowe Solarianki dołączano także jako „gratisy” do zestawów, zawierających wzory robótek na drutach i szydełku, czyli były to typowe lalki „do obdziergania”.

       

      Proponowane wzory ubranek mogły wyglądać tak, jak na zdjęciach użytkownika Flickr o pseudonimie Freddycat1:

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Link do konta Freddycat1, skąd pobrałam zdjęcia: https://www.flickr.com/photos/15157516@N02/


      Nazwa. We Francji na lalkę mówiono – Solariane, w Wielkiej Brytanii – Camay, w Niemczech – Pagine. Nazwa Pagine wzięła się od marki włóczki, do której dołączano lalkę w gratisie.


      Dystrybutor. Firma Prisunic,  zarządzającą dość popularną (szczególnie we Francji) siecią sklepów, w których sprzedawano niedrogie towary codziennego użytku: ubrania, utensylia kuchenne, AGD z niższej półki itp.


      Wygląd lalek charakteryzował się dużą powtarzalnością – oczy były niezmiennie szare, z identyczną liczbą rzęs na górnej powiece (trzy rzęski). Włosy – krótkie, zebrane w zgrabną kopkę, która nie bardzo dawała się ułożyć w inny kształt, z powodu krótkości kosmyków. Kolory włosów - od blondu po kruczą czerń. Dziś najtrudniej jest upolować blondynkę. Główki wykonywano z gumy, ciało – z twardego plastiku, pustego w środku. Makijaż nanoszono natryskowo, za pomocą aerografu, za wyjątkiem rzęs i brwi, które malowano ręcznie.


      Ubranka. Niektóre z lalek były wyposażone w materiałowe ubranka. Najpopularniejszym i bardzo często przewijającym się na fotografiach w sieci strojem było niebieskie body z białą oblamówką. Ubranka haniebnie farbowały, o czym przekonałam się dość boleśnie, piorąc trykoty swojej lalki. Farby, których użyto do nadania koloru szmatkom, nie wytrzymują kontaktu z wodą i puszczają sok, który natychmiastowo wżera się we wszystkie białe elementy. Co gorsza, jeśli ubranko długo pozostawało na lalce, to na bank będzie ona upstrzona ciemnymi plamami.  


      Oznaczenia. Na główce brak klejma, natomiast na plecach umieszczono logo firmy „Camay” oraz informacje o miejscu produkcji – „Hong Kong”


      Ze smutkiem stwierdzam, że nie wygrzebałam już więcej informacji z sieci ani z literatury. Kloniki to wciąż czarna dziura na lalkowej mapie wszechświata. Być może udałoby mi się znaleźć trochę wiadomości o nich w jakiejś lalkowej encyklopedii, ale do tej pory żadna  nie powstała. Jedynymi pozycjami, poświęconymi klonom są bardzo trudno dostępne książki, autorstwa lalkowego pasjonata z Flickr, które w ekspresowym tempie zniknęły z serwisu Amazone i teraz trudno je dostać:


       

      1

       

      * * *


      1

      

      Na koniec pozwolę sobie podać kilka linków do stron bogatych w zdjęcia tych laleczek. Są to głównie blogi francuskojęzycznych pasjonatów lalek, którzy mają godne zazdrości kolekcje:

       

      http://nadette62.skyrock.com/3260736878-poupee-Camay-Hong-Kong.html

      http://catinette57.skyrock.com/tags/eYuGbwW93FF-Camay.html

      http://lescathydisa.skyrock.com/tags/fHaIxR9Ju4Q-solariane.html

      http://poupeemod-elle.skyrock.com/tags/jIQEIm4IaPc-Solariane.html

       

      1

       

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Po łebkach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 07 października 2017 15:39
  • niedziela, 24 września 2017
    • Czarno to widzę!

      I znów muszę zacząć od rzeczy mało chwalebnej, czyli brzydkiego uczucia zazdrości i niezaspokojonej żądzy, które lubią robić mi zamęt w głowie. Wszystkiemu winien jest serwis Flickr, co i rusz wypluwający ze swoich trzewi zdjęcia fantastycznych, trudno dostępnych zabawek, a wśród nich portret uroczej, czarniutkiej jak węgiel Steffi Love, o której nie mogę zapomnieć, choć bardzo bym chciała. Piękna lalka, która zdominowała moje myśli, wygląda tak:


       

      Steffi AA

       

      Czarniutka Stefka przypomina mi zamierzchłe dzieje, kiedy mieszkały u mnie dwie Simbaczki-mulatki, które bardzo lubiłam, ale nie ustrzegłam się przed ich sprzedażą. Dziś pewnie nie podjęłabym takiej decyzji i zostawiłabym je sobie wszystkie na wieczne nieoddanie, jednak u zarania zbieractwa moje wybory były podejmowane spontanicznie, bez głębszych przemyśleń, co w większości przypadków kończyło się smutnym wzdychaniem nad własną niefrasobliwością. Jednak w związku z tym, że sprawa dawno już się przeterminowała i emocje zdążyły opaść, zupełnie nie rozpaczam nad tą niechwalebną przeszłością, tym bardziej, że udało mi się odkupić Stefkę-Esmeraldę; co prawda bez oryginalnego stroju, ale za to całą i nieprzeżutą. Co do jej ubranka, to myślę, że jeszcze do mnie trafi, bo zdarza mu się wypływać na eBayowych aukcjach, a ja wiem, co to cierpliwe oczekiwanie.

       

      Archiwalne zdjęcie "utraconych":

       

       

      1

       

      A tu już odzyskana "Esmeralda":

       

       

      1

       

       

      Zostawiając temat utraconych lalek na boku, przeskoczę do zabawki, która rekompensuje mi brak pięknej Steffi z Flickr. To reprezentantka tego samego gatunku i także czarniutka, ale w mojej opinii nieco mniej urodziwa od dziewuszki w niebieskich słuchawkach.


       

      1

       

      Lalka została znaleziona na aukcji włoskiego kolekcjonera, który zachował ją w oryginalnym pudełku, przypiętą do macierzystej tekturki, wraz ze wszystkimi akcesoriami. Ponieważ laleczka była przymocowana do wkładki za pośrednictwem drucików, co pozwalało na jej łatwe odczepienie, a zarazem przymocowanie z powrotem, więc nie miałam żadnych wątpliwości, że choć na trochę ją uwolnię z trumny i … porządnie wytrę mokrą szmatą, aby pozbyć się drobnych, lepiących się do ciała pyłków. Nowa lalka, a taki brudas!


       

      1


       

      Lalka jest śliczna, oczywiście jak na stefkowe standardy, bo z klasycznymi pięknościami bitwy na urodę raczej nie wygra. Jej okrągła, melancholijna twarzyczka bardzo zyskuje w ciemnej wersji kolorystycznej. Nie wiem, czy mówi teraz przeze mnie radość z jej zdobycia, czy zwykłe chwalipięctwo, ale naprawdę widzę w niej wyjątkową ślicznotkę, choć na dobrą sprawę wcale nie różni się od swoich „białych” sióstr.


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

       

      Czarna Steffi jest pierwszą lalką od firmy Simba Toys, która dotarła do mnie w tak świetnym stanie. Zazwyczaj trafiają mi się podniszczone trupki, których szybko się pozbywam, bo rozebrane i poczochrane dziecięcą ręką stanowią smętny widok i trzeba się nielicho napracować, żeby dokonać ich reanimacji. Najgorzej jest z włosami – splątany „stefowłos” nadaje się już chyba tylko do tego, żeby zamoczyć go w benzynie i przyłożyć płonącą zapałkę. Steffi świeżo wyciągnięta z pudełka to zupełnie co innego – dopiero tu widać, że te lalki to nie żadne kołtunowate kocmołuchy, a fajne zabawki „z potencjałem”.


       

      1

       

       

      Tęsknota za ciepłem lata sprawia, że uaktywniła się we mnie potrzeba zdobywania ciemnoskórych lalek. Nie tylko Steffi zasiliła w ostatnim czasie moje zbiory. Wraz z nią wkradły się też mniej prestiżowe dziewczęta, pochodzące, jak przypuszczam, z dość poślednich, klonikowych linii. Nie znam ich nazw i nie wiem nic o ich producentach, choć ufam, że w bliższej lub dalszej przyszłości natrafię na jakieś ślady ich tożsamości (w końcu Internet jest szeroki i głęboki jak ocean, gdzie kryje się niejedna, tajemnicza rybka). Sądząc po ich wyglądzie mam chyba prawo orzec, że jedna jest kopią Steffi Love, zaś druga miała wśród przodków Barbie Superstar.

       


       

      1

       

      * * *


      1

       

       

      Ponieważ obydwie szalenie mi się podobają, więc muszę trochę poużalać się na niską jakoś materiałów, z których je wykonano. Nie mam wątpliwości że za kilka(naście?, dziesiąt?) lat obydwie laleczki rozsypią się w proch i pył, a już na pewno ich włosy. Czesanie niby-Steffi i niby-Barbie jest niemożliwością – ich czupryny kruszą się pod każdym delikatnym dotknięciem i choć proces zniszczenia nie zaszedł jeszcze za daleko, to wyrok, mówiący że w przyszłości obie będą łysiutkie jak kolano, zapadł już dawno temu.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Czarno to widzę!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 24 września 2017 19:50
  • poniedziałek, 21 sierpnia 2017
    • Upadek

      Bójta się, bo będzie staroć! Już uraczyłam nim ludzi na grupach facebookowych i jeszcze mi mało, więc glebnę go jeszcze i tu. Takie na mnie zrobił wrażenie! Co to będzie, co to będzie? (suchar, rzecz jasna, ale nie uprzedzajmy faktów).



      Jakieś pół roku temu zjechał do mnie hot tojsowski Thor. Oczywiście moja radość była wielka i spaśna, ale nie przełożyła się zupełnie na chęć objawienia go na blogu, bo to i fotki jakieś trzeba zawczasu strzelić i tekst wymyślić, a trafiło akurat na taki moment, że mi się nie chciało ani ruszać mózgownicą, ani bawić aparatem. Mówiąc wprost - zawiesiłam się na dobre, leń mnie opanował i w mem sercu zapanowała atmosfera tumiwisizmu, przekładająca się na ogólną bezwładność i bezczynność.
      


      1

       

      Restart chęci do działania nastąpił z początkiem lata, kiedy dni zrobiły się cieplejsze i dłuższe, i to dlatego w przeciągu przeszłych tygodni sypałam wpisami w większej częstotliwości. Starałam się lalkować „na zaś” ile tylko się dało, żeby z nadejściem jesieni z czystym sercem (przeca wyrobiłam normę, niczym jakiś stachanowiec!) znów spowolnić wszystkie procesy życiowe i popaść w stan lalkowej hibernacji.


       

      Thorów, wyprodukowanych przez Hot Toys było już kilku, ale mocno obstaję przy tym, że to właśnie mój (ma największy i najtwardszy Mjolnir na dzielni) jest najbardziej podobny z twarzy do nadzwyczaj urodziwego oryginału. Którym mogłabym się zachwycać długo i namiętnie, bo dała mu bozia i foremne ciało i kuśliwą twarz. No i właśnie tę piękną po męsku, odlaną w plastiku twarz prawie udało mi się zniszczyć. A było to tak ...

       

      

      Wszystko działo się w piękny, lipcowy dzień pobłogosławiony nadzwyczaj wysoką temperaturą. Kiedy na dworze panują upały staram się schować w jak najchłodniejsze miejsce i nie wyściubiać nosa za drzwi dopóki na dworze nie da się swobodnie oddychać. Dlatego przed chałupę wyszłam dopiero gdy miało się ku wieczorowi i trochę zelżał gorąc. Bardzo chciało mi się łyknąć nieco świeżego powietrza, a przy okazji skorzystać z resztek słońca na niebie, bo wiadomo, że najlepsze oświetlenie w chałupie nigdy nie zastąpi żywego światła. Thor majtał mi się w jednej łapie, aparat w drugiej. Gdybym miała więcej ręców, to może jeszcze to i owo bym przychwyciła, ale że nie urodziłam się ani jako bogini Kali ani ośmiornica, więc lazłam tak jak stałam.

       



      Procedura zdjęciowania jest prosta - najsampierw stawia się modela w jakiejś korzystnej lokalizacji (na murku, na parapecie, czy w inszym miejscu gdzie dociera słońce), a później rozkracza w wygodnej pozycji, dostosowuje ustawienia w aparacie do zastanej sytuacji, po czem zagryzając z przejęcia jęzor można zacząć strzelać do wybranego obiektu seriami z obiektywu.



      Tu małe pytanie: Czy często korzystacie z lalkowych stojaków? Ja z tych, co ich nie lubią, bo irytują się, kiedy fragmenty podstawek pojawiają się na zdjęciach. Wszelakoż złośliwość losu sprawia, że brak afektu do stojaków bywa przyczynkiem do tragedii, szczególnie jeśli model, biorący udział w sesji wpadnie na pomysł, że fajnie byłoby rymnąć z wysokości na jakieś twarde podłoże.

       


      Uczucie, kiedy jedna z twoich ulubionych figurek leci z parapetu na pysk, a ty wiesz, że na dole jest beton, na którym rozmaże się jak skisła żaba, ale nie dasz rady jej złapać, bo trzymasz w rękach aparat, jest tak dojmujące, że miękną ci łydki. Widzisz już z całą wyrazistością rozmiar nadciągającej katastrofy, a w tym czasie twój ulubiony pan figurek robi "plask!", twarzą do przodu, prosto na … mięciutki, owłosiony psi zadek, który w międzyczasie umościł się po cichu pod twoimi nogami. W rezultacie możesz westchnąć z ulgą: "Żyje! Psia dupa go ocaliła!" i przyrzec solennie, że teraz już nigdy, przenigdy nie wyjdziesz z domu bez stojaka.



      Thor przeżył upadek bez szwanku. Pies za to dotkliwie poczuł na własnym ciele trudy lalkowania, co z oburzeniem mi wytknął, strzelając smutne miny, tuląc uszy i patrząc z wyrzutem wielkim jak Mount Everest. Co prawda foch dość szybko mu przeszedł po zadośćuczynieniowym spacerze i masowaniu dupki, ale na wszelki wypadek nie zatrzymywał się tego wieczora w lokalizacjach, gdzie coś mogłoby na niego spaść. Widać uderzenie Thorem zostawiło ślad i na zadku i na psychice.
      

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


       1

       

      * * *

       

      1



      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Upadek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 21 sierpnia 2017 21:41
  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Bazarowe bidy

      Uwaga! Poniższy wpis zawiera zdjęcia i wyrażenia, które nie nadają się dla oczu delikatnych, łatwo gorszących się osób. Moim zdaniem są to rzeczy dość niewinne, ale jako że jesteśmy ludźmi o różnej wrażliwości, więc wolę zawczasu uprzedzić. Proszę, nie bijcie za odrobinę świntuszenia i nie budźcie w sobie inkwizytora ;)

       

       

      Pchle targi mają dla mnie ogromną siłę przyciągania – wracam tam cyklicznie, a gdybym mogła, to jeździłabym w każdy weekend. Moimi ulubionymi miejscami w Warszawie są targ Koło i targ Olimpia, gdzie na rozłożonych na ziemi ceratkach wylegują się cenne artefakty z przeszłości, nierzadko w towarzystwie zwykłych śmieci. Najważniejszą zasadą jest to, by takie bazary odwiedzać w godzinach porannych, bo po pierwsze primo – po południu większość sprzedawców zwija już swój majdan, a po drugie primo - koło godziny 10-tej połowa kupczących mydłem i powidłem jest już po kilku głębszych i ledwo kontaktuje, a druga wchodzi już w stan błogości.

       

       

      Pchle targi mają swoją niepowtarzalną aurę i nawet, jeśli wychodzi się z nich z pustymi rękami, to czego się człowiek nasłucha i napatrzy, bywa cenniejsze od materialnych nabytków. Ze swojej ostatniej wizyty na Olimpii wyniosłam na przykład taką rozmowę między kupującym a sprzedawcą:

       


      - Panie, a co to takiego?
      - A nie wiem, ale stare.  
      - A skąd pan to wziął?
      - Panie, to ze strychu. Kto by tam spamiętał z którego!
      - A do czego to mogłoby służyć?
      Sprzedawca bierze przedmiot w ręce, obraca z góry na dół, ściąga brwi w zamyśleniu: - Na moje oko to część jakiegoś urządzenia, silnika może …
      Klient przestępuje z nogi na nogę, zastanawia się, w końcu pyta: - A drogie to?
      - A dla pana to dziesięć złotych.
      - Takie nie wiadomo co?
      - No niech będzie siedem, szefuniu!
      - Biorę!

       


      Brylant, nie rozmowa, a przecież to nie wszystko, co można na takim bazarze podłapać. Jeśli się dobrze rozejrzeć, to w oko wpadają takie rarytasy, że głowa mała. Na przykład wspaniały egzemplarz krajowej sztuki ceramiczno-erotycznej, hit zdobniczy sprzed kilkudziesięciu lat, czyli statuetka pana Fiucikowskiego czyniącego awanse pani Cycusiowej (pardon za słownictwo, ale inaczej tej dwójki nie da się nazwać).


       

      1

       

      * * *

       

      1


       

      Najgorzej po ryneczkach łazi się w gorące dni. Wiadomo – słońce praży jak na plaży, pot kapie, człek sapie (przaśność tego wersu spowodowała, że ścierpły mi dziąsła). No ale nie ma nic za darmo. Jak się nie nachodzisz, to niczego nie znajdziesz. Dla przykładu – urokliwej królewny Śnieżki, leżącej na kupie Monster Hajów, straszliwie starannej życiem Fleur i pozbawionej rączek Sandy (huraaaa, mam kolejną Sandy!)


       

      Śnieżka zachowała się najlepiej z całej trójki. Oprócz braku stroju zupełnie nic jej nie dolega. Ani jej nikt włosów nie skołtunił, ani głowy nie urwał, ani mazakami nie upiększył. Aż trudno mi było uwierzyć, że taka ładna lalka znalazła się na bazarze.


       

      1

       

       

      Druga dzieweczka została znaleziona u pana, trudniącego się sprzedażą zabawek, stojącego ze swoim majdanem w pełnym słońcu, na samym środku targu. Kiedy tylko zobaczyłam piętrzącą się na jego stoliku kupę lalek, wiedziałam że jestem w raju. Co prawda większość z oferowanych zabawek były to lalki porcelanowe, minki i wymęczone Steffi nowszego typu, ale sam fakt, że mogłam przez chwilę pogrzebać w lalkowej hałdzie, nastroił mnie pozytywnie na resztę dnia, a kiedy wyciągnęłam na światło boże Sandy-inwalidkę, to wręcz chciało mi się tańczyć z radości. Nie szkodzi, że laleczka ma tylko jedną rączkę, w dodatku pozbawioną dłoni. Dzięki podpowiedzi dobrego człowieka wiem, że podobny typ łapek mają Steffi Love z serii „Mystic girls”. Jak tylko jakąś dorwę po taniości, to zrobię Sandy przeszczep. Jeśli ktoś z Was ma na stanie wybawioną „mistyczkę” i nie żywi do niej głębszych uczuć, to niech wie, że chętnie ją przejmę w charakterze dawcy rąk dla Sandy!


       

      1

       

       

      Trzecia bida była brudna, poczochrana i smętna, ale za to względnie cała i ubrana (obecnie w jej ciuchach paraduje Śnieżka). Z niej ucieszyłam się najmniej, bo Fleur jakoś nigdy nie były w centrum moich zainteresowań, ale i tak wzięłam ją ze sobą. Zakładam, że w przyszłości może przydać się na wymianę za jakiś fajny lalkowy artefakt. Na razie dziewuszka porządnie się odmyła i wskoczyła do pudła z lalkowymi sierotami, gdzie odsypia lata zaniedbania i tułaczki. Stopień jej zapuszczenia jest ogromny - laleczka potrzebuje rzęs, nowych włosów oraz porządnego odczyszczenia ciała, szczególnie w okolicach łączenia kończyn z tułowiem, gdzie plastik po prostu się rozpuścił. Widzę przed sobą wiele pracowitych jesiennych wieczorów :)


       

      1

       

      Tyle wieści z bazarów. Mam nadzieję, że za jakiś czas znów zrobię rajd na jakieś targowisko i wyszukam tam kolejne bidule do odratowania, które, oczywiście, ujawnię na blogu, bo co to za frajda zbierać lalki po kryjomu, przed nikim się nie pusząc :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Bazarowe bidy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 18:04

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com