Doll land

Lalki

  • poniedziałek, 22 maja 2017
    • Steffi Love, która chciała być Betty Teen

      Kilka tygodni temu kolega podesłał mi link do aukcji na eBayu, na której można było kupić dziwny zestaw, składający się z lalki w pudełku. Sądząc po zdjęciach lalczynej twarzy, była to Betty Teen, jednak logo, widoczne na opakowaniu, jasno wskazywało na Steffi Love.


      1


      1


      Wiedziałam, że firma Simba miała w swej historii okres, kiedy jej lalki korzystały z facemoldu Betty Teen. Najlepszy tego przykład można znaleźć na blogu Lunarh, która dokładnie opisała dwie Stefcie z moldem Betty i zrobiła im mnóstwo zdjęć oraz zaprezentowała grafiki widoczne na ich oryginalnym pudełku.


      Steffi znaleziona na eBayu różniła się jednak od Stefek, zamieszkałych u Lunarh. Po pierwsze - miała "prawdziwe" rzęsy jak typowa Betty Teen (Steffi z kolekcji Lunarh miały je namalowane, a nie wszyte), a po drugie, jej twarzyczka w dużo wyraźniejszy sposób nawiązywała do oryginału, unikając drobnych zmian proporcji twarzy, które widać na zdjęciach Lunarh (jej laleczki są szalenie podobne do Betty, ale nie da się uznać ich za identyczne, a to za przyczyną drobniejszych nosków i bardziej pucołowatych policzków).

       

      Lalka z eBayowej aukcji wyglądała tak:


       

      2

       

      Śliczna brunetka ogromnie mnie zaintrygowała, choć muszę przyznać się, że podejrzewałam, że sprzedawca włożył do simbowego pudełka zwykłą Betty Teen  i zrobił cichy szacher-macher, żeby nabrać klientów. To brzydkie i niskie myśli. Na swoje usprawiedliwienie mogę napisać tylko tyle, że jestem z natury bardzo nieufnym człowiekiem i instynkt każe mi w wątpliwych sprawach postępować ze zdwojoną czujnością.

       

      Podejrzewając szwindel początkowo nie ośmieliłam się wziąć udziału w licytacji. Jednak sprawa nietypowej Steffi nie dawała mi spokoju. Zaczęłam wypytywać na zaprzyjaźnionych forach i grupach facebookowych, czy ktoś miał do czynienia z podobną lalką i mógłby potwierdzić, że to rzeczywiście Steffi, a nie Betty.

       

      Pomoc przyszła z dwóch źródeł. Jako pierwsza odezwała się na Facebooku Lunarh, która znała już ten typ lalek i podejrzewała, że zestaw może być oryginalny. Niedługo później zgłosiła się do mnie koleżanka z rosyjskiego forum "Dollplanet", podsyłając mi zdjęcie, które nie pozostawiało już żadnych wątpliwości, że Simba miała w swojej ofercie lalki nie tylko podobne do Betty, ale będące ich idealnymi kopiami. Zamieszczam tę rewolucyjną fotkę poniżej:

       

      Meine erste Steffi

       

      Pomoc z zewnątrz doprowadziła do "przełomu w sprawie" oraz pomogła mi rozwiać wątpliwości. Dla przyzwoitości spytałam jeszcze sprzedawcę, czy byłby w stanie potwierdzić, że lalka i pudełko stanowią oryginalny zestaw i dostałam odpowiedź pozytywną. Sprzedawca oświadczył, że ma lalkę od nowości, że dotarła do niego w stanie NRFB i że wszystko, co jest dostępne na aukcji, to elementy tego samego setu. Lalka była, co prawda, wyjmowana z pudełka, jednak dzięki starannemu przechowywaniu zachowała wszystkie swoje akcesoria oraz dodatkowy strój.


      1

       

       

      1


       1

       

      Że też nie skontaktowałam się ze sprzedawcą na samym początku swych "poszukiwań prawdy"! Jak widać najprostsze rozwiązania są dla niektórych najmniej oczywiste (facepalm). Takie gżdyle wolą hodować w sobie paskudną podejrzliwość zamiast trochę zaufać światu. No cóż, ilu ludzi tyle charakterów.

       

      Po tych zupełnie niepotrzebnych podchodach sprawa była w końcu przesądzona - lalka przeszła w moje ręce. Po przylocie z Bułgarii nietypowa Stefka dołączyła do panoszącej się po moim domu hordy oryginalnych Betty Teen oraz lalek betkopodobnych. Myślę, że ta grupa nigdy chyba nie stanie się zbiorem zamkniętym. Te lalki są zbyt śliczne, żeby ich do siebie nie zapraszać. Betty teen mają nade mną straszną władzę, spod której nie umiem się wyrwać (i, przede wszystkim, nie chcę).

       

      Choć pudełko mojej laleczki jest już podniszczone, to wyraźnie widać na nim logo "Steffi love", nazwę serii (Meine erste Steffi) oraz oznaczenie producenta. Co dla mnie jednak najważniejsze, na pudełku uwieczniono zdjęcie blond-Stefki, która na sto procent wyszła z matrycy Tong, co finalnie potwierdza, że Simba jest firmą kompletnie szajbniętą i produkującą swoje lalki na wariackich papierach.

       

      1

       

      3

       

      1

       

      1

       

      Gdyby nie pudełko, nie dałabym wiary, że mam w ręku Steffi, bo lalkę otagowano nazwą "Tong", zaś logo na jej grzebyku to "M&C" (a więc oznaczenia pierwotnych producentów, a nie Simby). Oszaleć można przez takie pokiełbaszone oznakowanie!

       

      1

       

      1

       

      Na koniec - szybkie porównanie prawdziwej Betty z jej simbową odpowiedniczką. Widzicie różnicę? Bo ja nie bardzo. Gdybym znalazła te lalki nagie, to nie umiałabym stwierdzić która to Steffi, a która Betty.

       

      1

       

      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Steffi Love, która chciała być Betty Teen”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 22 maja 2017 21:44
  • niedziela, 21 maja 2017
    • Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie

      Kobitki lecą na drani – prawda to od wieków znana. Kilka czułych słówek, ogniste spojrzenie sięgające samego dna serca i aura awanturniczej przygody, otaczająca szemranych osobników, sprawiają, że niejednej babinie w nieodpowiedniej chwili miękną kolana ("serce im pika, jak klapa od śmietnika" - jakby to ujął mistrz rymu i taktu, Tytus de Zoo). O finale takiego mięknięcia raczej się już nie mówi, bo grawituje ono w kierunku niechcianych ciąż i walki o alimenty, a więc wkracza na grunt tematów grząskich i niebezpiecznych.

       

      Urok rzezimieszków nie jest jednak afrodyzjakiem doskonałym. Dziewczęta o niezłomnych zasadach moralnych są na niego dość odporne. Weźmy taką Bellę z bajki „Piękna i bestia”. Nie zmiękczyło jej ani miłosne ćwierkanie, ani imponujące fizys głównego antagonisty tej historii, przystojnego Gastona. Mimo to i tak wylądowała z nim w jednym pudełku. Oczywiście w postaci lalkowej.

       

      Na set „Belle and Gaston film collection doll set” czaiłam się od momentu gdy Disney Store ogłosił, że ma go w planach. Skusiły mnie zdjęcia promocyjne, na których było wyraźnie widać, że lalki dostaną twarze po aktorach, odtwarzających główne role w filmie. Nie jestem, co prawda, wielbicielką Emmy Watson, ale, jak to słusznie zauważyły internety, jej lalkowe wcielenie nawiązuje wyglądem raczej do  Justina Biebera, więc decydując się na Bellę zdecydowałam się w istocie na dziwotwornego babochłopa. Tu nadmienię, że takie niejednoznaczne z wyglądu lalki kocham namiętnie, więc wszystko pozostaje w normie.


       

      1

       

       

      Mimo „bieberowskiej” twarzy i głowy, wielkiej jak słoik na ogórki, Bella bardzo mnie cieszy. Udała mi się dziewucha mimo swoich mankamentów! Najważniejsze jest to, że patrzy całkiem rozumnie i nie szczerzy się jak głupi do sera. Bardzo podoba mi się jej wielowarstwowy i kolorowy strój, który jest miłą różnicą w stosunku tego, co obecnie serwuje nastawiony minimalistycznie, lalkowy rynek.


       

      7

       

       

      6

       

      Jedyną rzeczą, którą chciałabym w niej poprawić, jest fryzura, zbyt śmiało odsłaniająca czoło. Nie sądzę, aby mi się opatrzyła, bo Belle ma czoło rozległe jak pas startowy dla Boeinga. Szperając w sieci zauważyłam, że niektórzy właściciele tej lalki zrobili już z tym porządek. Ja niestety z tych, co to i chcieliby i boją się. Znając własny antytalent przy układaniu lalkowych fryzur przypuszczam, że kompletnie zniszczę to, nad czym producent trochę się jednak napracował (sądząc po ilości lakieru, którym zabezpieczył fryzurę, to miał nadzieję, że przetrwa ona potop, atak terrorystyczny i rządy PiS) i zostanę z poczochraną, lub koślawo uczesaną lalką. Oczywiście, jest jeszcze opcja, że kiedyś kupię sobie samolot i wtedy czoło Belli będzie jak znalazł, wszelako powiem Wam w zaufaniu, że chyba się na to nie zanosi.

       

       

      5

       

      Z Gastonem wszystko jest o wiele prostsze, bo w jego przypadku problem wielkogłowia i gigantyzmu "czołowego" po prostu nie istnieje. To właśnie Gaston natchnął mnie do zakupu całego setu i w związku ztym nie zostanie poddany krytyce. No, może troszkę poskarżę się na kształt jego brwi. Myślę, że mogłyby by być delikatniejsze, a nie tak ostro zarysowane, jak u jakiegoś Mefistofelesa. To, że Gaston ma w sobie pierwiastek zła, to fakt niepodważalny, ale kudy mu do piekielnego wielmoży? No kudy?


       

      2

       

       

      8

       

       

      10

       

       

      11

       

       

      Gaston z oczywistych względów nie sprawdzi się jako życiowy partner dla Belli, która gustuje w wielkich, owłosionych facetach z rogami na głowie, tak więc przeznaczam go do roli siewcy zamętu w damskiej, niezrzeszonej z Kenami części mojego lalkowego stada. To przyjemna, acz niebezpieczna fucha, bo istnieje możliwość, że moi panowie dorwą go którejś nocy, obedrą z bajeranckich łaszków i nauczą właściwego podejścia do kobiet. Gaston to oporny typek, ale jak uczy historia, czasami i takiej jednostce udaje się nalać oleju do głowy. Szczególnie jeśli leje się z pełnej beczki, przy użyciu właściwej siły :)

       

       

      3

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Ładna ona, ładny on, ale chleba z tej mąki nie będzie”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 21 maja 2017 14:51
  • niedziela, 30 kwietnia 2017
    • Serce to samotny myśliwy

      Jeśli wybierać się na bazar lub pchli targ, to egoistycznie i w pojedynkę, ewentualnie z członkiem rodziny, wtajemniczonym w hobby. Z koleżanką lub kolegą ze środowiska - kategorycznie "NIE", bo wspólne zakupy z innym lalkomaniakiem są jak wyścig o nagrody - każdy chce jak najszybciej dopaść wszystkie ciekawe lalki, a czując na karku oddech "rywala", który kroczy między stoiskami tuż przy naszym boku, zamiast cieszyć się z zakupów, człowiek leci jak petarda przed siebie, wiercąc dookoła głową i złoszcząc się, gdy to kolega znajdzie coś ciekawego.



      Zakupy "solo" dają szersze pole do manewru. Nie śpiesząc się ("bo mnie przyjaciel wyprzedzi") można więcej dojrzeć i dokładniej zmacać, po czym podjąć na spokojnie decyzję o zakupie lub odłożeniu towaru z powrotem na stoisko sprzedawcy.

       


      W myśl powyższych zasad wybrałam się dziś na jedno z popularnych, warszawskich targowisk. Wstałam rano (bo kto rano wstaje, temu Pan Bóg daje) i zerkając lękliwie na niebo, które straszyło deszczowymi chmurami, pomknęłam w kierunku pchlego targu. Ludzi na bazarze było mnóstwo - zarówno sprzedawców jak i kupujących. Lalek też całkiem sporo, z tym że większość natrętnie współczesnych lub przynależących do niezbyt lubianej przeze mnie serii "Equestria girls". Wśród rozłożonych na kocykach rupieci można było także wypatrzeć całkiem dużo Steffi love starszego typu (pekińczyk) i lalek-szmacianek. U jednego sprzedawcy mignął mi także PRL-owski murzynek, którego jednak nie zdecydowałam się zabrać ze sobą ze względu na horrendalnie wysoką cenę.

       


      Przyznaję z ukontentowaniem, że (za pominięciem murzynka) zakupy całkiem się udały - upolowałam pięć lalek za łączną kwotę 11 złotych. Wszystkie dzisiejsze zdobycze to barbiowate. Cztery z nich nie mają jeszcze dość śmiałości, by się tu zaprezentować, przechodzą bowiem kurację kremem Benzacne (do ich rekonwalescencji na bank przyczynili się nieletni makijażyści, hołdujący prastarym tradycjom upiększania zabawek przy pomocy długopisu), więc pokażę Wam laleczkę numer 5, jedyną niezniszczoną członkinię upolowanej dziś gromadki.


       

       1

       


      Blondyna, która próbuje czarować niebieskimi oczami z powyższego zdjęcia, to klon Barbie z lat 80 - znany szerzej pod nazwą SANDY. To bardzo charakterystyczna osobistość, pieczętująca się ekscentrycznym, wieczorowym makijażem (zabójcze cienie do powiek + szminka czerwona jak maki na Monte Cassino) i oddana strojom oraz fryzurom z epoki wczesnej Majki Jeżowskiej. Mówiąc krótko - gwiazda wielkiego formatu! Nawet kształt jej brwi krzyczy o tym, że to niezwykłe zjawisko na lalkowym nieboskłonie :P

       


       

      5

       


      Nie wiem jaki splot okoliczności sprawił, że tak wielka dama znalazła się na kocyku sprzedającego "mydło i powidło" dziadka, ale dobrze się stało, bo trafiła stamtąd do mojej przepastnej torby, a później pod prysznic, na kaloryfer i przed obiektyw aparatu.


       

      6

       


      Serce mi łka i kwiczy z żalu, że przed rozpoczęciem foto-sesji musiałam drastycznie skrócić jej włosy, ale stopień pokudłania był tak wysoki, że w grę wchodziły już tylko dobrze naostrzone nożyczki. Sandy mają okropnej jakości włosy, porównywalne z czuprynami Betty teen. Ich kudełki można tylko podziwiać, bo czesane - niemiłosiernie się puszą i zbijają w kołtuny, na które nie pomaga ani porządna odżywka do włosów, ani olejek arganowy, ani nawet modlitwa do Aleksandra Macedońskiego, słynnego pogromcy węzła gordyjskiego. Moja Sandy nie miała wyboru - musiała pożegnać się z plątaniną na głowie na rzecz bardziej nowoczesnej i znacznie krótszej fryzury.


       

      4

       


      Sukienkę i buty zostawiłam jej za to oryginalne, bo i jedne i drugie były w świetnym stanie. Nie wiem, czy jest to strój firmowy Sandy, ale mam podejrzenia, że mogłam trafić full-set. Pamięć podpowiada mi, że w młodości widziałam lalki w podobnych wdziankach. Stuprocentowej pewności, rzecz jasna, mieć nie mogę, ale i tak zawierzę instynktowi, który każe wierzyć, że moja Sandy właśnie tak wyglądała po zejściu z taśmy produkcyjnej.

       

       

      3

       


      Za tydzień jadę na kolejny bazar, szukać lalkowego szczęścia. Z góry przepraszam, że nikogo z sobą nie zabiorę, ale tak to już jest, że niedobrze czuję się podczas polowania z nagonką. Serce to samotny myśliwy, a Stary Zgred to samotny łowca okazji :)


       

      2

       

      7

       

       

      I jeszcze drobny dopisek z ostatniej chwili (18.05.2017, godzina 20:36). Właśnie znalazłam zdjęcie bliźniaczej siostry mojej Sandy w sieci. W dodatku fabrycznie doczepionej do ojczystej tekturki! Co pozwala mi stwierdzić, że moja laleczka ma swój oryginalne strój. Yeeeeeeah!

       

      Sandy z sieci

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (8) Pokaż komentarze do wpisu „Serce to samotny myśliwy”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 30 kwietnia 2017 19:17
  • poniedziałek, 17 kwietnia 2017
    • Zwyklaski

      Coraz częściej łapię się na myśli o tym, że gdy tylko wypatrzę w sklepie z zabawkami jakąś ciekawą lalkę płci brzydkiej, to powinnam ją jak najszybciej kupić, bo za rok nigdzie już nie będzie po niej śladu, a nowości, które zajmą jej miejsce, będą miały siłę rażenia niedosolonej wody po ziemniakach.



      Z każdą wizytą w pobliskich sklepach z zabawkami widzę coraz mniej atrakcyjnych dla siebie opcji. To, co zalega na półkach, to jakaś straszna bida z nędzą. Nie ma na czym zawiesić oka. Tęsknię za czasami, kiedy słowo lalka, oznaczało zabawkę bez wmoldowanych części garderoby i posiadającą w pudełku co najmniej jeden dodatek (choćby miał to być i symboliczny grzebyk).



      Podczas ostatnich zakupów aż do przesytu napatrzyłam się na nowych Kenów-Fashionistów i powiem Wam, nie jest dobrze! Nie tak dawno temu chłopcy z tej serii zginali jeszcze ręce i nogi, a na głowach mieli „prawdziwe” włosy, ale ktoś „z góry” postanowił, że to zbyteczny luksus i zmienił ich w smętnych nieruchawców o plastikowych koafiurach. Nie przypuszczam, aby matellowscy panowie, nie będący lalkami kolekcjonerskimi, mieli w najbliższym czasie odzyskać mobilność. Przepowiadam im przyszłość równie świetlaną, co kołkom w płocie. Ładnym kołkom, bo buziaki mają przez cały czas ujmujące, ale bądźmy szczerzy – gładkie liczko to bardzo mało, jeśli nie idą za nim inne przymioty.



      Jako zbieracz zafiksowany na lalkach płci brzydkiej zawczasu zadbałam, żeby wzbogacić swój „męski harem” wczesnymi wypustami Fashionistów. Uzbierałam zaledwie cztery lalki, bo nie zależało mi aby zastawić półki wszystkimi dostępnymi typami, a jedynie o to, by móc za kilka lat popatrzeć na zachomikowanych Kenów i za ich sprawą przypomnieć sobie, co było kiedyś na topie. Dlatego w witrynie znalazło się miejsce dla małej garstki nowożytnych młodzieńców. Czterech, to, jak na moje warunki, i tak całkiem sporo. Dla kontrastu napomknę, że Kenów z lat 80-tych w ogóle nie mam, bo szkoda mi zagracać mieszkanie lalkami, które kompletnie mi się nie podobają (w moim odczuciu doskonała większość "starych" Kenów idealnie oddaje prymitywną krzepę głupawych wiejskich parobków i nie zmieni tego fakt, że Mattel często ubierał ich, z uporem godnym lepszej sprawy, w stroje wieczorowe, które pasowały im jak krowie cylinder).

       



      Wiele osób sarka na to, że nowożytni Kenowie przypominają wymoczkowatych, boysbandowych lalusiów, ale ja się z tą opinią nie zgadzam. Ich twarze bez wątpienia nie są twarzami nastolatków, a młodych i atrakcyjnych mężczyzn. Także ciała noszą znamiona „dorosłości”. Szczeniacki sznyt bierze się z pastelowych ciuchów i fryzur, mających nawiązywać stylem do nowoczesnych uczesań (nawiasem mówiąc, w bardzo nieudany sposób). Item - wystarczy zabrać Kenikom gimnazjalne szmatki i nieco przygładzić gniazda na ich głowach, a w mig robią się z nich eleganccy dżentelmeni.

       

       

      Życzyłabym sobie, aby tak miłych dla oka młodzieńców było więcej i w świecie realnym, tak aby każde wyjście na ulicę powodowało zawrót głowy i zafiksowanie oczu na jakiejś świeżej, atrakcyjnej mordce i figurze. I jeszcze, żeby za takim wyglądam szły odpowiednie cechy charakteru: życzliwość dla ludzi i zwierząt, uprzejmość w codziennych kontaktach, bezkonfliktowość, znajomość podstaw grzecznego zachowania. Ufff, ale się rozmarzyłam! No ale mamy wiosnę. Ta pora roku wywołuje kocenie się myśli w głowie, a że kocenie jest przyjemne, więc zamierzam folgować wyobraźni i wymyślać ile wlezie.  
      

       

      1

       

      * * *


      2

       

      * * *

       

      3

       

      * * *


      4

       

      * * *

       

      6

       

      * * *


      7 

       

      * * *

       

      5

       

      * * *

       8


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (13) Pokaż komentarze do wpisu „Zwyklaski”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 17 kwietnia 2017 17:19
  • czwartek, 30 marca 2017
    • Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2

      Ojeju, ojeju, ojeju! Dzisiejszy dzień zaczął się tak po lalkowemu cudnie, że już bardziej się nie dało. Koleżanka z Facebookowej grupy opublikowała zdjęcie laleczki, której szukałam bez powodzenia od kilku lat. Zamieszczałam nawet w tej sprawie apel na blogu: http://dolland.blox.pl/2011/09/Sprawa-dla-Sherlocka-Holmesa.html Wpis z prośbą o pomoc datowany jest 23 września 2011 roku, czyli gonitwa za wspomnieniem zajęła mi 6 lat, macie pojęcie?

       


      W mojej interpretacji malarskiej poszukiwana wyglądała tak:


      01

       

       

      A naprawdę, tak:


      2

      Zdjęcie dzięki ogromnej życzliwości i wsparciu koleżanki z Facebooka: Magdaleny Mroczek-Stachowiak. Magdalena jest autorką zdjęcia i właścicielką laleczki.

       

       

      Nie bardzo wierzyłam, że jeszcze kiedyś zobaczę laleczkę z tej serii, a tymczasem możliwe jest, że wśród znajomych mają ją aż trzy osoby, i to w różnych wersjach kolorystycznych włosów!


       

      Z rok temu, kiedy któraś z koleżanek napomknęła, że laleczki te pojawiły się na Olx, przeszukałam ten serwis wzdłuż i wszerz, wracając co kilka dni do haseł: mini Fleur, minnie Fleur, mała lalka, mała laleczka, drobna laleczka, malutka laleczka, laleczka PRL, laleczka pamiątka, laleczka kioskowiec, pamiątka PRL, zabawki PRL, stara lalka, stara laleczka itd. itp. Desperacja podpowiadała coraz to nowe kombinacje słowne, które, jak i poprzednie, wiodły na manowce.

       

       

      Tymczasem ociupinka nie chciała dać się odszukać. Dopiero teraz uśmiechnęła się do mnie ze zdjęcia i spowodowała, że moje serce zrobiło fikołka. Strasznie tęskniłam za jej widokiem. Wiem, że ta drobinka jest najprawdopodobniej naszym krajowym klonikiem serii "Little kiddles", co stawia ją o stopień niżej niż pełnoprawny wzór, ale jest moim wspomnieniem z dzieciństwa i gdybym mogła, to dałabym za nią i sto oryginałów.


       

      To wszystko dlatego, że taką samą kupiła mi za ostatni grosz mama. Pamiętam to jak dziś - była zima, a my brnęłyśmy w śniegu na przystanek autobusowy ze szpitala lub przychodni. Po drodze był kiosk ruchu, do którego, z jakiegoś powodu weszłyśmy. Chyba chodziło o zapałki. W tym kiosku przy kasie stał kosz, wypełniony po brzegi malutkimi laleczkami. Pamiętam, że nie mogłam od niego oderwać wzroku i że sprzedawczyni zrobiła uwagę, że małej księżniczce podobają się laleczki, a potem zaproponowała "A może pani córci kupi?" Pamiętam jak mama sprawdzała zawartość portfela i wygrzebała z niego kilka monet, które starczyły na jedną panienkę. Pamiętam też, jak ostrożnie wybierałam laleczkę z kosza, chcąc znaleźć najładniejszą i jak nagle trzeba było się spieszyć, bo autobus ucieknie, a drugi będzie nieprędko. Nie pamiętam tylko gdzie zgubiłam swoją białowłosą drobinę w białej sukienusi. Myślę, że tamtej, starutkiej już nie odnajdę, ale może kiedyś zdarzy się jeszcze cud i te śmieszne calineczki gdzieś wypłyną. Na wszelki wypadek od czasu do czasu sprawdzam znajome serwisy, wpisując hasło "mała laleczka PRL".

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (17) Pokaż komentarze do wpisu „Sprawa dla Sherlocka Holmesa 2”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      czwartek, 30 marca 2017 19:29
  • poniedziałek, 13 marca 2017
    • Aplauz dla Dzwoneczka

      Trwa adwent z jego wyrzeczeniami i „suchymi”, postnymi dniami. Lubię ten okres, bo pomaga okiełznać rozbuchane apetyty (nie tylko mięsno-czekoladowe), i świetnie przygotowuje do wybuchu wielkanocnej radości. Schlebianie swoim zachciankom to rzecz przyjemna, ale tylko do czasu, gdy nie zorientujemy się, że wieczna pogoń za nowościami zobojętnia na to, co mamy wprost pod nosem. Zatem, korzystając z dobrodziejstw adwentowego wyciszenia, wstrzymałam nieustające lalkowe polowania, koncentrując się na posiadanych zbiorach. Przecież one też są fajne, choć opadły już z nich fajerwerki nowości.


      W związku z powyższym zadecydowałam, że najwyższy czas rozpocząć cykl wpisów o „wykopkach archeologicznych”, czyli lalkach zamieszkujących ze mną już szmat czasu, ale dotychczas nie rozpieszczanych ani seriami z aparatu (fotograficznego) ani ciepłymi słowami na blogu. Przygotujcie się, proszę, na starocie. Dziś, przykładowo, pochylimy się nad Dzwoneczkiem z firmy Applause Inc.


       

      1


      O firmie-matce Dzwoneczka nie wiem zbyt dużo. Wikipedia podpowiada, że ma ona za sobą dość długą historię, której początki sięgają zamierzchłego 1966 roku. Firma trwa prężnie do dziś i jak u praźródeł swojego istnienia zajmuje się zabawkotwórstwem,  wypuszczając na rynek klocki, pluszaki, plastikowe figurki, lalki, jak również zestawy różnokształtnych ustrojstw wspomagających rozwój  najmłodszych. Przekrój jest szeroki, ale mnie interesuje tylko wąski wycinek, znaczy lalki.


      Lalki od Applause Inc. są w większości słusznych rozmiarów (skala 16') i dość wyraziste z twarzy. Wystarczy zrobić szybki przegląd eBaya, żeby zauważyć, że spora część z nich emanuje obłąkańczym czarem filmowego Jokera. Uśmiechy jak rozwarta paszcza rekina, szaleńczy wzrok, artystycznie stargany włos. Weźmy taką Arielkę. Jej uśmiech toczka w toczkę przypomina mi złowieszcze grymasy klauna-mordercy z filmu „To!”


      2

       

       

      Reszta towarzystwa, sygnowanego logo Applause Inc., wcale nie wypada mniej intrygująco. Moją faworytką jest przedziwnej urody Esmeralda – babsko duże i tęgie, promieniujące z oczu czystym bzikiem. Jest w tej lalce coś chorobliwego, co przywodzi mi na myśl pensjonariuszy zamkniętych zakładów psychiatrycznych, których  w dowód zasług uznano za szczególnie niebezpiecznych.


       

      2

       

      Za to applausowska Pocahontas jest śliczna i gdybym tylko mogła, to wzięłabym ją do siebie, nie bacząc na to, że głowę ma nieproporcjonalnie dużą w stosunku do reszty ciała.


      3

       

       

      Mój Dzwoneczek wyrodził się z tej szajki dziwotworów i nie zaznał upiększeń typu wywalone z orbit gały i wyszczerz dentystyczny. Stało się tak najpewniej dlatego, że trudno byłoby upchnąć te okropieństwa w jej malutkiej twarzyczce. Kiedy Panbuczek rozdawał wzrost, Dzwoneczek stał na końcu kolejki i w związku z tym oszczędzono mu brzydoty większych, lalkowych sióstr. Wróżeczka jest karlicą (Prawie jak Tyrion Lannister. Osoby, które wiedzą kto zacz, mają u mnie chody) i mierzy  dokładnie tyle samo, co Skipper z lat 80-tych, choć jest nieco obfitsza w kobiece krągłości i znacznie cięższa. Od matellowskiej koleżanki różni się też materiałem, z którego ją wykonano - wszystkie jej części poza głową zostały odlane z twardego plastiku, tak więc jej zginalność jest symboliczna.


       

      4



      Niewielki rozmiar sprawia, że Dzwoneczek gładko wciska się w ubranka potworów z Monster High. Niestety ich buty już na nią nie pasują, bo stopy ma jak kajaki i w dodatku płaskie. Nieciekawie przedstawia się też sprawa jej włosów, które wszyte są tylko dookoła głowy, co zostawia na środku gładki, smutny placek (którego Wam nie pokażę, żeby nie kusić do wieczornego podjadania).


       

      5



      Choć w założeniu lalka ma oddawać drobną i delikatną istotę, jej tężyzna nijak nie przystaje do fruwającej między kwiatami wróżki. To już raczej lekkoatletka uprawiająca jakąś wymagającą krzepy dyscyplinę sportu – rzut młotem, rwanie ciężarów lub zapasy. Nie mogę wygnać z głowy myśli, że mój Dzwoneczek to dziewczę po  odżywkach białkowych, któremu marzy się kariera na igrzyskach ;P



      Bardzo lubię swojego "spasionego" Dzwoneczka. Może to kwestia odruchu warunkowego jak u psów Pawłowa – jak coś jest małe i napakowane, to uruchamia się we mnie miłosne połączenie na trasie: oczy-serce-mózg, a przystanki na tym szlaku mają znamienne nazwy: „Zobaczyłam”, "Zaśliniłam się z chcicy", „Kupiłam”, „Trzymam na półce”, „Dalej w świat nie puszczę”.


       

      6


       

      7

      

      Wszystkie zdjęcia Disneyowskich księżniczek - z eBaya!

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (18) Pokaż komentarze do wpisu „Aplauz dla Dzwoneczka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      poniedziałek, 13 marca 2017 20:48
  • piątek, 03 lutego 2017
    • Uparciuszysko

      Mam w domu kilka lalek, z którymi non-stop bawimy się w złą macochę i Kopciuszka - ja ze wszelkich sił próbuję wygonić je w świat, a one jak ten rzep na psim ogonie, trzymają się półek i za nic dają się stamtąd zegnać. Wypróbowałam już kilka sposobów usuwania tego plastikowego balastu, ale żaden nie poskutkował. Kiedy wrzucam takie lale na Allegro, to mogę mieć pewność, że pojawi się kilku obserwatorów, ale ani jeden licytujący, a kiedy proponuję komuś wymianę, to finalnie i tak kończę w punkcie wyjścia, bo ludzie w ostatniej chwili wycofują swoje propozycje. Czego by nie zrobić – te zdradliwe, plastikowe zarazy i tak postawią na swoim i nie dadzą się wykurzyć za próg (co najwyżej zagnać do „pudła hańby”).

       

      Stare, chińskie przysłowie głosi: "Skoro nie możesz pozbyć się wroga, to spróbuj zwyciężyć go miłością"* Inaczej mówiąc - skoro już jesteś na coś skazany, to obrażaj się na nielubiany przedmiot a spróbuj go polubić. To, że  każda rzecz dysponuje pewnymi chwalebnymi przymiotami, trochę ułatwi sprawę.

       

      Wychodząc z tego  punktu widzenia spróbuję zacząć od pochwał w kierunku przedstawianej dziś, wielce nielubianej laleczki. Mogę na przykład napisać, i zrobię to zupełnie szczerze, że ma ładne oczy. Fioletowe tęczówki z purpurową plamką nie są powszechne wśród Barbie, a ona ma to szczęście, że dostała właśnie takie urokliwe kolorystycznie patrzałki. Gdyby przebrać ją w dothracki strój i dać na ramię smoka, to może mogłaby nawet udawać Daenerys Targaryen (tu pozdrawiam fanów cyklu "Pieśń lodu i ognia". A żeby nie było, że mi się na blogu zagnieździła nierówność społeczna i wykluczenie, to wszystkich pozostałych też pozdrawiam).

       

       

      32549577301_00fb0239c2_z

       

       

      32518874122_f4888b3922_z

       

       

      32518939442_3651db675c_z

       

      Plusik należy się jej także za długie, platynowo-słomkowe włosy. To trudny kolor i nie każdej przedstawicielce płci pięknej pasuje. Dobrze wiem co mówię, bo przez pewien czas miałam taką bladą łepetynę i w opinii znajomych i bliskich wyglądałam jak śmierć na chorągwi. Dlatego teraz szczerze doceniam każdą kobitkę, która umie z sukcesem nosić na sobie taką barwę.

       

      Gdyby te obłędne włosy skombinowano z mleczną cerą, to już dawno jęczałabym z zachwytu, ale nie – twarz i ciało laleczki są różowiutkie jak skórka na małym prosiaku. Niby żaden wielki zarzut, ale o szlachetności wyglądu w takim kontekście mówić się już raczej nie da.

       

      Nie da się też ukryć, że lalka należy do serii świątecznej (Holiday Barbie), w której przez lata trafiały się szlachetniejsze i mniej szlachetne wypusty. Moja Barbie należy do pośledniejszych lalek, które nie są zbytnio cenione przez kolekcjonerów. Szperając po Internecie znalazłam stronę poświęconą wycenom Holidayek (http://happyholidaybarbies.blogspot.com/p/blog-page_8.html), gdzie moja platynowłosa plasuje się na najniższych miejscach listy. Czy jest brzydsza od pozostałych koleżanek z serii? Chyba nie. Znaczenie może mieć to, że wydano ją w dużej liczbie egzemplarzy, bardzo rzutującej na popularność lalek.

       

       

      31828877114_7f9c398d5f_z

       

       

      32631140116_ae701bbc9c_z

       

       

      31828955244_c509897640_z

       

      Holidayka jest dla mnie lalkowym symbolem zimy i świąt, które odeszły od nas wraz z choinkami kilka dni temu. Zgodnie z tradycją tradycji ustrojone drzewka mogą stać w domach do 2 lutego, czyli Święta Ofiarowania Pańskiego, zwanego popularnie świętem Matki Boskiej Gromnicznej. Tego dnia rozbiera się choinkę stojącą na Placu św. Piotra w Watykanie, zamykając symbolicznie okres bożonarodzeniowy.

       

      Moja choinka wyprowadziła się już do ogródka, a Holidayka – no cóż – wlazła z powrotem do witryny, aby za rok znów dać mi powód do jojczenia jak to za nic nie mogę usunąć jej z domu ;)

       

       

      32631244486_accd3e5de8_z

       

       

      32292651510_162bdaf28d_z

       

      * - stare, chińskie przysłowie zostało wymyślone na potrzeby dzisiejszej notki :P

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (15) Pokaż komentarze do wpisu „Uparciuszysko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 03 lutego 2017 09:07
  • sobota, 28 stycznia 2017
    • Roszpunka

      Jak to z bajkami Disneya jest dziwnie - wizualnie są piękne, a treściowo - mdłe. Ostatnią, na której zatrzymałam się w animacyjnym rozwoju była "Piękna i bestia", która, o zgrozo, niedługo trafi znów na ekrany kin; tym razem w wersji aktorskiej. Już czuję swąd odgrzewanego kotleta, choć może jest to tylko dusząca woń smogu, który od ponad miesiąca panuje w majestacie nad Warszawą.

       

       

      W zasadzie nie śledzę już disnejowskich nowości, ale czasami coś tam sobie jednak obejrzę, jak choćby "Zaplątanych", którzy zaskoczyli mnie ponadprzeciętnie przystojnym bohaterem i popsutą jak wnętrze próchniczego zęba, złą macochą. Tego pierwszego ściągnęłam do domu, tej drugiej jakoś się nie udało. No i ku mojemu ubolewaniu, mam poważne braki w zakresie Roszpunki.


       

      1

       

       

      Julek/Flynn bez Roszpunki robi wrażenie zagubionego, więc podrzucenie mu partnerki jest, w pewnym sensie, sprawą kluczową i nie cierpiącą zwłoki. Idąc na łatwiznę mogłabym przysposobić którąkolwiek z łatwo dostępnych Roszpunek od Hasbro, ale co na jakąś spojrzę w sklepie, to mi się łeb sam w drugą stronę odwraca. Księżniczek od Simby nawet nie biorę pod uwagę, a oryginalne, disney-storowskie "Raszple" były i nadal są drogie, więc mój melancholijnie skrzywiony Julisław Flynnowicz Bezroszpunkow musi póki co tolerować substytut.


      Substytut w ogóle nie jest podobny do oryginału, ba, nawet nie jest lalkową kobietą, ale ma bezsprzecznie najdłuższe włosy w lalkowym towarzystwie i lubi od czasu do czasu nosić warkocz, więc imię pasuje do niego jak ulał.


       

      32528212496_04a059de49_z

       

       

      Zanim Roszpunka został ochrzczony Roszpunką, przekradał się przez życie pod innymi imionami. Na początku miał być z niego Lolo, ale brzmiało to niepoważnie i pachniało mi tanią knajpą, gdzie non-stop serwuje się  grochówkę, więc został przemianowany na Jerzego. Jerzy utrzymał się w siodle z miesiąc czy dwa, czyli do czasu, kiedy znajoma osoba nie rzuciła w jego kierunku imieniem: "Jarosław", które na jakiś czas przylgnęło do jego skóry, ale opadło jesienią na rzecz Piętaszka. Piętaszek zmył się razem z listopadowymi deszczami i nastało imienne bezkrólewie, które zakończyło się w momencie, gdy bezimienny założył na głowę nową perukę. Po jej zapleceniu w warkocz stało się jasne, że były Piętaszek od zawsze był Roszpunką i Roszpunką już zostanie.


       

      32416258502_5eeccaacb8_z

       

       

      Roszpunka z racji swoich gabarytów, nijak nie nadaje się dla Julka, więc stoi półkę niżej niż on, w towarzystwie innych gigantów, udając, że jest dobrotliwą i przyjacielską lalką. Trochę mu to nie wychodzi, bo twarz ma osowiałą, jakby cierpiał na jakieś kompromitujące dolegliwości gastryczne. Znajoma, z którą bardzo, ale to bardzo się nie lubimy, twierdzi, że to zbolała mina kota, który nażarł się za dużo wątróbki i dostał zatwardzenia. Ja wolę mówić, że Roszpunkę gnębi ból zęba i polip w nosie, ewentualnie naoglądał się za dużo "Zmierzchu", co spowodowało u niego permanentny smutek i zniechęcenie.


       

      32416239292_de3f931e4e_z

       

       

      Roszpunka pławi się w swoim ponuractwie jak rybka w stawie i nie ma zamiaru przywoływać na twarz uśmiechu. Co ciekawe, taką tendencję przejawia większość moich lalek. Chyba najbardziej lubię właśnie te o neutralnym wyrazie twarzy, choć u początków mojej działalności zbieraczej prym oddawałam wesoło wyszczerzonym superstarom. Dziś moje półki goszczą głównie smutnych panów i panie, a radosnych lalek ubywa z każdym rokiem. Uśmiechnięte są dla mnie za mało uniwersalne. Smutasy lepiej wypadają w  obiektywie aparatu i często do nich wracam, podczas gdy wesołe, jedna za drugą, wskakują na Allegro i odpływają w nieznane.


       

      31725222464_c4c42bd878_z

       

       

      Zastanawiając się, co właściwie chciałam przekazać Wam w dzisiejszej notce, spojrzałam w lustro - i już wiem! Czy te wszystkie melancholijnie - smutne lalki, które u nas rezydują, nie przypominają nas samych, tuż po porannym zerwaniu się z łóżka, kiedy trzeba szybko wyszykować się do pracy? Daję głowę, że o szóstej rano w poniedziałek wyglądam toczka w toczkę jak Roszpunka (nawet stawy skrzypią mi prawie tak jak jemu), z tym że nieco bardziej przypominam zombie. Z odrętwienia budzę się dopiero w biurze, w okolicy godziny ósmej, już po wlaniu w siebie kubka kawy i przegryzieniu jakichś kalorii. Poranne wstawanie zimą nie jest moją ulubioną formą rozrywki, oj nie, ale jeszcze mniej ciepła w sercu żywię dla dojazdów komunikacją miejską, kiedy trzeba się kisić w towarzystwie ludzi o smutno wyciągniętych w dół twarzach. W porannych autobusach śmiało można by kręcić film o depresji. Dlatego wolę te wieczorne, choć można się w nich często natknąć na panie i panów, którzy popijali napoje rozweselające. Komunikacja miejska to temat na dłuuugie opowieści, które już plączą mi się pod językiem, ale ja tu przecież powinnam nawijać krótko i na temat, czyli o lalkach, a nie o bzdetach i bólach okołoporodowych :) Obiecuję poprawę, szczerze i zdecydowanie, tyle, że jeszcze nie teraz, bo jeśli od czasu do czasu nie dostanę słowotoku, to się zaduszę.

       

       

      32189982630_e752f58994_z

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (11) Pokaż komentarze do wpisu „Roszpunka”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      sobota, 28 stycznia 2017 15:30
  • piątek, 30 grudnia 2016
    • Maroko

      Krążąc paluchem po mapie świata nigdy nie zatrzymałam się dłużej na Maroko. Wolałam wyobrażać sobie inne kraje, do których kiedyś pojadę - Indie, Japonię, Chiny, ale przede wszystkim Peru, przez które płynie rzeka Ukajali, gdzie wieczorami dzieciom do snu śpiewają ryby. To sprawka Arkadego Fiedlera, który wzbudził we mnie namiętność do południowych, porośniętych tropikalną puszczą krain, nadal zamieszkiwanych przez plemiona, którym nie są potrzebne do szczęścia wynalazki współczesności.


      Na razie nie mogę pochwalić się, że płynęłam po Ukajali, tropiąc ślady Fiedlera (swoją drogą, jakież on miał ekscentrycznie piękne imię - Arkady!), ale na pocieszenie obracam w ręku lalkę z serii "Dolls of the World", która reprezentuje, jakże by inaczej, Maroko :)


       

      1


      Marokanka jest jedyną lalką Barbie z facemoldem Christie, którą mam na stanie. Choć typ twarzy, którym czaruje, jest bardzo lubiany przez kolekcjonerów, nadspodziewanie długo nie umiałam go zaaprobować. Myślę, że wydawał mi się zbyt ciężki, a przez to odpychający niczym socrealistyczna rzeźba z sierpem w dłoni. Zmiana opinii nastąpiła dopiero w momencie, gdy zobaczyłam po raz pierwszy Christie o jaśniejszej, niż zwykle to bywa, karnacji. To właśnie był klucz do zrozumienia sprawy - bo to wcale nie mold był brzydki, tylko ja nie lubię mattelek o bardzo ciemnej skórze. Ta zasada w ogóle nie działa, jeśli chodzi o lalki od innych producentów. Dajcie mi pierwszą lepszą Adele Makeda i będę śpiewać o swojej radości z najwyższego dachu w Warszawie, ale lalki od Mattel - nie, te lalki lubię co najwyżej w wersji "mulatka/mulat".


      Marokanka wygląda, jakby wybielał ją w mydlinach sam wielki mistrz zakonu praczy, Zygmunt Chajzer, a co za tym idzie, z sukcesem wychodzi naprzeciw moim wymaganiom co do odpowiedniego odcienia skóry. Głęboka czerń skryła się tylko w jej włosach i obramowaniu oczu, które na wschodnią modłę pociągnięte zostały kohlem.


      1

       

       

      Biblijna maksyma, przełamana przez moją niepamięć do klasycznych tekstów, głosi: "Temu, kto ma, będzie dane jeszcze więcej" - i rzeczywiście, laleczka oprócz urody dostała jeszcze wyróżniający się strój. Można powiedzieć, że jej ubiór wręcz rwie oczy, a to przez nasycenie jaskrawym, różowym kolorem, przełamanym w niektórych miejscach złotym błyskiem ornamentu lub biżuterii.

       

      Bogactwo wizualne nie przepada za konkurencją - Marokanka wymaga stosownego wyeksponowania, bo schowana w tłumie, zamieszkującym moją witrynę, niknie i gaśnie, tracąc swoje właściwości ozdobne. A tu klops - bo od zawsze brakowało mi w domu półeczki, na której mogłabym ją z honorami umieścić. Głowiąc się nad nową lokalizacją, której nie byłam w stanie zapewnić, dałam się już ze dwa razy ponieść emocjom i wrzuciłam Marokankę na Allegro. Wtedy przyszły rozterki, bo przecież lalka jest urodziwa i możliwe, że tęskniłabym po jej utracie. Już ja dobrze znam to uczucie! Nieraz przez decyzje "na szybko" pozbywałam się fajnych okazów z kolekcji, a później śniły mi się one nocami, doprowadzając mnie do stanu wrzenia. Dlatego,  zamiast podejmować po raz kolejny pochopną decyzję, schowałam powód rozterek do pudła z nieużywanymi lalkami i pozwoliłam sobie zapomnieć o nim na pół roku.  Przez ten czas umysł ochłódł na tyle, by powrócić do stanu równowagi, w którym problemy związane z brakiem porządnego lokum dla lalek nie popychają do bezmyślnego trzebienia stada.


      Myślę, że stało się dobrze. Marokanka co prawda nadal kisi się w ciasnocie witryny, ale od pewnego czasu ma u swego boku "mrocznego krzyżowca", który wbrew swojemu powołaniu nie tylko nie planuje walk z saraceńskimi rycerzami, ale za sprawą hożej dziewoi myśli raczej o zapuszczeniu korzeni i otoczeniu się rodziną. Tak to już z plastikami bywa - ani się obejrzysz, a one już połączyły się w pary :)



      1

       

      * * *


      1

       

      * * *


      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *

       1

       

      * * *

       

      1

       

      * * *


      1

      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (14) Pokaż komentarze do wpisu „Maroko”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      piątek, 30 grudnia 2016 18:52
  • niedziela, 25 grudnia 2016
    • Jaka brzydka!

      Wierzcie mi, drodzy czytelnicy, lub nie wierzcie, ale gdybyście poznali mnie ładnych kilka lat temu, to pewnie uznalibyście, że jestem członkiem subkultury gotyckiej. I bardzo słusznie! Dziś po dawnym wyglądzie zostało już tylko wspomnienie, ale w szafie nadal wisi kilka czarnych sukienek, w których zadawałam szyku na Castle Party i zlotach DarkPlanet, czyli pierwszego i największego chyba w Polsce portalu zrzeszającego wielbicieli ciężkich brzmień, dań z kota i potańcówek w zadymionych i pitnym miodem płynących poznańskich klubach.

       

      Lata buntu i biegania po mieście w skórzanych płaszczach i glanach mam już dawno za sobą, ale serce nadal pika mi w szybszym rytmie, gdy w polu widzenia objawi się obraz nawiązujący do młodzieńczej stylistyki, a już szczególnie, jeśli jest to obraz lalkowy podobny poniższemu:

       

      01

       

      "Hola, hola!" - zakrzykniecie - "Ale co wspólnego ma to niewyględne lalkowe oblicze ze stylistyką gotycką?"

       

      Tak na dobrą sprawę, to niewiele (poza ekspresyjnym makijażem oczu, bliskim niejednemu goth-artyście), ale wiecie-rozumiecie, chciałam zacząć dzisiejszy blogo-wpis od jakiegoś fajnego wstępu, a że wstępów pisać nie umiem, to po raz kolejny włączyłam tematykę wspominkową. Wybaczcie mnie nieszczęsnej (i obżartej do granic wytrzymałości sernikiem, makowcem i keksem)! Obiecuję, że dalej będzie w miarę logicznie i bez wtrętów nie na temat (baju, baju...).

       

      A zatem - lalka jaka jest, każdy widzi. Miała być zapewne pełnoprawnym matellowskim superstarem, ale coś poszło nie tak i zamiast ślicznej księżniczki/królewny/astronautki/baletnicy/dżokejki narodziło się coś zupełnie innego, mającego wyraźne ciągoty ku czerwonym szminkom i artystycznie rozmazanej kredce do oczu.

       

      Dziwolążek został odkryty na Allegro, skąd przyjechał do mnie bez żadnych przeszkód, bo nikt inny go nie chciał. W zaufaniu przyznam się Wam, że liczyłam na to, że brzydula okaże się jakimś niezmiernie rzadkim meksykańskim, barbiowatym wypustem, ale jednak nie - ta lalka to zwykły, nikomu nie znany klon.

       

      Tu muszę zrobić wyznanie: "Ach, jakże kocham klony!" Nie są one z pewnością trzonem kolekcji, ale trzymają się w niej mocno. Klony to tajemnicze stworzenia - w większości przypadków nie wiadomo kto powołał je do życia i skąd przybyły. Można je oceniać na podstawie tego, co się widzi, słyszy i (ewentualnie) wyczuje nosem. W przypadku mojej paskudy zapach niczego nie podpowiada, za to wrażenia wzrokowe są ciekawe, bo lalka jest strasznie dziwaczna :)

       

      Nietypowy makijaż to tylko pierwsza z jej "zalet". Kolejnymi są:

       

      1. Wysokie czoło:

       

       

      1

      Oj, można by o takim czole pisać pieśni lub wiersze. Lub poematy epickie.  Trzynastozgłoskowcem. Jak prawdziwy mistrz :)

       

      2. Pusty, "dmuchany" korpus:

       

       

      1

      Mówi się, że piękne kobiety (czyli "lalki"!) są puste w środku. No to ja mam złą wiadomość dla tych, co wierzyli, że te brzydkie są inne. Otóż nie! One także mogą być pustymi lalami z ubogim wnętrzem, jak widać na zaprezentowanym przykładzie :P

       

       

      3. Rąsie, które umieją miękko, niczym płatek śniegu, opaść na biodra, bo są z gumy:

       

       

      1

       

       

      4. Egipskie hieroglify na plecach, będące zapewne śladem nieśmiałych prób oznaczenia lalki nazwą producenta. Niewiele da się z nich odczytać. Być może są to jakieś znaki dla niewidomych (bo wypukłe).

       

       

      1

       

       

      5. Nóżki zginane na dwa kliknięcia, niczym u starych Barbie. W dobie MtM nie jest to żadna szczególna umiejętność, ale lepsza taka niż żadna, a zresztą lalkowym starowinkom pewnych spraw się nie wypomina (no chyba, że śmierdzą kocim sikiem, ale to temat na inny wpis).

       

       

      1

       

      Szczerze mówiąc nie wiem po co mi taka piękna inaczej laleczka. Gdyby osądzać ją na trzeźwo, to powinna z powrotem trafić na Allegro. A jednak w związku z tym, że przy okazji świąt urżnęłam się okrutnie kompotem z suszu, grzybkami z bigosu i makiem z makowca (jak wiadomo wszystkie te potrawy wprowadzają w stan nadzwyczajnej błogości i połączenia z niebem), gwoli czego nie jestem w stanie myśleć jasno, skazuję ją na bycie drugą połówką dla sztywniaka, który wczoraj wyskoczył mi spod choinki. Są, co prawda, z innych epok i bajek, ale to błahe przeszkody dla miłości, prawda?

       

       

      1

       

      No i wydało się, po co ja tę notkę pisałam. Toż chciałam Wam Kenika od Mikołaja pokazać, ot co! A siliłam się na to przez całą długość wpisu ;)

       

       

      1

       

      EDIT! Jest 29 stycznia 2017 roku, a ja właśnie dowiedziałam się, dzięki dobremu człowiekowi z Flickr'a, kim jest moja paskuda. To niejaka Betty! Poniżej wklejam jej zdjęcia w zapudełkowanej wersji, ściągnięte za zgodą ich autora z eBay. Ochhh, czuję się, jakbym była Kolumbem odkrywającym Amerykę!

       


       


      Szczegóły wpisu

      Komentarze:
      (19) Pokaż komentarze do wpisu „Jaka brzydka!”
      Tagi:
      brak
      Kategoria:
      Autor(ka):
      stary_zgred1
      Czas publikacji:
      niedziela, 25 grudnia 2016 22:38

Wyszukiwarka

Zakładki

Kanał informacyjny

Roy Tanck's Flickr Widget requires Flash Player 9 or better.

Get this widget at roytanck.com