Doll land

Lalki

  • poniedziałek, 07 sierpnia 2017
    • Bazarowe bidy

      Uwaga! Poniższy wpis zawiera zdjęcia i wyrażenia, które nie nadają się dla oczu delikatnych, łatwo gorszących się osób. Moim zdaniem są to rzeczy dość niewinne, ale jako że jesteśmy ludźmi o różnej wrażliwości, więc wolę zawczasu uprzedzić. Proszę, nie bijcie za odrobinę świntuszenia i nie budźcie w sobie inkwizytora ;)

       

       

      Pchle targi mają dla mnie ogromną siłę przyciągania – wracam tam cyklicznie, a gdybym mogła, to jeździłabym w każdy weekend. Moimi ulubionymi miejscami w Warszawie są targ Koło i targ Olimpia, gdzie na rozłożonych na ziemi ceratkach wylegują się cenne artefakty z przeszłości, nierzadko w towarzystwie zwykłych śmieci. Najważniejszą zasadą jest to, by takie bazary odwiedzać w godzinach porannych, bo po pierwsze primo – po południu większość sprzedawców zwija już swój majdan, a po drugie primo - koło godziny 10-tej połowa kupczących mydłem i powidłem jest już po kilku głębszych i ledwo kontaktuje, a druga wchodzi już w stan błogości.

       

       

      Pchle targi mają swoją niepowtarzalną aurę i nawet, jeśli wychodzi się z nich z pustymi rękami, to czego się człowiek nasłucha i napatrzy, bywa cenniejsze od materialnych nabytków. Ze swojej ostatniej wizyty na Olimpii wyniosłam na przykład taką rozmowę między kupującym a sprzedawcą:

       


      - Panie, a co to takiego?
      - A nie wiem, ale stare.  
      - A skąd pan to wziął?
      - Panie, to ze strychu. Kto by tam spamiętał z którego!
      - A do czego to mogłoby służyć?
      Sprzedawca bierze przedmiot w ręce, obraca z góry na dół, ściąga brwi w zamyśleniu: - Na moje oko to część jakiegoś urządzenia, silnika może …
      Klient przestępuje z nogi na nogę, zastanawia się, w końcu pyta: - A drogie to?
      - A dla pana to dziesięć złotych.
      - Takie nie wiadomo co?
      - No niech będzie siedem, szefuniu!
      - Biorę!

       


      Brylant, nie rozmowa, a przecież to nie wszystko, co można na takim bazarze podłapać. Jeśli się dobrze rozejrzeć, to w oko wpadają takie rarytasy, że głowa mała. Na przykład wspaniały egzemplarz krajowej sztuki ceramiczno-erotycznej, hit zdobniczy sprzed kilkudziesięciu lat, czyli statuetka pana Fiucikowskiego czyniącego awanse pani Cycusiowej (pardon za słownictwo, ale inaczej tej dwójki nie da się nazwać).


       

      1

       

      * * *

       

      1


       

      Najgorzej po ryneczkach łazi się w gorące dni. Wiadomo – słońce praży jak na plaży, pot kapie, człek sapie (przaśność tego wersu spowodowała, że ścierpły mi dziąsła). No ale nie ma nic za darmo. Jak się nie nachodzisz, to niczego nie znajdziesz. Dla przykładu – urokliwej królewny Śnieżki, leżącej na kupie Monster Hajów, straszliwie starannej życiem Fleur i pozbawionej rączek Sandy (huraaaa, mam kolejną Sandy!)


       

      Śnieżka zachowała się najlepiej z całej trójki. Oprócz braku stroju zupełnie nic jej nie dolega. Ani jej nikt włosów nie skołtunił, ani głowy nie urwał, ani mazakami nie upiększył. Aż trudno mi było uwierzyć, że taka ładna lalka znalazła się na bazarze.


       

      1

       

       

      Druga dzieweczka została znaleziona u pana, trudniącego się sprzedażą zabawek, stojącego ze swoim majdanem w pełnym słońcu, na samym środku targu. Kiedy tylko zobaczyłam piętrzącą się na jego stoliku kupę lalek, wiedziałam że jestem w raju. Co prawda większość z oferowanych zabawek były to lalki porcelanowe, minki i wymęczone Steffi nowszego typu, ale sam fakt, że mogłam przez chwilę pogrzebać w lalkowej hałdzie, nastroił mnie pozytywnie na resztę dnia, a kiedy wyciągnęłam na światło boże Sandy-inwalidkę, to wręcz chciało mi się tańczyć z radości. Nie szkodzi, że laleczka ma tylko jedną rączkę, w dodatku pozbawioną dłoni. Dzięki podpowiedzi dobrego człowieka wiem, że podobny typ łapek mają Steffi Love z serii „Mystic girls”. Jak tylko jakąś dorwę po taniości, to zrobię Sandy przeszczep. Jeśli ktoś z Was ma na stanie wybawioną „mistyczkę” i nie żywi do niej głębszych uczuć, to niech wie, że chętnie ją przejmę w charakterze dawcy rąk dla Sandy!


       

      1

       

       

      Trzecia bida była brudna, poczochrana i smętna, ale za to względnie cała i ubrana (obecnie w jej ciuchach paraduje Śnieżka). Z niej ucieszyłam się najmniej, bo Fleur jakoś nigdy nie były w centrum moich zainteresowań, ale i tak wzięłam ją ze sobą. Zakładam, że w przyszłości może przydać się na wymianę za jakiś fajny lalkowy artefakt. Na razie dziewuszka porządnie się odmyła i wskoczyła do pudła z lalkowymi sierotami, gdzie odsypia lata zaniedbania i tułaczki. Stopień jej zapuszczenia jest ogromny - laleczka potrzebuje rzęs, nowych włosów oraz porządnego odczyszczenia ciała, szczególnie w okolicach łączenia kończyn z tułowiem, gdzie plastik po prostu się rozpuścił. Widzę przed sobą wiele pracowitych jesiennych wieczorów :)


       

      1

       

      Tyle wieści z bazarów. Mam nadzieję, że za jakiś czas znów zrobię rajd na jakieś targowisko i wyszukam tam kolejne bidule do odratowania, które, oczywiście, ujawnię na blogu, bo co to za frajda zbierać lalki po kryjomu, przed nikim się nie pusząc :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (16) Pokaż komentarze do wpisu „Bazarowe bidy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 07 sierpnia 2017 18:04
  • piątek, 04 sierpnia 2017
    • Niedługo, niekrótko, a w sam raz

      Nie minęło wiele czasu od chwili, gdy z honorami usadziłam na półce pierwszego Lukasa Mavericka, a tu do domu pcha się następny i to ten właściwy, czyli z dawien dawna obsadzony w roli lalki wymarzonej - Lukas Maverick "Raw Appeal". Niedługo, niekrótko, a w sam raz :)

       

      1


      Informacja o jego wystawieniu na eBayu przyszła do mnie w formie SMS-a podczas rodzinnej posiadówki przy herbacie. Bliscy, zaaferowani dzikim wyrazem mojej twarzy przy odczytywaniu wiadomości, kazali mi wyspowiadać się z jej treści, po czym drogą demokratycznego głosowania podjęli decyzję, że skoro pojawiła się PRAWDZIWA OKAZJA, która w przyszłości może się już nie powtórzyć, to nie ma się co cykać, tylko z niej skorzystać, bo jeśli tego nie zrobię, to będę im stękać i biadolić przy każdej możliwej okazji. Oczywiście, starali się też odwołać do mojego zdrowego rozsądku, ale to już chyba z przyzwyczajenia, bez większej nadziei na spektakularny sukces. W drodze konsultacji wypracowaliśmy jednak pewne rozwiązanie - a mianowicie zero poważnych lalkowych zakupów na nie mniej niż 3 miesiące, na co z ochotą się zgodziłam, bo w większości robię zakupy niepoważne (no i jestem w fazie wyprzedawania lalek, które się ponudziły).

       

      1


      O tym, że jestem wielbicielką wszelkich lalek, przemykających się pod nazwą Lukas Maverick, pisałam już w jednej z poprzednich notek, ale co mi tam, przypomnę ten fakt jeszcze raz, bo a nuż już o tym zapomnieliście. Ich ostre, zmaskulinizowane do potęgi rysy twarzy zainfekowały mnie na dobre i nieodmiennie wywołują reakcję sprzężoną - widok Lukasa wyzwala pełne uczucia kwilenie, wsparte ekspresyjnymi ruchami rąk, niczym u dzierlatki, przeżywającej swoje własne, prywatne wniebowstąpienie na koncercie jakiegoś  boysbandowego idola (to rączka kładzie się  na sercu,  to na rozpalonych z emocji policzkach).

       

      1


      Nie jest wcale tak, że chciałabym mieć wszystkich Lukasów, którzy zeszli z taśm produkcyjnych Integrity Toys, choć każdy, jak leci, jest dla mnie przepiękny. Jednak dość wysokie ceny tych lalków skutecznie wystudzają moje chęci zagęszczania ich ilości na metr kwadratowy mieszkania. Jeśli "Bóg da", to kiedyś jeszcze zaproszę któregoś na włości, a jeśli "nie da", to zwrócę się w inną stronę i nie będę rozpaczać (jeno czekać na okazję).

       

      1


      Jeśli chodzi o dzisiejszego bohatera, to marzył mi się z pobudek estetycznych i egoistycznych.  Estetycznych właściwie nie trzeba tłumaczyć, bo całkiem ładny z niego kawaler, a egoistyczne są takie, że Lukas "Raw Appeal" pochodzi z najstarszej, dość limitowanej serii, co zwiększa jego niedostępność na rynku i niestety, podbija cenę.

       

      1


      Wiedząc, że zawisł na jednej z eBayowych aukcji, doznałam wewnętrznej trzęsawki, przy czym tak silnej, że rodzina trochę się przestraszyła, czy aby nie stało się coś złego. Znają mnie przecież jak łysego konia i wiedzą, że taki stan zdarza mi się nieczęsto, bo tylko w momentach głębokiego poruszenia duszy. Tu po raz kolejny muszę napisać, jak bardzo wdzięczna jestem swoim bliskim za to, że nie wyśmiewają moich nagłych zachceń ani nad nimi nie wydziwiają, za to zawsze wspomogą, kiedy tego potrzebuję. Pewnie dlatego nie wyobrażam sobie żadnych poważniejszych zakupów (również tych lalkowych) bez rodzinnej burzy mózgów.

       

      1

       

      Tak to ich zachęta spowodowała, że moje męskie szeregi wzbogaciły się o najurodziwszego i zarazem najbardziej skwaszonego Lukasa Mavericka wszechdziejów, wszechmiejsc i wszechwyobrażeń. W dodatku paradującego w męskiej spódnicy, która bardzo, ale to bardzo przypomina mi strój szkockiego górala. Nie znam innej lalki od Fashion Royalty, która tak silnie magnetyzowałaby mnie swoim oryginalnym, pudełkowym wyglądem. i liczę na to, że w najbliższym czasie żadna się nie objawi, bo przez Lukasa portfel mi krwawi :P

       

       

      1


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (10) Pokaż komentarze do wpisu „Niedługo, niekrótko, a w sam raz”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 04 sierpnia 2017 11:22
  • wtorek, 18 lipca 2017
    • Trup z szafy

      Urlop to taki cudowny czas, kiedy w końcu można porządnie się wyspać i, co równie ważne, wysprzątać mieszkanie na glanc. Nie, wcale nie żartuję, bo naprawdę lubię latać po chałupie ze ścierą i mopem, a w dni robocze nie za bardzo mam na to szansę.


      Przy okazji gruntownego odkurzania podłóg, mycia okien i doprowadzania do stanu czystości wszelkiego pozostałego dobytku jest też czas na spokojne przejrzenie trupiarni lalkowej i przypomnienie sobie o kilku nieboszczkach, które chciałyby w końcu wyleźć z pudła hańby na boży świat.

       

      Skoro w ostatniej notce objawiła się Sindy, postanowiłam pociągnąć jeszcze przez chwilę temat lalek od Pedigree i upublicznić koleżankę panny S., czyli Marie.

       

      1

       

      Patrząc obiektywnie, Marie nie miała najmniejszych szans, by zrównać się z Sindy poziomem popularności. Oczywiście była niebrzydka, ale nie dostawało jej atrybutów śliczności, których Sindy od zawsze miała w nadmiarze. Zresztą co w tym dziwnego, to przecież Sindy była główną lalką linii, więc niejako należało jej się wszystko, co najlepsze - najlepsza twarz, najwięcej miejsca w folderach reklamowych i najbogatsza gama ubranek i akcesoriów, włączając w to najlepszą przyjaciółkę, która pełniła funkcję dodatku do "właściwej" lalki.

       

      Mimo "oryginalnej" urody Marie kupiła mnie swoim szelmowskim wyrazem twarzy i dwuznacznym uśmiechem. Ciut mniej przyciągnęły mnie jej rude (Ble! Fuj! Ble!) włosy, co jednak zostało zrównoważone przez stan garderoby, a konkretnie przez to, że zachowała swoje oryginalne buty (Buty! Yeah! Mogę mieć ich na kopy).

       

      Marie sporo przeszła w życiu. Widać to po stanie jej włosów i zębów. Bardzo ubolewam nad nakłuciami, widocznymi w jej ustach i kwalifikuję je jako jedną z najcięższych zbrodni przeciwko lalkom, za którą paskudnym psujom należałyby się porządne bęcki. Wyrwane włosy można uzupełnić przez reroot, pomazaną twarz da się uratować z pomocą żelu Benzacne, ale nakłutej ostrym narzędziem lub poszczerbionej czyimiś zębami gumy i plastiku nie da się doprowadzić do stanu idealnego, nie posiadając specjalistycznych narzędzi (jak specjalne nagrzewarki). Rany kłute i szarpane zostają w większości przypadków na zawsze.

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Przed ściągnięciem Marie zastanawiałam się, czy laleczka będzie różnić się jakoś drastycznie od Sindy pod względem ciała. Oczywiście bezpodstawnie, bo idea, która stoi za większością  "najlepszych przyjaciółek najważniejszej lalki w serii", polega na tym, żeby lalki mogły bezproblemowo wymieniać się ciuszkami.

       

      Kolorystyka Marie jest wręcz stworzona do tego, by umieszczać lalkę w zielonym otoczeniu. To z kolei sprzyja, by ruszyć się z wysprzątanej chałupy do zarastającego chwastami ogródka, gdzie, wśród rzędów sałaty i innych warzywno-kwietnych dziwotworów, skrada się potwór o czarnym podniebieniu i gorącym języku.

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Potwór nie ma litości, kiedy idzie o spacer. Wymusza, by rzucić lalki w kąt, wziąć do ręki smycz i pognać w kierunku pobliskiego lasu, gdzie można biegać po ścieżkach, wąchać ściółkę i tarzać się na mchu. I to właśnie są czynności, dzięki którym urlop jest tak genialną rzeczą. Lalki są fajne, ale żywe, włochate i nieco śmierdziuchowate towarzystwo jest co najmniej sto razy fajniejsze :)

       

      1

      Człowieku, szybciej! Las czeka, smycz czeka, ja u furty już z piętnaście minut przestępuję z nogi na nogę, a ty się lalkami zabawiasz!


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Trup z szafy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      wtorek, 18 lipca 2017 17:05
  • czwartek, 13 lipca 2017
    • Mały derp

      Znowu w życiu mi nie wyszło. Znowu dałam się ponieść impulsowi zakupowemu i zwlokłam do domu Sindy. Plusy są takie, że Sindy ma ciemne włosy oraz zachowała oryginalny strój i własne pudełko – ergo, powinnam się w niej z miejsca zakochać, ale coś w tym temacie nie klika.

       

      1

      * * *

       

      1

       

      Ogólnie biorąc bardzo lubię wszelkie odmiany lalki Sindy – i te „prawdziwe” od Pedigree i „barbiopodobne” od Hasbro i „superkolekcjonerskie” od Tonnera. Lubię Sindy na sposób stabilny i ciepły, daleki od wrzenia, które, jak na złość, jest wyznacznikiem tego, która lalka ma szansę się u mnie zadomowić, a która nie bardzo.

       

      Los Sindy nie został jeszcze przesądzony, ale mały czorcik (pewnie Rokiś), siedzący na moim prawym ramieniu bardzo głośno skrzeczy mi do ucha: „Precz z nią!”, podszeptując w przerwach na wzięcie oddechu, że laleczka wcale nie jest mi potrzebna. Potrzebna czy nie potrzebna, będzie miała na blogu swoje pięć minut, bo szelmutka ładnie wygląda w obiektywie, choć to "bido-wersja", bez "prawdziwych" rzęs".


       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       


      Sindy od Pedigree, to w mojej opinii, lalka idealnie skomponowana. Nie ma w niej nic brzydkiego. Moim ulubionym szczegółem jej fizjonomii jest właściwie każdy element  jej dziecinnego pyszczka, bo podoba mi się i mały, zadarty nosek i usta "w serduszko", ale przede wszystkim podkrążone, wiecznie zmęczone oczyska.

       

      Sindy zachowują dla mnie urok zarówno gdy są ubrane jak i golutkie, choć oczywiście mając wybór między wersją z pełnym oprzyrządowaniem, a bez niego, wybiorę tę pierwszą :)

       

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      Zastanawiam się, czy ktoś z Was zgadł, jaki zawód prezentuje dzisiejsza laleczka. Bez bicia przyznaję się, że sama nie umiałabym tego określić na podstawie jej stroju, który należy do ... (tu fanfary, werble, tysiąc skaczących wkoło małpek i, aby przeciągnąć chwilę oczekiwania, dwie setki tańczących kankana Szkotów w tradycyjnych, tartanowych spódnicach) ... stewardessy.

       

      Tak, tak, ta kwietna sukienka to formalny strój aniołów pokładowych w służbie powietrznej linii BOAC.

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1 

       

      * * *


      1

       

      Fajny, nie skażony zbędnym formalizmem strój, prawda? Nie wyobrażam sobie, żebym zobaczyła taki na pokładzie naszego LOT-u, ale nie jest to w końcu niemożliwe.

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (26) Pokaż komentarze do wpisu „Mały derp”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 13 lipca 2017 18:58
  • sobota, 01 lipca 2017
    • O ostrym bzykaniu i zadzieraniu kiecki w nieodpowiednich momentach

      Za każdym razem, kiedy słyszę gdzieś melodię popularnej piosenki „Mam tę moc”, biorą mnie niekontrolowane drgawki, jeszcze silniejsze niż w przypadku „Last Christmas” Georga Michaela. Niewinny utwór z filmu „Frozen” działa na mnie wybitnie drażniąco – nie jestem w stanie znieść go dłużej niż kilkanaście sekund. Samego filmu też nie dałam rady obejrzeć i wyszłam z kina po mniej-więcej pół godziny. Dobrze, że za sprawą jednej z facebookowych rozdawajek bilety były za darmo!


      Kiedy w sklepach zaczął się wysyp lalek wzorowanych na bohaterkach „Frozen” z początku badawczo im się przyglądałam, zastanawiając się nad zakupem jakiejś ładnej Elzy. Oczywiście zanim się porządnie namyśliłam najurodziwsze egzemplarze były dawno wykupione, a po sklepach rozpanoszyły się Elzy od Hasbro, które z urody były zupełnie podobne do rozjechanej żaby. Moje chęci zakupowe uwiędły i wyschły na wiór, więc odpuściłam sobie wszelkie zakusy i zapomniałam, że kiedyś męczyły mnie podobne ciągoty.


      Kiedy już w sercu zapanowała słodka obojętność, na dwóch aukcjach internetowych objawiły się Elzy, które teoretycznie mogłabym do siebie zaprosić, choć nie czułam ku nim poprzedniej mięty. Mimo wszystko zadecydowałam o udziale w jednej z licytacji, zakładając, że prawdopodobnie i tak mnie ktoś mnie przebije. Oczywiście istniała szansa, że aukcją nie zainteresuje się pies z kulawą nogą i lalka trafi do mnie za śmieszną cenę, ale jako pesymista, zawsze wypatrujący za horyzontem burzowej chmury, nie bardzo w tę opcję wierzyłam.


      A jednak po raz kolejny muszę zakrzyknąć „A jednak!” Elzie pisane było zostać moją kolejną domowniczką. Koniec końców, wcale tego nie żałuję, bo przeżywam ostatnio fascynację 16-calowymi lalkami od Disney Store. Nie wszystkie chętnie widziałabym u siebie, ale dla jakichś dwóch-trzech chyba znalazłabym miejsce. Jeśli portfel będzie kiedyś łaskaw odpowiednio spuchnąć, to pokuszę się o ściągnięcie królewny Śnieżki i, być może, dużej Gertrudy?


       

      1

       

      Póki co Elza jest jedyną lalką w skali 1-16, którą mam u siebie. Do Tonnerek, podobnych jej wzrostem, kompletnie nie mam serca, a BJD wolę w większym wymiarze. To oznacza, że Elza jest trochę samotna, bo nie pasuje ani do lalek barbiopodobnych ani do żywicowych olbrzymów. Znaczy – narzeczonego sobie Elza wśród moich lalków nie znajdzie!

       

      Jej uroda nie pozostaje, mimo to, niezauważona. Co gorsza, ściągnęła już stado adoratorów i to całkiem spore, co o mały włos nie skończyło się dla mnie boleśnie. Amanci Elzy byli przybrani w czarno-żółte stroje, wydawali dźwięki jak kołujące Messerschmitty i mieli wygląd srogich rozbójników. Elza okazała się świetnym wabikiem na szerszenie.


      Szerszonki to owady, których bardzo się boję i unikam jak mogę, jednak podczas ostatniej ogródkowej sesji fotograficznej ich obecność zauważyłam dopiero wtedy, kiedy jeden nieziemsko spasiony egzemplarz przeleciał mi tuż nad uchem. Dwaj jego koledzy krążyli leniwie w pobliżu, a w koronie pobliskiego drzewa uwijały się kolejne sztuki. Kiedy do mojego mózgu dotarło, w jakim towarzystwie się obracam, skoczyłam na równe nogi, zadarłam kieckę prawie po pas (była dość szeroka i podczas ucieczki plątałaby się miedzy nogami) i łamiąc wszelkie zasady rozsądnego zachowania pognałam z wrzaskiem do domu, wymachując na wszystkie strony łapami. Lalka została na trawniku, nieświadoma grozy sytuacji, a bzyczące towarzystwo z ciekawością robiło wokół niej kółka w powietrzu. Tu powinnam wspomnieć, że dwaj pasiaści wojownicy poczuli się w obowiązku eskortować mnie do drzwi domu, ale na szczęście żaden z nich nie wpadł na pomysł składania wizyty ani nie próbował wtykać mi żądła, gdzie nie trzeba.


      Odważyłam się wyjść po Elzę późnym wieczorem, kiedy szerszenie odleciały już do swojego gniazda i w powietrzu nic złowieszczo nie bzyczało. Dopiero podczas ostrożnego skradania się w pobliże porzuconej samotnie lalki  przypomniało mi się, że w przypadku spotkania z prążkowanymi indywiduami powinno się zachować spokój i nie wykonywać gwałtownych ruchów, żeby nie sprowokować ich do ataku.

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       1

       

      * * *


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (25) Pokaż komentarze do wpisu „O ostrym bzykaniu i zadzieraniu kiecki w nieodpowiednich momentach”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 01 lipca 2017 14:56
  • sobota, 17 czerwca 2017
    • Życiem rządzi przypadek

      Dzisiejsza notka miała być o lalce Adele Makeda, ale nie będzie, bo z winy zepsutego aparatu nie miałam jak zrobić jej zdjęć. To oznacza, że Adele musi zaczekać, a tymczasem na blogu polansują się Betty teen, które zdążyłam swego czasu uwiecznić, gwoli czego mam ich fotki "w zapasie" na komputerze :) Jak to się mówi - przypadek zrządził!


      Z Betty teen jest jak z pchłami - jak już wlezie na ciebie jedna, to w niedługiej przyszłości pojawią się i następne. Nie bardzo się przed tym bronię, bo strasznie je lubię i żałuję każdej, którą nieopatrznie puściłam kiedyś w świat.


      Choć Betty teen można zdybać coraz rzadziej, to jednak od czasu do czasu pojawiają się jeszcze w sprzedaży. Prawdą jest, że są to najczęściej laleczki w stanie przeżutym i strawionym, ale nawet takie ściągają moją uwagę. Betty to dla mnie lalkowy synonim słowa "kawaii", oznaczającego rzeczy śliczne, niewinne, puszyste, słodkie i co tam jeszcze można wymyślić, mając przed oczami malutkie szczeniaczki i kotki.


      Do tej pory uzbierała mi się ośmioosobowa grupa Betek i tworów betkopodobnych, przy czym jedna z lalek zjechała na włości w swoim oryginalnym pudełku :)


      Pierwszą i najulubieńszą spośród grona tych laleczek jest dla mnie najskromniejsza z nich. Jej jakość łka i kwili jak małe dziecię, któremu duży i zły człowiek zabrał cukierek. Firma "Tong" poskąpiła jej wszystkiego co można - śliczna (acz bardzo rzadko rootowana) główka osadzona jest na wydmuszkowym ciele. Wszystko to razem leciutkie jak puszek - mógłby porwać ją pierwszy lepszy powiew wiatru. A jednak jej twarzyczka wynagradza wszelkie niedostatki jakościowe. Zdecydowanie najładniejsza Betty, jaka kiedykolwiek do mnie trafiła.


       

      1

       

       

      Mam w swoich zbiorach i inne Betty-blondynki - wszystkie z wyższej półki cenowej, z "porządnym" ciałem i włosami, ale szczerze mówiąc żadna z nich nie ma szans zagrozić mojej ulubienicy. Są kochane i śliczne, ale czasami skromna niezapominajka pachnie piękniej niż róża ogrodowa :)


       

      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      1

       

      Co ciekawe, w przypadku ciemnowłosych Betty nie mam zdecydowanej faworytki. Lubię je wszystkie po równo. To zupełnie tak, jakby kolor włosów wywoływał u mnie reakcję jak u psów Pawłowa - widok brunetki automatycznie wyzwala endorfiny :)

       

       

      5

       

      * * *


      4

       

       

      W swojej zbieraninie znalazłam trochę miejsca i dla lalek nie będących oryginalnymi zabawkami od Tong (i M&C), które jednak bezsprzecznie wyszły z matryc, używanych do produkcji Betty. To laleczki regionalne, sprzedawane turystom w charakterze suwenirów, odziane w stroje charakterystyczne dla danej szerokości i długości geograficznej. Na naszym rynku trafiają się rzadko. Myślę, że sprzedawcy nie są zainteresowani bezimiennymi laleczkami o ciemnej skórze. Pewnie nie mają na nie wielu nabywców.


       

      6

       

      * * *


      6

       

      * * *


      7

       

      * * *


      7

       

      Marzy mi się, że do grona zaprezentowanego powyżej, dołączy kiedyś lalka "BABIE", będąca naszym krajowym klonem Betty teen. Choć szanse jej odnalezienia zamykają się w setnych procenta, to wierzę, że gdzieś w Polsce stoi samotny magazyn z zabawkami z poprzedniej epoki, w którym uchowało się kilka egzemplarzy, z których jeden bardzo chciałby przyjechać właśnie do mnie :)

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (31) Pokaż komentarze do wpisu „Życiem rządzi przypadek”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 17 czerwca 2017 17:26
  • poniedziałek, 12 czerwca 2017
    • Do widzenia Pamelo, witaj Szprotko!

      Zacznę od tego, że nie pamiętam, abym w dzieciństwie choć raz miała okazję widzieć laleczkę Pamela love od Simby. Pamelki nie miała żadna z moich koleżanek, a w telewizji jej nie reklamowano, nie było więc skąd pobrać informacji o istnieniu takiej lalki. Oświecenia doznałam dopiero w wieku dorosłym, kiedy sentyment do zabawek z dzieciństwa już dawno okrzepł i niemożliwe było wciągnięcie Pamelek w orbitę zadawnionych fascynacji. Dlatego, kiedy przyjechała do mnie z grupą lalek pierwsza taka Calineczka, ani się nią jakoś specjalnie nie zachwyciłam, ani nie wzruszyłam. Przyjęłam jej obecność jako okazję do bliższego przyjrzenia się tym niewielkim dziewuszkom, nie obarczoną przymusem włączenia laleczki do swoich zbiorów.


       

      1

       

      Choć w buziaku Pameli rysuje się odległe podobieństwo do twarzy vintagowych lalek Sindy, od których panny Love wzięły swoją urodę, to jednak jej rysy są na tyle odmienne w stosunku do oryginałów, że nie da się jej zakwalifikować jako bliskiej krewniaczki ślicznych dziewcząt od Pedigree. Mam wrażenie, że twarze Pamelek są w większości przypadków niedookreślone, spłycone i rozmyte, przez co laleczki bardziej przypominają mi małe kosmiciątka niż dziewczynki. Nie umiem doszukać się w ich tycich buźkach rysu melancholii, tak bardzo charakterystycznego dla Sindy – zamiast niego odczytuję zagniewanie i złość.


       

      3

       

      * * *


      4


      Pamelka rozbraja mnie swoją naburmuszoną miną. Spogląda w bok z taką intensywnością, jakby zobaczyła tam ducha albo poborcę abonamentu telewizyjnego. Skąd tyle surowości w takiej drobinie? Może złości się dlatego, że trafiła do osoby, która jej nie docenia?


       

      6

      * * *

       

      5


      Wyraz buźki ma Pamela nie najszczęśliwszy, ale ciało – bardzo fajne. Jak przystało na baletnicę może wykonywać różne (w miarę) skomplikowane figury gimnastyczne.

       

       

      2


      Giętkość i wysportowanie nie uratują jednak laleczki przed usunięciem z domu, tym bardziej, że w ostatnich dniach wprowadziła się do mnie zupełnie nowa i problematyczna panienka, a skoro jedna „wpadła”, to druga musi „wypaść” (chcę zachować równowagę w przyrodzie i liczebności żeńskiego stada, rozumiecie, prawda?). Dzieweczka, która "wygryzła" Pamelę jest porośnięta sierścią i pazurzasta, wąsata, ogoniasta i jest najprawdziwszym podrzutkiem, którego ktoś nocną porą ciepnął za furtkę. Taka klasyczna sytuacja – jest już późno i cicho, a tu ktoś dzwoni ci namolnie do furtki. Ty wyfruwasz przed dom w piżamie, ze szczoteczką do zębów w zapienionym pysku, szpetnie klnąc pod nosem, a kiedy dolatujesz na miejsce gdzieś na końcu ulicy cichnie echo biegnącego człowieka, zaś tuż pod twoimi nogami zaczyna piszczeć małe i chude gówienko. I nie ulituj się tu człowieku nad taką włochatą bidą!



      Szprotka jest bardzo rezolutnym i żwawym kocim glutkiem, który panicznie boi się psów, za to ludzi traktuje jak swoją rodzinę biologiczną. Mam nadzieję, że w przyszłości polubi się z moją psiną, na którą na razie bardzo się boczy, co oznajmia wymownie głośnym syczeniem i fukaniem.

       


      Kocilla jest w domu zaledwie trzeci dzień, a już zdążyła poniszczyć kwiaty doniczkowe, rozsmakować się w kablach od laptopa, pobić się i pogodzić z pluszowym misiem, będącym ulubioną psią zabawką, nasiusiać na dywan w przedpokoju i obczaić, że lodówka to bardzo pożyteczny sprzęt domowy, który kryje w swoim wnętrzu różne smakołyki. Jak to z nią dalej będzie, Pan Bóg raczy wiedzieć, ale myślę, że wesoło. Pewne jest tylko jedno – dziewucha będzie nazywać się Szprotka. Co prawda bardziej pasowałoby do niej imię „Sikadło”, ale tu wtrąciła się rodzina, która kategorycznie sprzeciwiła się moim zapędom nazwotwórczym :)

       

       

      Nikt za to nie sprzeciwiał się dokumentowaniu kociejstwa w różnych ważkich sytuacjach życiowych. Oskar mi za to nie grozi, co najwyżej pacnięcie łapą. Jeśli kto ciekawy, to zapraszam do zapuszczenia oka w poniższy link. UWAGA - filmikowi towarzyszy muzyka. Przed kliknięciem podregulujcie głośność w komputrach :)

       

      https://www.magisto.com/album/video/MDo-BgJOQ0A5PnEBDmEwCXt6?l=vsm&o=w&c=e

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (20) Pokaż komentarze do wpisu „Do widzenia Pamelo, witaj Szprotko!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 12 czerwca 2017 21:39
  • poniedziałek, 22 maja 2017
    • Steffi Love, która chciała być Betty Teen

      Kilka tygodni temu kolega podesłał mi link do aukcji na eBayu, na której można było kupić dziwny zestaw, składający się z lalki w pudełku. Sądząc po zdjęciach lalczynej twarzy, była to Betty Teen, jednak logo, widoczne na opakowaniu, jasno wskazywało na Steffi Love.


      1


      1


      Wiedziałam, że firma Simba miała w swej historii okres, kiedy jej lalki korzystały z facemoldu Betty Teen. Najlepszy tego przykład można znaleźć na blogu Lunarh, która dokładnie opisała dwie Stefcie z moldem Betty i zrobiła im mnóstwo zdjęć oraz zaprezentowała grafiki widoczne na ich oryginalnym pudełku.


      Steffi znaleziona na eBayu różniła się jednak od Stefek, zamieszkałych u Lunarh. Po pierwsze - miała "prawdziwe" rzęsy jak typowa Betty Teen (Steffi z kolekcji Lunarh miały je namalowane, a nie wszyte), a po drugie, jej twarzyczka w dużo wyraźniejszy sposób nawiązywała do oryginału, unikając drobnych zmian proporcji twarzy, które widać na zdjęciach Lunarh (jej laleczki są szalenie podobne do Betty, ale nie da się uznać ich za identyczne, a to za przyczyną drobniejszych nosków i bardziej pucołowatych policzków).

       

      Lalka z eBayowej aukcji wyglądała tak:


       

      2

       

      Śliczna brunetka ogromnie mnie zaintrygowała, choć muszę przyznać się, że podejrzewałam, że sprzedawca włożył do simbowego pudełka zwykłą Betty Teen  i zrobił cichy szacher-macher, żeby nabrać klientów. To brzydkie i niskie myśli. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że jestem z natury bardzo nieufnym człowiekiem i instynkt każe mi w wątpliwych sprawach postępować ze zdwojoną czujnością.

       

      Podejrzewając szwindel początkowo nie ośmieliłam się wziąć udziału w licytacji. Jednak sprawa nietypowej Steffi nie dawała mi spokoju. Zaczęłam wypytywać na zaprzyjaźnionych forach i grupach facebookowych, czy ktoś miał do czynienia z podobną lalką i mógłby potwierdzić, że to rzeczywiście Steffi, a nie Betty.

       

      Pomoc przyszła z dwóch źródeł. Jako pierwsza odezwała się na Facebooku Lunarh, która znała już ten typ lalek i podejrzewała, że zestaw może być oryginalny. Niedługo później zgłosiła się do mnie koleżanka z rosyjskiego forum "Dollplanet", podsyłając mi zdjęcie, które nie pozostawiało już żadnych wątpliwości, że Simba miała w swojej ofercie lalki nie tylko podobne do Betty, ale będące ich idealnymi kopiami. Zamieszczam tę rewolucyjną fotkę poniżej:

       

      Meine erste Steffi

       

      Pomoc z zewnątrz doprowadziła do "przełomu w sprawie" oraz pomogła mi rozwiać wątpliwości. Dla przyzwoitości spytałam jeszcze sprzedawcę, czy byłby w stanie potwierdzić, że lalka i pudełko stanowią oryginalny zestaw i dostałam odpowiedź pozytywną. Sprzedawca oświadczył, że ma lalkę od nowości, że dotarła do niego w stanie NRFB i że wszystko, co jest dostępne na aukcji, to elementy tego samego setu. Lalka była, co prawda, wyjmowana z pudełka, jednak dzięki starannemu przechowywaniu zachowała wszystkie swoje akcesoria oraz dodatkowy strój.


      1

       

       

      1


       1

       

      Że też nie skontaktowałam się ze sprzedawcą na samym początku swych "poszukiwań prawdy"! Jak widać najprostsze rozwiązania są dla niektórych najmniej oczywiste (facepalm). Takie gżdyle wolą hodować w sobie paskudną podejrzliwość zamiast trochę zaufać światu. No cóż, ilu ludzi tyle charakterów.

       

      Po tych zupełnie niepotrzebnych podchodach sprawa była w końcu przesądzona - lalka przeszła w moje ręce. Po przylocie z Bułgarii nietypowa Stefka dołączyła do panoszącej się po moim domu hordy oryginalnych Betty Teen oraz lalek betkopodobnych. Myślę, że ta grupa nigdy chyba nie stanie się zbiorem zamkniętym. Te lalki są zbyt śliczne, żeby ich do siebie nie zapraszać. Betty teen mają nade mną straszną władzę, spod której nie umiem się wyrwać (i, przede wszystkim, nie chcę).

       

      Choć pudełko mojej laleczki jest już podniszczone, to wyraźnie widać na nim logo "Steffi love", nazwę serii (Meine erste Steffi) oraz oznaczenie producenta. Co dla mnie jednak najważniejsze, na pudełku uwieczniono zdjęcie blond-Stefki, która na sto procent wyszła z matrycy Tong, co finalnie potwierdza, że Simba jest firmą kompletnie szajbniętą i produkującą swoje lalki na wariackich papierach.

       

      1

       

      3

       

      1

       

      1

       

      Gdyby nie pudełko, nie dałabym wiary, że mam w ręku Steffi, bo lalkę otagowano nazwą "Tong", zaś logo na jej grzebyku to "M&C" (a więc oznaczenia pierwotnych producentów, a nie Simby). Oszaleć można przez takie pokiełbaszone oznakowanie!

       

      1

       

      1

       

      Na koniec - szybkie porównanie prawdziwej Betty z jej simbową odpowiedniczką. Widzicie różnicę? Bo ja nie bardzo. Gdybym znalazła te lalki nagie, to nie umiałabym stwierdzić która to Steffi, a która Betty.

       

      1

       

      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (22) Pokaż komentarze do wpisu „Steffi Love, która chciała być Betty Teen”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 maja 2017 21:44
  • niedziela, 21 maja 2017
    • Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie

      Kobitki lecą na drani – prawda to od wieków znana. Kilka czułych słówek, ogniste spojrzenie sięgające samego dna serca i aura awanturniczej przygody, otaczająca szemranych osobników, sprawiają, że niejednej babinie w nieodpowiedniej chwili miękną kolana ("serce im pika, jak klapa od śmietnika" - jakby to ujął mistrz rymu i taktu, Tytus de Zoo). O finale takiego mięknięcia raczej się już nie mówi, bo grawituje ono w kierunku niechcianych ciąż i walki o alimenty, a więc wkracza na grunt tematów grząskich i niebezpiecznych.

       

      Urok rzezimieszków nie jest jednak afrodyzjakiem doskonałym. Dziewczęta o niezłomnych zasadach moralnych są na niego dość odporne. Weźmy taką Bellę z bajki „Piękna i bestia”. Nie zmiękczyło jej ani miłosne ćwierkanie, ani imponujące fizys głównego antagonisty tej historii, przystojnego Gastona. Mimo to i tak wylądowała z nim w jednym pudełku. Oczywiście w postaci lalkowej.

       

      Na set „Belle and Gaston film collection doll set” czaiłam się od momentu gdy Disney Store ogłosił, że ma go w planach. Skusiły mnie zdjęcia promocyjne, na których było wyraźnie widać, że lalki dostaną twarze po aktorach, odtwarzających główne role w filmie. Nie jestem, co prawda, wielbicielką Emmy Watson, ale, jak to słusznie zauważyły internety, jej lalkowe wcielenie nawiązuje wyglądem raczej do  Justina Biebera, więc decydując się na Bellę zdecydowałam się w istocie na dziwotwornego babochłopa. Tu nadmienię, że takie niejednoznaczne z wyglądu lalki kocham namiętnie, więc wszystko pozostaje w normie.


       

      1

       

       

      Mimo „bieberowskiej” twarzy i głowy, wielkiej jak słoik na ogórki, Bella bardzo mnie cieszy. Udała mi się dziewucha mimo swoich mankamentów! Najważniejsze jest to, że patrzy całkiem rozumnie i nie szczerzy się jak głupi do sera. Bardzo podoba mi się jej wielowarstwowy i kolorowy strój, który jest miłą różnicą w stosunku tego, co obecnie serwuje nastawiony minimalistycznie, lalkowy rynek.


       

      7

       

       

      6

       

      Jedyną rzeczą, którą chciałabym w niej poprawić, jest fryzura, zbyt śmiało odsłaniająca czoło. Nie sądzę, aby mi się opatrzyła, bo Belle ma czoło rozległe jak pas startowy dla Boeinga. Szperając w sieci zauważyłam, że niektórzy właściciele tej lalki zrobili już z tym porządek. Ja niestety z tych, co to i chcieliby i boją się. Znając własny antytalent przy układaniu lalkowych fryzur przypuszczam, że kompletnie zniszczę to, nad czym producent trochę się jednak napracował (sądząc po ilości lakieru, którym zabezpieczył fryzurę, to miał nadzieję, że przetrwa ona potop, atak terrorystyczny i rządy PiS) i zostanę z poczochraną, lub koślawo uczesaną lalką. Oczywiście, jest jeszcze opcja, że kiedyś kupię sobie samolot i wtedy czoło Belli będzie jak znalazł, wszelako powiem Wam w zaufaniu, że chyba się na to nie zanosi.

       

       

      5

       

      Z Gastonem wszystko jest o wiele prostsze, bo w jego przypadku problem wielkogłowia i gigantyzmu "czołowego" po prostu nie istnieje. To właśnie Gaston natchnął mnie do zakupu całego setu i w związku ztym nie zostanie poddany krytyce. No, może troszkę poskarżę się na kształt jego brwi. Myślę, że mogłyby by być delikatniejsze, a nie tak ostro zarysowane, jak u jakiegoś Mefistofelesa. To, że Gaston ma w sobie pierwiastek zła, to fakt niepodważalny, ale kudy mu do piekielnego wielmoży? No kudy?


       

      2

       

       

      8

       

       

      10

       

       

      11

       

       

      Gaston z oczywistych względów nie sprawdzi się jako życiowy partner dla Belli, która gustuje w wielkich, owłosionych facetach z rogami na głowie, tak więc przeznaczam go do roli siewcy zamętu w damskiej, niezrzeszonej z Kenami części mojego lalkowego stada. To przyjemna, acz niebezpieczna fucha, bo istnieje możliwość, że moi panowie dorwą go którejś nocy, obedrą z bajeranckich łaszków i nauczą właściwego podejścia do kobiet. Gaston to oporny typek, ale jak uczy historia, czasami i takiej jednostce udaje się nalać oleju do głowy. Szczególnie jeśli leje się z pełnej beczki, przy użyciu właściwej siły :)

       

       

      3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 maja 2017 14:51
  • niedziela, 30 kwietnia 2017
    • Serce to samotny myśliwy

      Jeśli wybierać się na bazar lub pchli targ, to egoistycznie i w pojedynkę, ewentualnie z członkiem rodziny, wtajemniczonym w hobby. Z koleżanką lub kolegą ze środowiska - kategorycznie "NIE", bo wspólne zakupy z innym lalkomaniakiem są jak wyścig o nagrody - każdy chce jak najszybciej dopaść wszystkie ciekawe lalki, a czując na karku oddech "rywala", który kroczy między stoiskami tuż przy naszym boku, zamiast cieszyć się z zakupów, człowiek leci jak petarda przed siebie, wiercąc dookoła głową i złoszcząc się, gdy to kolega znajdzie coś ciekawego.



      Zakupy "solo" dają szersze pole do manewru. Nie śpiesząc się ("bo mnie przyjaciel wyprzedzi") można więcej dojrzeć i dokładniej zmacać, po czym podjąć na spokojnie decyzję o zakupie lub odłożeniu towaru z powrotem na stoisko sprzedawcy.

       


      W myśl powyższych zasad wybrałam się dziś na jedno z popularnych, warszawskich targowisk. Wstałam rano (bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje) i zerkając lękliwie na niebo, które straszyło deszczowymi chmurami, pomknęłam w kierunku pchlego targu. Ludzi na bazarze było mnóstwo - zarówno sprzedawców jak i kupujących. Lalek też całkiem sporo, z tym że większość natrętnie współczesnych lub przynależących do niezbyt lubianej przeze mnie serii "Equestria girls". Wśród rozłożonych na kocykach rupieci można było także wypatrzeć całkiem dużo Steffi love starszego typu (pekińczyk) i lalek-szmacianek. U jednego sprzedawcy mignął mi także PRL-owski murzynek, którego jednak nie zdecydowałam się zabrać ze sobą ze względu na horrendalnie wysoką cenę.

       


      Przyznaję z ukontentowaniem, że (za pominięciem murzynka) zakupy całkiem się udały - upolowałam pięć lalek za łączną kwotę 11 złotych. Wszystkie dzisiejsze zdobycze to barbiowate. Cztery z nich nie mają jeszcze dość śmiałości, by się tu zaprezentować, przechodzą bowiem kurację kremem Benzacne (do ich rekonwalescencji na bank przyczynili się nieletni makijażyści, hołdujący prastarym tradycjom upiększania zabawek przy pomocy długopisu), więc pokażę Wam laleczkę numer 5, jedyną niezniszczoną członkinię upolowanej dziś gromadki.


       

       1

       


      Blondyna, która próbuje czarować niebieskimi oczami z powyższego zdjęcia, to klon Barbie z lat 80 - znany szerzej pod nazwą SANDY. To bardzo charakterystyczna osobistość, pieczętująca się ekscentrycznym, wieczorowym makijażem (zabójcze cienie do powiek + szminka czerwona jak maki na Monte Cassino) i oddana strojom oraz fryzurom z epoki wczesnej Majki Jeżowskiej. Mówiąc krótko - gwiazda wielkiego formatu! Nawet kształt jej brwi krzyczy o tym, że to niezwykłe zjawisko na lalkowym nieboskłonie :P

       


       

      5

       


      Nie wiem jaki splot okoliczności sprawił, że tak wielka dama znalazła się na kocyku sprzedającego "mydło i powidło" dziadka, ale dobrze się stało, bo trafiła stamtąd do mojej przepastnej torby, a później pod prysznic, na kaloryfer i przed obiektyw aparatu.


       

      6

       


      Serce mi łka i kwiczy z żalu, że przed rozpoczęciem foto-sesji musiałam drastycznie skrócić jej włosy, ale stopień pokudłania był tak wysoki, że w grę wchodziły już tylko dobrze naostrzone nożyczki. Sandy mają okropnej jakości włosy, porównywalne z czuprynami Betty teen. Ich kudełki można tylko podziwiać, bo czesane - niemiłosiernie się puszą i zbijają w kołtuny, na które nie pomaga ani porządna odżywka do włosów, ani olejek arganowy, ani nawet modlitwa do Aleksandra Macedońskiego, słynnego pogromcy węzła gordyjskiego. Moja Sandy nie miała wyboru - musiała pożegnać się z plątaniną na głowie na rzecz bardziej nowoczesnej i znacznie krótszej fryzury.


       

      4

       


      Sukienkę i buty zostawiłam jej za to oryginalne, bo i jedne i drugie były w świetnym stanie. Nie wiem, czy jest to strój firmowy Sandy, ale mam podejrzenia, że mogłam trafić full-set. Pamięć podpowiada mi, że w młodości widziałam lalki w podobnych wdziankach. Stuprocentowej pewności, rzecz jasna, mieć nie mogę, ale i tak zawierzę instynktowi, który każe wierzyć, że moja Sandy właśnie tak wyglądała po zejściu z taśmy produkcyjnej.

       

       

      3

       


      Za tydzień jadę na kolejny bazar, szukać lalkowego szczęścia. Z góry przepraszam, że nikogo z sobą nie zabiorę, ale tak to już jest, że niedobrze czuję się podczas polowania z nagonką. Serce to samotny myśliwy, a Stary Zgred to samotny łowca okazji :)


       

      2

       

      7

       

       

      I jeszcze drobny dopisek z ostatniej chwili (18.05.2017, godzina 20:36). Właśnie znalazłam zdjęcie bliźniaczej siostry mojej Sandy w sieci. W dodatku fabrycznie doczepionej do ojczystej tekturki! Co pozwala mi stwierdzić, że moja laleczka ma swój oryginalne strój. Yeeeeeeah!

       

      Sandy z sieci

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (12) Pokaż komentarze do wpisu „Serce to samotny myśliwy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 kwietnia 2017 19:17

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com